Kiedy dziennikarze „New York Timesa” zapytali Trumpa, czy uznaje jakieś ograniczenia dla swoich działań na scenie międzynarodowej odparł, że jest tylko jedna taka rzecz: jego sumienie.
- Moja własna moralność. Mój własny umysł. To jedyna rzecz, która może mnie powstrzymać - odparł prezydent supermocarstwa, dodając później, że nie widzi potrzeby istnienia prawa międzynarodowego.
Pierwszy rok drugiej prezydentury Trumpa przyniósł całkowitą rewolucję w myśleniu i zasadach polityki zagranicznej USA, w myśl której Stany Zjednoczone przestały widzieć się jako „przywódcę wolnego świata” i gwaranta powojennego porządku międzynarodowego, a uznały się za jedno z mocarstw grających według starych zasad gry, gdzie rację ma silniejszy. W najbardziej dobitny sposób ideę tę podsumował być może Stephen Miller, najbardziej wpływowy doradca prezydenta, według Bloomberga nazywany w Białym Domu „premierem”.
- Możesz gadać, ile chcesz, o międzynarodowych uprzejmościach i wszystkim innym. Ale żyjemy w świecie, w prawdziwym świecie, rządzonym siłą, rządzonym mocą, rządzonym potęgą - powiedział Miller w styczniowym wywiadzie z Jakem Tapperem z CNN. - To są żelazne prawa tego świata - dodał. Chwilę później podobnego argumentu użył uzasadniając prawo Stanów Zjednoczonych do zajęcia Grenlandii.
Destylacją nowego podejścia Ameryki do świata była opublikowana w grudniu Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, której Miller - obok sekretarza stanu Marka Rubio - był jednym z głównym autorów. Dokument popiera ideę prawa silniejszego, lecz jednocześnie stanowi uznanie, że siła Stanów Zjednoczonych jest ograniczona i nie jest już jedynym supermocarstwem.
„Skończyły się czasy, gdy Stany Zjednoczone podtrzymywały cały porządek światowy jak Atlas” - brzmi kluczowe zdanie opublikowanej strategii. Zamiast bronić światowego porządku, Trump wybrał obronę dominacji w myśl jego interpretacji XIX-wiecznej doktryny Monroe, przezwanej teraz „doktryną Donroe”.
Od początku kadencji jego polityka uderzała w podstawy zbudowanego przez USA porządku, który zdaniem prezydenta przestał być - lub nigdy nie był - korzystny dla jego kraju. Już w przemówieniu inauguracyjnym Trump zapowiedział zajęcie Kanału Panamskiego i Grenlandii, nie wykluczając użycia w tym celu siły. Wprowadzając wysokie cła na towary ze wszystkich krajów świata, prezydent USA w praktyce zdemontował system handlu międzynarodowego.
- Dla systemu handlowego to było prawdziwe trzęsienie ziemi - ocenił w rozmowie z PAP Gary Hufbauer, były urzędnik ministerstwa finansów USA i ekspert think tanku Peterson Institute for International Economics.
Wizja Trumpa widoczna była też w jego podejściu do wojny w Ukrainie. Nie zdołał dotąd zakończyć tego konfliktu, choć zapowiadał, że zrobi to w ciągu 24 godzin od objęcia urzędu prezydenta, a nawet wcześniej. Pod jego rządami USA zaczęły za to otwarcie mówić o oddaniu Rosji części ukraińskiego terytorium, a nawet o oficjalnym uznaniu anektowanych przez Rosję obszarów Ukrainy, wbrew podstawowym zasadom. Próbując mediować w konflikcie, Trump oświadczył, że USA nie opowiadają się po żadnej ze stron. Jednocześnie zakończył darmowe wsparcie dla Ukrainy i zaczął sprzedawać państwom NATO broń z przeznaczeniem dla Kijowa. Rosja z przeciwnika numer 2 (po Chinach) stała się potencjalnym partnerem gospodarczym USA, a celem amerykańskiej polityki jest teraz zachowanie „strategicznej równowagi” w relacjach z Moskwą.
Największe zmiany w nowej polityce Waszyngtonu odczuli jego europejscy sojusznicy. Choć Trump wymusił na państwach NATO zwiększenie wydatków na obronność, łączyło się to z zapowiedzią wycofania się USA z roli głównego gwaranta bezpieczeństwa Europy. Pierwszym konkretnym tego zwiastunem stało się wycofanie z Rumunii stacjonującej tam brygady amerykańskiej piechoty.
W oczach USA Unia Europejska stała się przede wszystkim konkurentem, który w strategii bezpieczeństwa został skrytykowany najmocniej. Administracja Trumpa porzuciła też dotychczasową praktykę powstrzymywania się od otwartego ingerowania w politykę wewnętrzną państw sojuszniczych, otwarcie popierając kandydatów w wyborach, m.in. w Polsce. Zapowiedziała też kolejne interwencje na korzyść „patriotycznych” partii i ruchów, sceptycznych wobec projektu europejskiego.
W myśl wizji Trumpa głównym priorytetem amerykańskiej polityki jest zabezpieczenie własnych granic oraz ustanowienie na półkuli zachodniej amerykańskiej strefy wpływów, w myśl doktryny prezydenta USA Jamesa Monroe z 1823 r., której obecna strategia ma być dopełnieniem.
Pod wodzą Trumpa USA porzuciły bliską współpracę handlową z najbliższymi partnerami - Kanadą (której Trump wielokrotnie groził aneksją) i Meksykiem, posługując się groźbami i cłami, by wywierać na nich presję i wymuszać ustępstwa. Podobnie postępuje z lewicowymi rządami Brazylii i Kolumbii. Po początkowo nieudanych - dotąd - próbach wymuszenia aneksji Grenlandii (autonomicznego terytorium Danii), ponownego zajęcia Kanału Panamskiego, czy porzuconego flirtu z ideą wchłonięcia Kanady, Trump skupił się na dążeniu do obalenia socjalistycznego przywódcy Nicolasa Maduro w Wenezueli. Jak tylko do tego doszło i jak już oznajmił, że Trump zaczął rządzić Wenezuelą, wrócił do tematu Grenlandii. Prezydent jasno dał do zrozumienia, że będzie do tego dążył za wszelką cenę, a przynajmniej za cenę rozbicia NATO, bo - jak sugerował - Sojusz bez Ameryki nie ma znaczenia.
Zdaniem Michaela Carpentera, byłego dyrektora Rady Bezpieczeństwa Narodowego w Białym Domu, zarówno strategia, jak i praktyka polityki zagranicznej Trumpa stanowi „radykalne odejście od wszystkich polityk prowadzonych przez USA od czasu II wojny światowej”.
- (Obecni rządzący w Waszyngtonie - PAP) nie wierzą w USA jako lidera wolnego świata w sensie normatywnym - podkreślił rozmówca PAP. - Owszem, przyznają, że we współczesnym świecie istnieje rywalizacja między mocarstwami, ale nie postrzegają roli USA jako próby ograniczania innych mocarstw, takich jak Rosja i Chiny. Rolę USA postrzegają po prostu jako dbanie o interesy USA w świecie, który już stał się wielobiegunowy - dodał.
- Oni nie są zainteresowani próbą odtworzenia opartego na zasadach porządku międzynarodowego ani próbą ustanowienia nowych zasad (...). Po prostu próbują promować bardzo wąsko rozumianą koncepcję interesu narodowego opartą na (wizji - PAP) świata, w której rządzi prawo dżungli - podsumował.
Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)








