Mimo ogromnej popularności tej historii w literaturze sensacyjnej i Internecie, brakuje jednoznacznych dowodów historycznych potwierdzających jej istnienie. Teoria o „Die Glocke” funkcjonuje dziś przede wszystkim jako przykład współczesnego mitu technologicznego, łączącego realne elementy historii nazistowskich badań z fantastycznymi spekulacjami.
Projekt „Die Glocke”
Pogłoski o mitycznym niemal urządzeniu krążyły przez dziesięciolecia po II wojnie światowej i zostały wykorzystane jako motyw fabularny w powieści science fiction „Lightning” Deana Koontza oraz w serialu telewizyjnym „12 Monkeys”. Później spopularyzował tę sprawę dziennikarz i autor książek o tematyce wojskowej Nick Cook, który powiązał opowieści o tajemniczej broni z nazistowskim okultyzmem i badaniami nad antygrawitacją oraz tłumieniem pól energii.
Historia „Die Glocke” pojawiła się ponownie stosunkowo późno, bo dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Jej głównym źródłem stała się opublikowana w 2000 roku książka polskiego dziennikarza i badacza Igora Witkowskiego. Twierdził w niej, że dotarł do tajnych przesłuchań SS-Gruppenführera Jakoba Sporrenberga, przeprowadzonych po wojnie przez polskie władze. Według Witkowskiego, Sporrenberg miał ujawnić informacje o supertajnym projekcie prowadzonym przez SS, noszącym kryptonim „Die Glocke”.
Problem w tym, że żadne oryginalne dokumenty potwierdzające te rewelacje nigdy nie zostały ujawnione. Witkowski twierdził, że widział te materiały, ale nie mógł ich skopiować ani sfotografować. To już na wstępie stawia teorię w trudnej do obrony pozycji z punktu widzenia nauk historycznych.
Książka Witkowskiego została przetłumaczona na język angielski w 2003 roku. Pierwszy dokument, rzekomo dostarczony Witkowskiemu przez anonimowego polskiego urzędnika państwowego, był oświadczeniem z procesu o zbrodnie wojenne Sporrenberga, który rzekomo przyznał się do wydania rozkazu zamordowania około 60 osób, posiadających wiedzę na temat tajnego projektu. W badania nad „Die Glocke” mieli być również zaangażowani: Kurt Debus, Wernher von Braun i Walther Gerlach. Witkowski twierdzi, że testy „Die Glocke” były organizowane przez oddział Waffen-SS, głównie w obiektach na Dolnym Śląsku.
Jego zdaniem projekt rozpoczęto w 1942 roku, a aktywne eksperymenty ruszyły w połowie 1944 roku. Więźniowie z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen mieli być narażeni na promieniowanie emitowane przez „Dzwon”, co spowodowało wiele zgonów i problemów zdrowotnych. Ocaleni z obozu rzekomo zeznawali, że byli świadkami testów „Die Glocke”, opisując jasne, niebieskawe światło emitowane przez jakiś obiekt.
„Dzwon”, czyli co?
Według relacji zawartych w literaturze, głównie spiskowej, hitlerowski „Dzwon” miał wysokość około 4-5 metrów i średnicę kilku metrów. Wewnątrz urządzenia miały znajdować się dwa przeciwbieżne cylindry obracające się z ogromną prędkością. W cylindrach tych znajdowała się substancja pod nazwą Xerum 525, opisywana jako metaliczno-fioletowa ciecz przypominająca rtęć.
Podczas domniemanych testów urządzenie „Die Glocke” miało emitować intensywne promieniowanie, powodujące śmierć zwierząt, rozpad tkanek organicznych oraz dziwne efekty elektromagnetyczne. Operatorzy mieli nosić specjalne kombinezony ochronne, a sama maszyna była rzekomo uruchamiana tylko przez krótki czas, by uniknąć katastrofalnych skutków.
Jednym z najbardziej zagadkowych elementów tych teorii jest wspomniana substancja Xerum 525. Według opisu miała ona posiadać właściwości nieznane współczesnej fizyce i być kluczowym elementem działania urządzenia. Niektórzy spekulują, że mogła to być odmiana związków rtęci, inni sugerują, iż był to izotop syntetyczny lub forma plazmy. Żaden znany dokument naukowy ani wojskowy z czasów III Rzeszy nie potwierdza jednak istnienia takiej substancji. W nazistowskich archiwach znajdują się co prawda badania nad metalami ciężkimi, promieniowaniem i energią jądrową, ale nic, co odpowiadałoby opisowi Xerum 525.
Zwolennicy teorii o „Die Glocke” przypisują projektowi różnorodne cele. Urządzenie miało „generować pole antygrawitacyjne”, choć nie wiadomo, co to dokładnie znaczy. Miało też umożliwiać lokalne „zakrzywianie” czasoprzestrzeni oraz emitować śmiercionośne promieniowanie. Wszystko to opiera się jednak wyłącznie na spekulacjach i wtórnych interpretacjach, a nie na sprawdzalnych źródłach.
Rdzień latających spodków
Opowieści o „Die Glocke” często łączone są z innymi teoriami dotyczącymi okultystycznych zainteresowań nazistów. Faktem jest, że niektórzy wysokiej rangi funkcjonariusze SS – zwłaszcza Heinrich Himmler – interesowali się mistycyzmem, celtyckimi runami i mitologią germańską. Organizacja Ahnenerbe prowadziła pseudonaukowe badania mające potwierdzić wyższość „rasy aryjskiej”. Te realne elementy historii sprzyjają powstawaniu interpretacji, w których technologia „Die Glocke” stanowi połączenie nauki i magii. W rzeczywistości jednak nie istnieją dowody na to, że okultyzm miał realny wpływ na zaawansowane projekty technologiczne III Rzeszy.
Teoria o „Die Glocke” często splata się z opowieściami o nazistowskich latających spodkach, takich jak Haunebu czy Vril. „Dzwon” miał być rdzeniem napędowym tych statków. Warto jednak zaznaczyć, że nie istnieją żadne wiarygodne fotografie, plany ani relacje techniczne potwierdzające istnienie takich maszyn. Historycy techniki są zgodni co do tego, że Niemcy nie dysponowali technologią umożliwiającą budowę funkcjonalnych pojazdów antygrawitacyjnych.
Jednym z najbardziej znanych fizycznych „dowodów” przytaczanych przez zwolenników teorii o „Dzwonie” jest betonowa konstrukcja w pobliżu miejscowości Ludwikowice Kłodzkie na Dolnym Śląsku. Obiekt ten, nazywany potocznie „Muchołapką”, bywa przedstawiany jako platforma testowa „Die Glocke”. Historycy wskazują jednak, że kompleks ten był najprawdopodobniej niedokończonym systemem podziemnych schronów i kwater dowodzenia. Brakuje dokumentów sugerujących, że prowadzono tam eksperymenty nad przełomową technologią.
Powojenne wątpliwości
Zakłada się, że rzekoma superbroń nazistów nie została zniszczona, lecz przejęta przez aliantów – najczęściej wskazuje się Stany Zjednoczone lub ZSRR. Projekt miał zostać włączony do tajnych programów badawczych, takich jak Operation Paperclip, w ramach której Amerykanie przejęli wielu niemieckich naukowców. Niektórzy idą jeszcze dalej, sugerując, że „Dzwon” został wywieziony do Ameryki Południowej. Są to jednak spekulacje całkowicie pozbawione podstaw.
Tu i ówdzie pojawiają się sugestie, że „Dzwon” może znajdować się w jednym z wagonów tzw. złotego pociągu nazistów, który ma być załadowany złotem i skarbami, a ukryty gdzieś w południowo-zachodniej Polsce, rzekomo w tunelu w Górach Sowich. Pomimo licznych poszukiwań prowadzonych od 1945 roku, w tym przez polską armię w okresie zimnej wojny, nigdy nie znaleziono żadnych dowodów na istnienie takiego pociągu, torów ani skarbów. W latach 2015-18 pociąg ponownie wzbudził zainteresowanie światowych mediów, gdy dwaj Polacy twierdzili, że odkryli go za pomocą radaru penetrującego grunt. Poszukiwania zakończyły się akcją z udziałem polskiego wojska, urzędników państwowych i osób prywatnych. Jednak prace wykopaliskowe zostały przerwane, gdy okazało się, że wykryta anomalia to naturalne formacje geologiczne. Badacze uważają obecnie, że złoty pociąg nigdy nie istniał.
Opowieści oparte na niczym
Liczni historycy mają też wiele innych wątpliwości, nie tyle w sprawie pociągu, co nazistowskiej superbroni. Eric Kurlander, zwolennik teorii spiskowych, poruszył temat „Die Glocke” w swojej książce z 2017 roku na temat nazistowskiego ezoteryzmu, zatytułowanej „Potwory Hitlera: nadprzyrodzona historia Trzeciej Rzeszy”. Według recenzenta tej książki Juliana Strube, Kurlander „czerpie z zasobów powojennych teorii spiskowych” i „w dużym stopniu opiera się na sensacyjnych relacjach, mieszając współczesne źródła z powojenną literaturą sensacyjną, półprawdami i fikcyjnymi opowieściami”.
Dziennikarz pisma „Salon”, Kurt Kleiner, zauważa, że antygrawitacja sama w sobie „nie może być całkowicie odrzucona”, biorąc pod uwagę, że była przedmiotem poważnych badań. Zgadza się z tym, że naukowcy w nazistowskich Niemczech pracowali nad zaawansowanymi technologiami w latach 40. XX wieku. Niemniej jednak podsumowuje: „Ta historia mocno naciąga wiarygodność”.
Sceptyczny autor Robert Sheaffer skrytykował książki Cooka i Witkowskiego jako „klasyczny przykład tego, jak stworzyć ekscytującą opowieść opartą na prawie niczym. Odwiedzają oni miejsca, o których krążą pogłoski, że prowadzone są tam tajne badania nad UFO i antygrawitacją, chociaż nie odkrywają nic bardziej namacalnego niż niepotwierdzone plotki”. Sheaffer zauważa, że twierdzenia dotyczące „Die Glocke” są rozpowszechniane przez ufologów i autorów nastawionych na teorie spiskowe, takich jak Jim Marrs, Joseph P. Farrell i zwolennik antygrawitacji John Dering. Natomiast Jason Colavito napisał, że twierdzenia Witkowskiego to „przetworzone powtórzenie” plotek z lat 60. XX wieku na temat nazistowskiej nauki okultystycznej.
Autor i historyk Robert F. Dorr charakteryzuje „Die Glocke” jako jedną z „najbardziej pomysłowych teorii spiskowych”, jakie pojawiły się w latach powojennych, i typową dla fantazji na temat magicznych niemieckich broni, często popularyzowanych w magazynach popularnonaukowych, takich jak „National Police Gazette”. Natomiast dziennikarz Patrick J. Kiger napisał, że niemiecka propaganda fikcyjnych Wunderwaffen w połączeniu z tajemnicą otaczającą rzeczywistą zaawansowaną technologię, taką jak rakieta V-2, przejęta pod koniec wojny przez armię amerykańską, przyczyniła się do powstania „sensacyjnych książek, stron internetowych i legionów entuzjastów, którzy rozkoszują się plotkami o broniach rodem z science fiction, rzekomo wynalezionych przez naukowców Hitlera”. Ponadto wojna zakończyła się chaotycznie, a wiele dokumentów uległo zniszczeniu. Ta luka informacyjna sprzyja spekulacjom.
Według Kigera, opowieść o „Die Glocke” jest popularnym przykładem takich legend i spekulacji i powołuje się na twierdzenie byłego naukowca z branży lotniczej, Davida Myhry, że gdyby urządzenia antygrawitacyjne rzeczywiście istniały, Niemcy, desperacko próbując powstrzymać natarcie aliantów, z pewnością by ich użyli. Historycy i fizycy podkreślają, że tak przełomowa technologia musiałaby pozostawić ślad w dokumentacji, infrastrukturze przemysłowej lub powojennych badaniach naukowych. Nic takiego nie zostało odnalezione.
Z punktu widzenia metodologii historycznej teoria o „Die Glocke” ma kilka poważnych problemów. Brak jest oryginalnych dokumentów i niezależnych świadków, za to istnieją sprzeczności w opisach technicznych. Mimo braku dowodów, teoria o „Die Glocke” zdobyła ogromną popularność. Pojawia się w książkach, filmach dokumentalnych, grach komputerowych i popkulturze. Dla wielu osób stanowi atrakcyjną narrację łączącą tajemnicę, nazistowskie zbrodnie, zaawansowaną technologię oraz motyw „utraconej wiedzy”, która była dostępna tylko „wtajemniczonym”. Dla niektórych jest to dziś nowoczesna legenda, podobna do opowieści o Atlantydzie czy Kamieniu Filozoficznym.
Wszyscy mają rację
Całkiem możliwe jest to, że hitlerowcy nigdy nie mieli do dyspozycji opisanej powyżej superbroni i że wszystkie teorie dotyczące „Die Glocke” to czysta fantazja, choć może zastanawiać fakt, iż „Die Glocke” opisywany jest z wieloma szczegółami. Jednak równie możliwe jest, że coś takiego rzeczywiście istniało – czy to w formie funkcjonującego prototypu, czy też teoretycznego projektu. Spory na ten temat z pewnością szybko nie ustaną, podobnie jak spekulacje dotyczące „złotego pociągu”. Mimo że od lat wielu specjalistów twierdzi, iż pociąg taki nigdy nie istniał, jego poszukiwania nie ustają, a najnowsze wszczęto w ubiegłym roku. Jeśli „Dzwon” nadal leży pod ziemią w jakimś wagonie kolejowym, nadal czeka na swoich odkrywców.
Andrzej Heyduk








