Od kilku miesięcy pracuję w domu rekolekcyjnym. Jest to miejsce, które zgodnie z nazwą pełni rolę Centrum Formacji Duchowej. Bardzo mnie to cieszy, gdyż po ponad dwudziestu latach życia głównie za granicą, wróciłem do miejsca i rodzaju pracy, które bardzo lubię i cenię. Kiedy byłem zaraz po święceniach kapłańskich, pracowałem w takim centrum w Krakowie. Bardzo wiele się tam nauczyłem, przede wszystkim tego, kim jest człowiek, drugi człowiek. W całości, złożoności i pięknie swojej osobowości, ducha i duchowości, emocjonalności i uczuciowości. To było prawdziwe studium człowieka, a także tego, jak wchodzi on w relację z Bogiem i jak się ona rozwija, jakie etapy przechodzi. Uczyłem się także, jak człowiek wchodzi w relacje z innymi, dojrzałe i trwałe oraz jak przede wszystkim żyje z samym sobą. Tego wszystkiego uczyłem się jednak zaczynając od samego siebie. Nie można pomagać innym, nie pracując nad sobą. Dzisiaj, po latach nowych, wielkich i bardzo bogatych doświadczeń w świecie, wracam zupełnie inny. Czuję, że życie jest najlepszą szkołą, z której mogę czerpać towarzysząc innym.
W domu rekolekcyjnym odbywają się nie tylko rekolekcje. Jeśli one są, to przeżywane są w milczeniu i ciszy, przy głębokiej lekturze Pisma Świętego, z indywidualnym towarzyszeniem osób do tego przygotowanych. Bardzo często w czasie takich rekolekcji dokonują się prawdziwe cuda w życiu ludzi, o czym oni sami dają świadectwo. Są to doświadczenia przemiany wewnętrznej, poznania siebie, uzdrowienia ran z przeszłości. A Lekarzem jest nikt inny, jak tylko Pan Jezus. Inni uczestnicy, którzy w rekolekcjach biorą udział bardzo regularnie, na przykład raz w roku, mówią o tym, jak „doładowują swoje duchowe akumulatory”, jaki postęp duchowy udaje im się zrobić. Jest to dla nich coś bardzo normalnego i potrzebnego, by wygospodarować czas dla ducha. Jak słusznie mówi porzekadło: „W zdrowym ciele, zdrowy duch”. Myślę, że jest człowiek także zdrowszy w ciele, kiedy dba o swoje życie duchowe.
Oprócz rekolekcji organizowane są także warsztaty komunikacji. Ogólnie rzecz biorąc różnego typu „warsztaty” są dziś bardzo popularne i ludzie chętnie z nich korzystają. Prowadzone przez wykształconych trenerów i terapeutów, polegają głównie na ćwiczeniach w małych grupach warsztatowych. Taka forma bardzo pomaga ludziom w otwieraniu się na siebie i innych. Widzę, jak wyjeżdżają zadowoleni z takich treningów. Jedną z proponowanych form są także warsztaty komunikacji z ciałem. Okazuje się, że nasze ciało bardzo często nie komunikuje się ze swoim właścicielem. Istnieją duże rozbieżności między ciałem i duchem, a człowiek jest przecież jednym organizmem i potrzebuje tej jedności w sobie. Oczywiście w czasie warsztatów i kursów każdego dnia jest msza święta, adoracja Najświętszego Sakramentu, czas na osobistą modlitwę i medytację, okazja do spowiedzi i rozmów duchowych. To wszystko jest i być musi, bo nie można zaniedbać relacji z Bogiem ucząc się relacji z samym sobą i innymi.
To wszystko jest bardzo rozwojowe. Towarzyszenia innym na drogach ich duchowego i ludzkiego wzrostu i dojrzewania to naprawdę wielki dar dla mnie. Sam ciągle wiele się uczę. Od tej nauki zresztą nie uciekam. Znam swoje mocne strony i swoje słabości. Sam też wciąż poddaję się „obróbce” nie po to jednak, żeby być lepszym od innych, ale żeby samemu czuć się dobrze w tym życiu i cieszyć się nim, bo w ten sposób najbardziej mogę pomagać innym.
Jest też dla mnie bardzo cenne, że jako ksiądz mam wciąż możliwość pomocy w pracy parafialnej, w głoszeniu rekolekcji parafialnych. Bardzo to kocham! Być dla i między ludźmi w ich codzienności. Dzielić się z nimi Bogiem i Jego słowem. Pokazywać, że jest światło, którego sami często nie widzą. Jest droga, która choć bywa wymagająca i trudna, jest naprawdę szczęśliwa i nie tylko na chwile przyjemności, które dzisiaj nazywa się błędnie „szczęściem”. Jest to droga Dziesięciu Przykazań Bożych, która wcale nie ogranicza, a daje wolność i szczęście. Smutne jest, że ludzie dzisiaj rezygnują tak łatwo z tej drogi, żyjąc poza wspólnotą Kościoła, dalecy od wiary, albo poprzestając na powierzchowności. Dlatego cieszę się z każdego człowieka, który przychodzi na mszę, choćby był tylko jeden. Wierzę, że to się zmieni, bo ludzie wcześniej czy później poczują głód Boga i wiary. I oby znajdowali Go w Kościele rzymskokatolickim! To też moje zadanie, żeby dawać świadectwo i umieć przeprosić, kiedy zrobię coś nie tak.
Bardzo smutny jest dla mnie także spadek powołań kapłańskich i zakonnych. W Polsce to się czuje, kiedy księża pracujący samotnie w parafiach poszukują zastępstw i pomocy, chcąc pojechać na urlop na przykład. Czuje się to też widząc, jak siostry zakonne muszą zamykać swoje domy, które przez lata służyły także jako żłobki i przedszkola dla dzieci, oraz osobom niepełnosprawnym, chorym i starszym. U wielu młodych widzę i czuję, że walczą z myślą o powołaniu. Niestety boją się zrobić ten krok w kierunku seminarium czy zakonu. I niestety, bardzo ich rozumiem.
Cieszę się, że wróciłem do mojej Polski. Jestem inny niż wtedy, kiedy wyjeżdżałem. Starszy, bogatszy w doświadczenia, także przeorany różnymi sytuacjami życiowymi. Mam jednak w sercu dar ludzi, których spotkałem gdzieś w świecie, także naszej Polonii w USA i wiem, że tam jest także mój dom. Dopóki jest pamięć i miłość, jest dom. A życie płynie dalej. Etap za etapem. Często zaskakując nowym i nieznanym. Ale, jak mówią: „do odważnych świat należy”!
ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.








