17 października myśliwi poruszający się quadami natrafili w górach na białą ciężarówkę. Stała porzucona na polnej drodze i była zamknięta. W środku znajdował się pies Maisie – wciąż żywy, lecz skrajnie wycieńczony. Leżały tam także portfele, dokumenty tożsamości, telefony komórkowe, urządzenie GPS, kurtki oraz 32 tysiące dolarów w gotówce pozostawione na przednim siedzeniu. Brakowało tylko właścicieli: rodziny Jamisonów.
Jamisonowie nie byli towarzyscy. Utrzymywali się z rent inwalidzkich i nie pracowali, a sąsiedzi mówili policji, że w ich domu panowała „ciężka atmosfera”. Ludzie trzymali się od nich na dystans. Sherilynn organizowała w domu seanse spirytystyczne i zostawiała w okolicy niepokojące notatki, w których sugerowała, że ktoś z sąsiadów zatruwa jej czarne koty. „Czarownice nie lubią, gdy zabija się ich zwierzęta” – pisała. Kilka tygodni przed zniknięciem Bobby skontaktował się z pastorem Garym Brandonem, twierdząc, że ich dom jest nawiedzony i że na dachu pojawiają się „duchy”. Wspomniał też, że Sherilynn kupiła Biblię Szatana, którą on sam niedawno przeczytał.
Mnożące się hipotezy
Po odnalezieniu ciężarówki pojawiły się hipotezy związane z narkotykami. Rejon gór Sans Bois słynął z nielegalnych laboratoriów metamfetaminy, a Bobby Jamison niedawno wskazał policji osobę podejrzaną o ich prowadzenie. Śledczy zastanawiali się, czy mógł w ten sposób narazić rodzinę na odwet ze strony lokalnych gangów.
Podejrzenia podsycało także nagranie z kamery monitoringu – Bobby i Sherilynn wyglądali na nim na wyraźnie osłabionych i apatycznych, jakby byli pod wpływem substancji psychoaktywnych. Policja nie potwierdziła jednak tych przypuszczeń. W domu Jamisonów nie znaleziono żadnych narkotyków ani śladów ich produkcji.
Kolejnym tropem był ojciec Bobby’ego – Bob Dean Jamison. Bobby wystąpił przeciwko niemu o zakaz kontaktu, oskarżając go o potrącenie samochodem, groźby śmierci i powiązania z przestępczością. Twierdził też, że ojciec wykorzystywał go finansowo i nigdy nie zapłacił za pracę na wspólnie prowadzonej stacji benzynowej.
Na pierwszy rzut oka był to silny trop, lecz policja szybko go wykluczyła. Bob Dean Jamison zmarł w grudniu 2009 roku, dwa miesiące po zaginięciu rodziny, a w czasie ich zniknięcia przebywał w szpitalu i miał żelazne alibi.
W ciężarówce znaleziono także 11-stronicowy list Sherilynn do Bobby’ego. Jego treść nigdy nie została ujawniona, lecz wiadomo, że wskazywał na poważny kryzys w małżeństwie i był pełen gniewu oraz rozgoryczenia.
To właśnie wtedy pojawiła się teoria morderstwa z samobójstwem. Czy cierpiący na depresję Bobby, po przeczytaniu listu, postanowił zabić rodzinę i siebie? Przeczyło temu jednak pozostawienie gotówki oraz brak jakiejkolwiek broni.
Matka Sherilynn, Connie Kokotan, wysunęła jeszcze inną hipotezę – twierdziła, że rodzina trafiła na „listę ofiar kultu”. Nigdy jednak nie wskazała konkretnej organizacji, a policja nie znalazła żadnych dowodów, które potwierdzałyby taki scenariusz.
Do przyjaciółki Sherilynn, Niki Shenold, zadzwoniła anonimowa kobieta. Twierdziła, że podsłuchała rozmowę nieznanych mężczyzn mówiących o Jamisonach – jeden z nich miał nawet stwierdzić, że „lubił sadzać małą Madyson na kolanach”.
Po tym telefonie Niki ponownie obejrzała nagranie z kamery monitoringu i dostrzegła coś niepokojącego: tajemniczą postać w szarej koszuli, która na moment pojawia się w kadrze po tym, jak Bobby znika z obrazu. Policja nigdy jednak nie potwierdziła obecności trzeciej osoby.
Brązowa teczka
Poszukiwania trwały tygodniami. Wzięło w nich udział ponad 300 ochotników, policja, psy tropiące i helikoptery – bez rezultatu. W listopadzie, na progu zimy, po wielu bezowocnych próbach akcję przerwano.
Przełom nastąpił dopiero po czterech latach, przypadkiem. 16 listopada 2013 roku dwaj myśliwi podczas polowania natrafili na ludzkie szczątki w rejonie Smokestack Hollow, na zboczu góry Panola, około 4 kilometrów od miejsca, gdzie odnaleziono ciężarówkę Jamisonów. Trzy szkielety leżały twarzą do ziemi, w jednym rzędzie. Badania potwierdziły, że należały do Bobby’ego, Sherilynn i Madyson.
Śledczy zwracali uwagę, że teren, na którym odnaleziono szczątki, był wcześniej wielokrotnie przeszukiwany, lecz znajdował się na stromym, gęsto porośniętym zboczu, trudnym do pokonania pieszo. Ich zdaniem ciała mogły pozostać niezauważone przez lata z powodu opadłych liści, osuwającej się ziemi i działalności dzikich zwierząt. Przy szczątkach nie znaleziono plecaków, narzędzi ani innych przedmiotów sugerujących zaplanowaną wędrówkę, nie było też śladów obozowiska – co pogłębiało wątpliwości, czy rodzina poszła w góry z własnej woli.
Nie stwierdzono urazów kości ani jednoznacznych śladów przemocy. Medyk sądowy dr Joshua Lanter nie był w stanie ustalić przyczyny śmierci na podstawie samych szczątków, a końcowy raport mówił jedynie o „zgonie w podejrzanych okolicznościach”. W praktyce oznaczało to jedno: śledztwo utknęło w martwym punkcie.
Tego, czego nie wyjaśniły badania, miały dostarczyć fakty – lecz i ich zabrakło. Śledztwo nigdy nie odpowiedziało na najważniejsze pytania: dlaczego rodzina opuściła samochód, zostawiając w nim cały dobytek i 32 tysiące dolarów w gotówce, dokąd zmierzała, idąc ponad 4 kilometry w głąb gór Sans Bois, ani dlaczego ich szczątki leżały w jednym rzędzie, twarzami do ziemi. Co wydarzyło się między wyjazdem a śmiercią, pozostało nieznane.
Z nagrań monitoringu wynika jedynie, że tuż przed zniknięciem Sherilynn Jamison zabrała z domu brązową teczkę, której nigdy nie odnaleziono. Czy kryła klucz do tej zagadki? Prawda została w górach Sans Bois – tam, gdzie Jamisonowie chcieli zacząć nowe życie i gdzie wszystko się urwało.
Joanna Tomaszewska








