Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Poczta z przeszłości

List miłosny porzucony na chodniku. Zawiadomienie o operacji ukryte w cudzym garażu. Kondolencje, gratulacje, zaproszenia – wyrzucone, zagubione i przemilczane. Historia zaginionych listów w Wielkiej Brytanii to opowieść o ludzkiej słabości i systemie pełnym szczelin. O straconych szansach i cichych dramatach. Bo list nie dotarł albo dotarł za późno. Przez dekady brytyjska poczta – Royal Mail – gubiła setki tysięcy przesyłek. Jedne odnajdywano po latach w opuszczonych sortowniach, inne w workach skrywanych w domach listonoszy.
Poczta z przeszłości

Autor: Adobe Stock

W czerwcu 2025 mieszkańcy Cwmbran w Walii zaczęli wyjmować ze swoich skrzynek pocztę z przeszłości. Kartę rejestracyjną pojazdu z 2017 roku. Magazyn „Screwfix” z ofertami sprzed dekady. Dokumenty adresowane do poprzedniego właściciela domu z… 1962 roku. Sam radny Ron Burnett dostał list wysłany w 2014.

Royal Mail przyznała, że zagubione przesyłki znaleziono w „magazynie”. Nie wyjaśniono jednak, w jakim. Ani jak trafiły tam dziesiątki lat temu. Zdecydowano się po prostu je doręczyć – po czasie. I bez komentarza.

 

Zmiana pełna chaosu

Niedostarczona poczta w Wielkiej Brytanii trafia zazwyczaj do Krajowego Centrum Zwrotów w Belfaście – magazynu, w którym przechowuje się dziś około 20 milionów przesyłek. To głównie listy bez czytelnego adresu lub zniszczone. Problem z zagubioną pocztą był jednak inny. Te listy miały swoich odbiorców. Ale zamiast trafić do ich skrzynek pocztowych, kończyły w domach listonoszy, w opuszczonych sortowniach albo po prostu na bruku.

Kryzys zaczął narastać po 2004 roku, gdy Royal Mail przeszła z dwóch doręczeń dziennie na jedno. Miało to zaoszczędzić 350 milionów funtów rocznie, a w praktyce przyniosło chaos. Sortownie się zapychały. Listonosze zmuszeni byli wozić coraz cięższe worki listów na wózkach. Trasy, które zajmowały im dotychczas do czterech godzin, teraz przekraczały często osiem. Część pracowników nie wytrzymywała. Poczta była porzucana, worki zostawiane na ulicach albo odkładane „na później” w prywatnych domach. To „później” nigdy nie nadeszło.

Listonosz Paul Willicott z Devon miał czterogodzinną zmianę. I ilość poczty niemożliwą do dostarczenia w tym czasie. Po zakończeniu zmiany zabierał więc niedostarczone listy do domu. Z początku z myślą, że odda je następnego dnia, ale zamiast tego dokładał kolejne. Stos rósł.

W 2016 roku w jego garażu znaleziono 30 tysięcy zagubionych przesyłek. Łącznie 67 worków poczty. „Miałem zamiar dostarczyć wszystko, gdy będę miał mniej pracy” – tłumaczył później policji. Ta chwila nigdy nie nadeszła. Listy leżały więc latami, a do starych dochodziły nowe. Wilcott był zdesperowany i bez pomysłu, co zrobić z narastającym problemem. Wpadł, gdy ktoś zobaczył, jak chowa kolejną stertę poczty w garażu.

 

Anthony Brierley, były marynarz z Falklandów, też nie poradził sobie z presją rosnącej ilości poczty. W 2011 roku w jego domu i samochodzie znaleziono 34 tysiące „odłożonych na później” listów i paczek. Były wśród nich wyniki badań medycznych, zawiadomienia o operacjach. Wszystko zebrane między lutym 2010 a wrześniem 2011 roku. Brierley wkładał je do bagażnika samochodu o 3.00 po południu, gdy kończył zmianę. Najpierw planował dostarczyć przesyłki kolejnego dnia. Potem sytuacja wymknęła się spod kontroli, brakowało mu czasu. Sterta listów rosła. Jego ciekawość też – w końcu zaczął je otwierać. Początkowo pieniądze z kartek urodzinowych wrzucał do puszki charytatywnej. Potem do swojego portfela. Wydawał je na jedzenie i papierosy. Ile w sumie? Nikt nie wie.

Gdy policja weszła do mieszkania 22-letniego Adama Moore’a w Liverpoolu, cała podłoga pokryta była stosami listów. Tysiące kolejnych przesyłek znaleziono w jego samochodzie. W sumie 16.536 listów i paczek z zaledwie dwóch miesięcy – lutego i kwietnia 2007 roku. Policja potrzebowała siedmiotonowej ciężarówki, żeby wywieźć całą pocztę z mieszkania listonosza. On sam przyznał się potem do otworzenia 1408 przesyłek. Szukał w nich gotówki. Zwykle znajdował drobne włożone do kartek urodzinowych. Ukradł w ten sposób co najmniej 500 funtów.

Były kapral królewskiej armii, Christopher Marren z Lincoln, gromadził pocztę przez pięć lat w szopie swojej byłej dziewczyny. Doliczono się tam ponad 3500 przesyłek. Część adresatów zdążyła umrzeć, zanim policja odnalazła pocztę. Marren zabierał listy z magazynu przed rozpoczęciem obchodu. Później, jak reszta przyłapanych listonoszy, nie dawał rady wszystkich ich dostarczyć. Nie potrafił ich wyrzucić, więc zaczął ukrywać. Wpadł przez przypadek. Po wyprowadzce jego partnerki urzędnik przeprowadzał rutynową inspekcję jej domu. I przy okazji natknął się na tysiące ukrytych listów.

 

Presja bez kary

Wszyscy listonosze stanęli przed sądem. Willicott otrzymał wyrok w zawieszeniu i 1700 funtów grzywny. Brierley – 150 godzin prac społecznych. Moore – 12 miesięcy w zawieszeniu. Marren również usłyszał wyrok w zawieszeniu. Żaden nie trafił do więzienia. Sędziowie wzięli pod uwagę „presję w pracy” i „problemy ze zdrowiem psychicznym”. „Royal Mail nie jest stroną poszkodowaną. Poszkodowani są członkowie społeczeństwa” – mówił prokurator, sugerując, że odpowiedzialność spoczywa także na samej poczcie, jej reorganizacji i obciętych etatach.

Rankiem 5 marca 2023 roku przy tylnym, przeciwpożarowym wyjściu z sortowni Royal Mail w południowym Londynie mieszkaniec Walworth zauważył leżącą na ziemi stertę listów. Kilkaset kopert. Rachunki za wodę. Korespondencja z logo dzielnicy Southwark. Pisma urzędowe. Mężczyzna zebrał je wszystkie i wrzucił do skrzynki połączonej bezpośrednio z sortownią. Royal Mail oświadczyła, że „zbada sprawę”. Nigdy jej nie zbadała.

Ile listów przepadło w ten sposób przez ostatnie dekady? Tysiące? Setki tysięcy? Nikt tego nie wie. Royal Mail nie prowadzi takich statystyk. Każdy skazany listonosz to tylko wierzchołek góry lodowej. Ci, których nigdy nie przyłapano, mogą do dziś przechowywać worki niedostarczonej poczty. W garażach, na strychach, w szopach. Gdzieś w zapomnianym kącie sortowni albo w bagażniku samochodu wciąż leżą listy sprzed lat. Niedostarczone, nieotwarte, zagubione w systemie, który miał ją chronić. I wśród nich niejeden, który mógł zmienić czyjeś życie.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama