Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Stawka większa niż życie

25 stycznia 2026 roku Amerykanin Alex Honnold dokonał wyczynu, który z miejsca zapisał się w historii wspinaczki ekstremalnej. Bez asekuracji i bez jakiejkolwiek formy zabezpieczenia wspiął się na mierzący 508 metrów drapacz chmur Taipei 101 w Tajpej, stolicy Tajwanu – jeden z najwyższych budynków świata. Wspinaczka była częścią specjalnej akcji transmitowanej na żywo przez Netfliksa pod tytułem „Skyscraper Live”.
Stawka większa niż życie
Na szczycie Taipei 101

Autor: PAP/EPA/RITCHIE B. TONGO

Honnold, znany przede wszystkim z legendarnego wejścia free solo (ekstremalna wspinaczka bez asekuracji i jakiegokolwiek sprzętu) na ścianę El Capitan w Parku Narodowym Yosemite w 2017 roku – uwiecznionego w nagrodzonym Oscarem filmie dokumentalnym „Free Solo” – rozpoczął wspinaczkę dzień później, niż pierwotnie planowano. Termin został przesunięty z powodu opadów deszczu, które sprawiły, że metalowe i szklane elementy elewacji stały się niebezpiecznie śliskie. Nie była to korekta logistyczna, lecz decyzja o charakterze zasadniczym: w tej formie wspinania wilgoć wyznacza granicę, której nie da się negocjować.

Wydarzenie śledziła publiczność zgromadzona wokół budynku oraz miliony widzów przed ekranami na całym świecie. Transmisję prowadzono z dziesięciosekundowym opóźnieniem – rozwiązaniem przewidzianym na wypadek sytuacji granicznej. Sam Honnold miał na sobie jedynie standardową odzież wspinaczkową i charakterystyczną czerwoną koszulkę. Jego żona, Sanni McCandless, obserwowała przebieg akcji z wnętrza budynku.

 

Negocjacje z architekturą

Taipei 101 ma 508 metrów wysokości, lecz nie tworzy jednolitego pionu. Jego elewacja składa się z powtarzających się segmentów, uskoków i modułów inspirowanych formą bambusa. Z poziomu ulicy układają się w harmonijną, rytmiczną całość. Dopiero z bliska widać, że fasada jest zbiorem drobnych, nieoczywistych problemów: elementy wyglądające identycznie różnią się szczegółami, a w free solo właśnie te różnice decydują, czy kolejny ruch da się wykonać, czy nie.

Przebieg wejścia był całkowicie pozbawiony improwizacji. Honnold poruszał się wzdłuż fasady, opierając się wyłącznie na stałych elementach architektonicznych: metalowych belkach, krawędziach segmentów elewacji, technicznych występach i załamaniach konstrukcji. Nie miał przy sobie liny, uprzęży ani jakiejkolwiek formy zabezpieczenia. Każdy ruch wykonywał z pełną świadomością, że ewentualny błąd nie pozostawi miejsca na poprawkę.

Na pierwszych metrach wyglądał niemal zwyczajnie – jak ktoś, kto robi rzecz trudną, ale dobrze sobie znaną. Jego ciało pracowało oszczędnie, bez nagłych szarpnięć. W tej formie wspinania każdy nadmiar ruchu oznacza stratę energii i ryzyko poślizgu. Gesty miał krótkie i precyzyjne: dłoń na krawędź, stopa na wąski występ, biodro dociśnięte do pionu. W tej pozornej „zwyczajności” krył się jednak człowiek wchodzący w strefę, w której nie istnieje bezpieczna pomyłka.

Szybko też przestało mieć sens porównanie tej wspinaczki z El Capitan. Skała – nawet gładka – oddaje tarcie, ma pory i mikrochropowatość, czasem rysę, która daje oparcie palcom. Budynek jest bardziej bezwzględny. Szkło i metal niczego nie ułatwiają. Detal, który z daleka wygląda jak ornament, z bliska okazuje się pułapką; kąt, który sprawia wrażenie „czytelnego”, po dotknięciu jest gładki i zimny. Honnold nie wspinał się po „ścianie” w sensie alpinistycznym – prowadził nieustanne negocjacje z architekturą: z krawędziami, drobnymi elementami w kształcie litery L, balkonami i przełamaniami fasady, które obiecywały wytchnienie, a w rzeczywistości wymuszały kolejne, precyzyjne decyzje.

 

Odwrócony amfiteatr

Najbardziej zdradliwe okazały się środkowe partie wieżowca – segmenty nazywane „bamboo boxes”, będące wizualnym podpisem Taipei 101. W transmisji wyglądały jak powtarzalny wzór, lecz na wysokości wzór ten zamieniał się w labirynt. Nie chodziło tam o siłę, lecz o cierpliwość i czujność: o to, by nie wpaść w rytm, który uśpi koncentrację. W takich miejscach najgroźniejszy jest błąd wynikający z rutyny – powtórzenie ruchu tylko dlatego, że poprzedni się udał. Tu nie istniało pojęcie „łatwo”. Każdy ruch musiał po prostu zadziałać.

W tych fragmentach wspinaczka wyraźnie zwalniała. Nie po to, by odpocząć – odpoczynek w free solo nie istnieje – lecz by potwierdzić sekwencję. Najpierw ręka, potem stopa. Każda zmiana pozycji była decyzją nieodwracalną. Wraz z wysokością dochodził wiatr: nagły, boczny, wyrywający ciało z płaszczyzny, natarczywy jak niewidoczny przeciwnik. Reakcje Honnolda ograniczały się do minimalnych korekt – dociśnięcia biodra, zmiany kąta barków, przesunięcia ciężaru o ułamek sekundy wcześniej. Kamera ledwie je rejestrowała, lecz bez tych mikroruchów wejście nie mogłoby trwać.

Całość zajęła około dziewięćdziesięciu minut. Dla widzów był to seans; dla Honnolda na elewacji – życie skompresowane do oddechu i pulsu. Każdy kolejny metr dokładał zmęczenie i ryzyko, bo zmęczenie narasta, nie dając wyraźnego sygnału ostrzegawczego. Sprawia, że palce domykają się wolniej, stopa ląduje o milimetr za daleko, a decyzja zapada ułamek sekundy później. W tej dyscyplinie ten ułamek bywa całą różnicą.

W międzyczasie na dole gęstniał tłum. Jedni przyszli celowo, inni zatrzymywali się przypadkiem, unosząc wzrok ku sylwetce przesuwającej się po elewacji budynku. Z tej perspektywy Honnold był zaledwie punktem. Dopiero transmisja z bliska ujawniała skalę jego napięcia: skupienie, oszczędność ruchów, całkowity brak demonstracyjności. Scena ta niosła w sobie osobliwy paradoks – jego najbardziej legendarne wejścia odbywały się z dala od publiczności, na ścianach, które znają tylko echo i ptaki. Tutaj widzowie stali jak w amfiteatrze, lecz amfiteatr był odwrócony: publiczność na ziemi, wspinacz na pionie, wysoko ponad „normalnym” zasięgiem ludzkiego spojrzenia.

Ostatnie metry nie były technicznie najtrudniejsze. Ciążyła na nich jednak świadomość bliskości końca – a to moment, w którym najłatwiej o rozproszenie. Honnold nie przyspieszył. Utrzymał rytm aż do chwili, gdy mógł go bezpiecznie porzucić. Na szczycie nie było euforii: kilka gestów w stronę kamer, krótki uśmiech, znak ręką. Dopiero wtedy napięcie opadło – najpierw u niego, potem u obserwatorów. Wspinaczka stała się faktem dokonanym.

Znaczenie tego wejścia nie sprowadza się do samej skali przedsięwzięcia. Było to pierwsze znane free solo na budynku tej wysokości. Miasto zastąpiło dolinę, szkło – skałę, lecz reguły pozostały niezmienne: brak asekuracji i brak miejsca na błąd. Jednocześnie była to operacja medialna w najbardziej dosłownym sensie – transmisja na żywo, odmierzany czas, globalna publiczność i dziesięciosekundowe opóźnienie wyznaczające cienką granicę między relacją a katastrofą. W takiej formule łatwo pomylić ryzyko z rozrywką; tym razem jednak doszło do czegoś wyjątkowego – najbardziej bezlitosna forma wspinania została przeniesiona w przestrzeń globalnego widowiska, nie tracąc swojej surowości.

 

Stopniowe przesuwanie granic

Droga, która doprowadziła Honnolda do Tajpej, była długa i konsekwentna. Wspinanie od dzieciństwa, stopniowe przesuwanie granic, coraz większa oszczędność środków i ruchów. Przełomem było wejście na El Capitan – niemal kilometrową ścianę pokonaną bez zabezpieczenia – po którym jego nazwisko stało się synonimem free solo w najbardziej radykalnej postaci. A jednak Honnold nigdy nie próbował uczynić z tej praktyki powszechnego wzorca ani drogi do naśladowania. Wielokrotnie podkreślał, że nie jest to droga dla wszystkich.

Tajpej jest w jego dotychczasowej karierze wyjątkiem – jednocześnie symbolicznym i realnym. Najwyższym obiektem zdobytym w ten sposób. Wydarzeniem, które natychmiast uruchomiło pytania o etykę transmitowania skrajnego ryzyka na żywo, a także o to, co pozostaje w kulturze po takim widowisku: podziw czy pokusa naśladowania. Sam fakt pozostaje jednak niepodważalny – człowiek, bez żadnej asekuracji, pokonał pionowy symbol miasta i wrócił na ziemię.

Tajpej szybko odzyskało swój rytm. Budynek stoi jak stał. Na elewacji nie ma śladu po dłoniach, które przez dziewięćdziesiąt minut trzymały się jej z absolutną konsekwencją. Pozostała jedynie świadomość, że przez krótką chwilę pion przestał być granicą – i że ktoś przesunął ją dokładnie tam, gdzie zwykle kończy się wyobraźnia.

Monika Pawlak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama