- Nie jestem za federalizacją wyborów. Myślę, że to sprawa konstytucyjna - powiedział we wtorek lider Republikanów w Senacie John Thune podczas rozmowy z dziennikarzami.
Był to komentarz na poniedziałkową wypowiedź prezydenta USA, który w wywiadzie z byłym wiceszefem FBI Danem Bongino powiedział, że Republikanie powinni „przejąć” i „znacjonalizować” organizację wyborów w co najmniej 15 stanach rządzonych przez Demokratów. Trump twierdził, że w stanach tych nielegalnie głosują imigranci i twierdził, że jego partia tego nie zrobi, nie będzie miała szans na wygraną.
Według artykułu I amerykańskiej konstytucji, to władze stanowe odpowiedzialne są za sposób organizacji wyborów do Kongresu, choć Kongres ma prawo wprowadzać ograniczone regulacje tego dotyczące. Wezwanie Trumpa zbył też we wtorek przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson, który twierdził, że prezydent „wyrażał jedynie frustrację na temat problemów, które istnieją” w stanach rządzonych przez Demokratów.
Z postulatu Trumpa częściowo wycofała się też rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt. Jak powiedziała we wtorek dziennikarzom, prezydent nie wzywał do przejęcia administracji wyborów przez rząd federalny, lecz mówił o projekcie ustawy SAVE Act, który miałby wprowadzić obowiązek okazania dowodu obywatelstwa USA przy rejestracji na wybory oraz do okazania karty tożsamości przed samym głosowaniem.
Krytycy projektu uważają, że wprowadzenie tego wymogu znacznie utrudniłoby udział w wyborach czy uniemożliwiłoby głosowanie korespondencyjne. Ponad połowa uprawnionych do głosowania wyborców nie posiada ważnych paszportów.
Słowa Trumpa padły po tym, jak w ubiegłym tygodniu FBI przeprowadziło nalot na ośrodek wyborczy w hrabstwie Fulton w Georgii i skonfiskowało miliony kart wyborczych w ramach śledztwa dotyczącego wyborów 2020 r., które zdaniem prezydenta zostały sfałszowane.
Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)








