Super Tomasz z misją w Chicago
Tomasz Kmiecik zawsze chciał zobaczyć Amerykę. Fascynowała go już od wczesnych lat. Zwiedził kilka amerykańskich miast, wreszcie we wrześniu 2023 r. przyleciał na dłużej do Chicago, do przyjaciół. Już wtedy był popularnym w rejonie Białegostoku Super Tomaszem – animatorem zabaw dla dzieci.
Jego kariera w tej dziedzinie zaczęła się w 2013 r., gdy w stroju Supermana kupionym w Londynie postanowił spontanicznie poprowadzić licytację na imprezie charytatywnej. Debiut był niezwykle udany – już parę dni później rozdzwoniły się telefony od fundacji, a później – od rodziców, którzy chcieli wynająć Super Tomasza do zabawiania ich dzieci na komuniach, urodzinach czy weselach. Były wizyty w szkołach, przedszkolach, żłobkach, pokazy magii.
W tygodniu Kmiecik pracował jako przedstawiciel handlowy, kelner, specjalista ds. rozwoju rynku. Jeździł po świecie, prowadził zajęcia z aqua zumby w zagranicznych hotelach. Ale to właśnie animacje dla dzieci stały się jego pasją.
W Chicago szybko się usamodzielnił. Po początkach „na kontraktorce” Super Tomasz wrzucił post ze swoją ofertą na polonijną grupę facebookową. Zaproszono go na festyn Aut PRL. Wystąpił tam ze swoim show i animacjami dla dzieci.
– Od tamtego momentu miałem wszystkie weekendy zajęte – wspomina.
Super Tomasz mówi, że „cudownie wstrzelił się w Amerykę”. Zauważył, że polonijne dzieci są głodne polskich zabaw i animacji, i zafascynowane grami podwórkowymi, które pamiętał z dzieciństwa: guma, skakanka, ciuciubabka, Baba Jaga patrzy, aż po naukę tańca. Oprócz weekendowych imprez, w tygodniu prowadził zajęcia taneczne w polskich przedszkolach.
– Jak zobaczyłem uśmiech dzieci, ten błysk w ich oczach, poczułem, że to moja misja: przekazywać polonijnym dzieciom zabawę i uśmiech.To samo oddawały mi one i ich rodzice. To mi dawało powera – mówi Kmiecik.
W 2024 roku Kmiecik otworzył działalność gospodarczą, żeby rozliczać się z podatków. W bazie Biura Sekretarza Stanu Illinois do dziś figuruje jego firma, Super Tomasz for Kids, Inc.
Czas mijał szybko, dużo się działo i zanim Kmiecik się zorientował, wygasło jego 90-dniowe pozwolenie na pobyt turystyczny ESTA. Przyznaje, że nie myślał o sprawach imigracyjnych. Wiedział, że ze strony pracodawców pojawiły się pomysły sponsorowania go.
22 października: początek horroru
Była środa, 22 października rano. Super Tomasz podjechał pod przedszkole Wyspa Dzieci w Algonquin, na dalekich północno-zachodnich przedmieściach Chicago, gdzie jak zwykle miał prowadzić zajęcia.
– Zaparkowałem, wyłączyłem samochód. W jednej sekundzie po drugiej stronie ulicy pojawiły się trzy radiowozy, z których wyskoczyło sześciu agentów w kamizelkach z napisem ICE. Pokazali mi dokument, że zostaję zatrzymany, bo przekroczyłem termin ESTA. Zostałem skuty w kajdanki na rękach, nogach, szyi i pasie. Jakbym kogoś zabił. Nie wiem, ile kilogramów tego żelastwa miałem na sobie. Gdy próbowałem o coś zapytać, traktowali mnie jak powietrze – opowiada Kmiecik.
Dalej relacjonuje, że agenci wsadzili go do samochodu i przez około pięć godzin wozili po całej okolicy Chicago, co pół godziny przesadzając do innego pojazdu i dokładając aresztantów. W końcu trafił do „jakiejś celi”, gdzie miał „coś w rodzaju przesłuchania”. Wtedy po raz pierwszy mógł wykonać telefon. Zadzwonił do najbliższych przyjaciół oraz do adwokata.
– Początkowo próbował żartować na temat swojego zatrzymania. Taki właśnie był. Powiedział, że na razie jest jak w filmie – wspomina przyjaciółka Kmiecika, Marzena Wolan.
Następnie został przewieziony do ośrodka detencyjnego w Broadview, na zachodnich przedmieściach Chicago, gdzie – jak mówi – „zaczął się największy horror”.

Broadview: przejściowa sala tortur
– Pomieszczenie 15 metrów na 10. W środku około 80 osób: Meksykanie, Wenezuelczycy, Boliwijczycy. Ja jako jedyny Polak i Europejczyk. Większość to kontraktorzy, pracownicy zieleni, w roboczych ubraniach, pościągane buty. Bez klimatyzacji, bez nawiewu – nigdy nie zapomnę tego odoru. Dowieziono jeszcze dwóch Polaków. Na sali dwie zapchane toalety, z których leciała woda. ICE-owcy nie odpowiadali na żadne pytania. Gdy ktoś krzyczał, domagając się odpowiedzi, zamykali lufcik w drzwiach, więc nie było czym oddychać. A za ścianą dziesięciu agentów siedzi przy komputerach i śmieje się – opowiada Kmiecik.
Kmiecik nie jest pewien, czy w ośrodku w Broadview spędził trzy, czy cztery dni. Codziennie przywożono i wywożono więźniów.
– Nie było miejsca do siedzenia, więc spałem na podłodze. Dostawaliśmy dziennie dwie butelki wody i zamrożone kanapki z Subwaya – sałata pękała w zębach. Nie mogłem uwierzyć, jak w 2025 roku traktuje się ludzi. ICE-owcy z nikim nie rozmawiali, nie odpowiadali na żadne pytania. Dopiero po drugiej w nocy wywoływali pojedyncze osoby. Kiedy mnie wywołali, podpisałem dokument, że na własny koszt i na własną prośbę chcę wrócić do Polski. Wiedziałem po rozmowie z prawnikiem, że nie mam szans na obronę. Oni mi to zabrali i powiedzieli, że przyniosą później. Nigdy nie przynieśli. Trzeciego czy czwartego dnia nad ranem znów wyczytali moje nazwisko – na transport. Powiedziałem, że przyjaciele mają mi przywieźć paszport, że podpisałem dokument o samodeportacji. Zaczęli mnie poganiać, popychać, siłą zabrali nas do autobusu, w tych wszystkich łańcuchach. Na nasze miejsce czekały już kolejne osoby. To była taka przejściowa sala tortur – kontynuuje Kmiecik.
– Najpierw oficer ICE powiedział przez telefon, żeby przywieźć paszport i podał adres w Broadview – wspomina Wolan. – Pojechałam tam ze znajomym policjantem. Nie dało się w ogóle zbliżyć do budynku. Nikt nie chciał z nami rozmawiać. Krzyczeli przez megafon, żeby się nie zbliżać, bo będą strzelać… Wreszcie jeden z oficerów powiedział nam, że tu się paszportów nie przywozi. Musieliśmy zawrócić.
Z Chicago do El Paso, a może Guantanamo?
– Dojechaliśmy na jakieś lotnisko wojskowe – relacjonuje dalej Kmiecik. – W kajdankach załadowano nas do starego, przemysłowego samolotu. Oficjalnie nikt nie wiedział, gdzie lecimy. Między chłopakami chodziły plotki, że może Guantanamo, a może Teksas. Gdy wylądowaliśmy, znów spędziłem kilka dni na podłodze, czekając na celę. Wszystkie moje pytania były ignorowane. W namiotach w El Paso cele były trochę większe, ale gdy padał deszcz, kapało nam na łóżka. 6 ubikacji na 76 osób. Moi współwięźniowie byli z Gwatemali, Nikaragui, Boliwii, Wenezueli i Meksyku. Był jeden Polak. Dostaliśmy pomarańczowe stroje, takie, jak widzi się na filmach, jak kryminaliści. Przez dwa miesiące trzy razy wyszliśmy na spacerniak. Cały czas siedzieliśmy przy jarzeniówkach. Jak pierwszy raz zobaczyłem słońce, to przez 10 minut nic nie widziałem na oczy.
Zapytany, jak znosił swoją sytuację psychicznie, Super Tomasz opowiada:
– Cały czas byłem przekonany, że jestem tam tylko na chwilę. Że każdy dzień czy godzina to ta ostatnia. Zacząłem sobie układać wszystko w głowie, żeby nie zwariować. Zacząłem uczyć chłopaków grać w karty. O trzeciej spotykaliśmy się przy moim łóżku i robiłem treningi crossfitowe. Jeden kontraktor wyliczył, ile kółek trzeba zrobić na sali, żeby osiągnąć 10 tys. kroków. Najgorsze było to, że przez dwa miesiące nic nie wiesz. Ta bezsilność. Przez cały pobyt w El Paso ani razu nie widziałem żadnego agenta ICE. Był tylko strażnik, który był zwyczajnym pracownikiem. Inni więźniowie byli zabierani, dostawali terminy w sądzie, a my, jedyni Polacy, byliśmy jakby zapomniani. Nikt nie przychodzi, nikt nie rozmawia, wiadomości wysyłane na twój temat pozostają bez odzewu. Gdy dostałem więzienny tablet, próbowałem dodzwonić się do polskiej ambasady w Houston. Tam też powiedziano mi, że nie mogą nic zrobić, jedynie wysłać maila – wspomina Kmiecik.
Kmiecik przyznaje, że pomagała świadomość, że inni są w jeszcze gorszej sytuacji.
– Widziałem ryczących facetów, którzy zostawili trójkę, czwórkę dzieci, a byli jedynymi żywicielami rodziny. Po 30 latach w Ameryce służby podwożą ich pod granicę z Meksykiem. Był ojciec trójki małych dzieci, których matka również została zatrzymana, a dzieci były w przedszkolu. Albo chłopaki, którzy przyjechali, jak mieli rok, teraz mają po 30 i nawet nie wiedzą, w jakiej miejscowości mieszali w Meksyku czy Wenezueli. Niektórzy nie mieli żadnej rodziny, bo kartele pozabijały jej członków. To były historie nie z tej ziemi. Próbowałem jak najwięcej zarejestrować, żeby potem to wszystko komuś opowiedzieć. Myślałem sobie, co dzieje się w kraju, który uchodzi za tak rozwinięty… Widzisz to traktowanie ludzi i zastanawiasz się, czy cofnąłeś się do lat 40. w Polsce.
Kmiecik mówi, że na duchu podtrzymywała go też świadomość, że stoi za nim Polonia.
– Dostawałem do więzienia listy, laurki od dzieci, zdjęcia, wspomnienia, książki i gazety. Nie mogłem uwierzyć, że miałem takie wsparcie i tak poruszyłem ludzi moją pracą – wzrusza się Kmiecik.
Wolan mówi, że w pomoc zatrzymanemu Kmiecikowi zaangażowanych było wiele osób dobrej woli.
– Każdy chciał coś zrobić, coś mu wysłać, jakoś pomóc. Dzieci nie chciały chodzić do przedszkola, bo „nie ma Pana Tomasza i już nie jest tak fajnie”. Pisaliśmy listy do polityków, kongresmenów, konsulatów. Ale przyznaję, że w którymś momencie wyczerpały nam się pomysły. Zbliżały się święta. Wciąż nic nie było wiadomo – wspomina.

„Mam depresję”: z El Paso do Warszawy
Mijały długie tygodnie. Wszyscy, z którymi Kmiecik przyleciał do El Paso, już powychodzili, w tym kolega Polak. Przyjeżdżali nowi ludzie. Desperacja Kmiecika rosła. Pewnego dnia zaobserwował, że gdy jeden z więźniów wyraźnie się podłamał, wywołało to szybką interwencję.
– Wpadłem na pomysł, że będę mówić, że mam depresję – wspomina Kmiecik.
Przyjaciele zaczęli bombardować władze mailami, w których zapowiadali konsekwencje, jeśli „coś się stanie” Kmiecikowi. Plan się powiódł. Któregoś dnia obudzono go w środku nocy. W pośpiechu i bez pożegnania został zabrany do innej, pojedynczej celi. Budynek powoli pustoszał. Minęła doba, zanim ktoś się zjawił i zapytał „co ty tu robisz?”. Pomyślał, że najwyraźniej o nim zapomnieli.
Po zamieszaniu przewieziono go do celi na lotnisku w El Paso. Po pięciu godzinach wsiadł do samolotu do Chicago. Udało się zawiadomić przyjaciółkę w Chicago.
– Zaczęliśmy szybko organizować akcję, żeby dostarczyć Tomkowi do samolotu walizkę z ubraniami i pieniądze. Byliśmy jak detektywi, ale udało się – śmieje się Wolan.
Na O’Hare Kmiecik został zamknięty na kolejne cztery godziny, aż wreszcie został odprowadzony na bezpośredni lot do Warszawy.
– W którymś momencie musiałem przebrać się z powrotem z pomarańczowego więziennego kombinezonu w te same ciuchy, w których spędziłem 4 dni na podłodze w Broadview. Byłem przerażony, jak ludzie w samolocie wytrzymają ze mną w tym smrodzie – mówi Kmiecik. – Dopiero jak doleciałem do Warszawy, 18 grudnia, uwierzyłem, że to naprawdę się skończyło.
„Nie ufaj nikomu”
Kmiecik mówi, że nie miał wrogów w Chicago. Jednak podejrzewa, że został zatrzymany, bo ktoś go zgłosił służbom imigracyjnym. Agenci ICE mieli wydruki z jego facebookowego fanpage’a, a jeden z nich powiedział coś w stylu „nie ufaj nikomu”.
– Może ktoś był zazdrosny, że tak mi się powodzi po dwóch latach w Ameryce – zastanawia się.
Kmiecik zapewnia, że nie miał żadnego konfliktu z prawem ani w Polsce, ani za granicą.
– Przedszkola sprawdzały, czy nie byłem karany w obu krajach. Sprawdzano moje odciski palców. Przeszedłem szkolenia pedagogiczne w Stanach i w Polsce. Mam nawet uprawnienia do prowadzenia zajęć sensorycznych dla malutkich, rocznych dzieci… – wylicza.
Kmiecik mówi, że ani się nie obnosił, ani nie ukrywał swojego statusu.
– Ale jak ktoś zapytał, to nie skłamałem. Mój zawód i praca z dziećmi opierają się na otwartości i zaufaniu – podsumowuje.
Miał łapać przestępców
Kmiecik przyznaje, że na ogół nie interesuje się polityką, ponieważ jego praca wymaga „czystej głowy” do zabaw z dziećmi. Mówi, że jak wielu członków Polonii, był przekonany, że prezydent Trump ma zamiar wyeliminować przestępców z ulic Chicago.
– Przyjeżdżając do Ameryki, zawsze słyszałem, jak tu jest niebezpiecznie. Strzelaniny w Chicago, zamachy w sklepach, broń na ulicach. Myślałem, że Trump – tak jak zapewniał – weźmie się za tych przestępców. Nie sądziłem, że może trafić na zwykłych ludzi – nawet będących nielegalnie – pracujących, płacących podatki, czy tak jak ja – dających komuś uśmiech. Akcja imigracyjna skupiła się na najprostszych ludziach, wykonujących najcięższe zawody, którzy przyjechali z ubogich krajów po lepsze życie, założyli tu rodziny. Są traktowani jak margines społeczny, podczas gdy tak naprawdę oni tworzą ten kraj – tłumaczy Kmiecik.
Czy w więzieniach imigracyjnych z Kmiecikiem siedzieli przestępcy?
– Większość to byli ludzie z własnymi firmami kontraktorskimi, landscapingowymi. Byli kierowcy trucków. Był mężczyzna, który miał hotel i salon samochodowy w El Paso. 80 procent to byli ludzie po 25. roku życia, żywiciele rodzin, z dwójką czy trójką dzieci, kupionym domem. Byli tacy, co nie umieli pisać i tacy, którzy mieli po 5-10 domów. Ale w takim więzieniu każdy jest jednakowy. ICE ma na ciebie całkowitą znieczulicę. Osoby z przewinieniami miały czerwone uniformy. Przez cały mój pobyt widziałem tylko jednego takiego – wspomina Kmiecik.
– Jeśli chociaż jedna osoba, która głosowała na Trumpa, przejrzy na oczy po mojej historii, to będę szczęśliwy – podsumowuje.
Bez szans na obronę
Adwokat imigracyjna Ewa Brożek, która reprezentowała Kmiecika pro bono ze względu na jego wkład w akcje charytatywne, przyznaje, że w obecnych czasach pozostawanie w kraju po wygaśnięciu ESTA jest ogromnym ryzykiem. Jeżeli osoba zostanie aresztowana, nie ma prawa do rozprawy sądowej, wyjścia za kaucją i może jedynie być deportowana – przymusowo lub dobrowolnie. Zdarza się nawet, że służby imigracyjne monitorują turystów na ESTA.
– Stosowanie prawa imigracyjnego bardzo się zaostrzyło. Tomek odczuł na własnej skórze, jak rygorystycznie i bezwzględnie egzekwowane są przepisy – mówi Brożek. – Możliwości sponsorowania na ESTA są bardzo ograniczone. Jeżeli ktoś chce zostać w USA, zawsze doradzamy, aby wyjechać przed wygaśnięciem ESTA i postarać się o inną wizę nieimigracyjną.
Brożek mówi, że oficer ICE w Broadview, z którym była w kontakcie i który przygotowywał powrót Kmiecika do Polski, był zaskoczony, gdy dowiedział się, że po paru dniach przeniesiono Polaka do El Paso.
– Powiedział, że jest takie zamieszanie i bałagan, że on nie wie, jak to się stało – wspomina Brożek.
Prawnik dodaje, że w El Paso kontakt z Tomkiem był utrudniony, a władze nie odpisywały na wiadomości. Przetrzymywanie Kmiecika przez dwa miesiące nazywa „bardzo nielogicznym”, ale podkreśla, że „wszystko, co dzieje się przez ostatnie pół roku w kwestiach imigracyjnych, nie jest logiczne”. Adwokat rozważała złożenie skargi do sądu federlnego, lecz koszty były za wysokie, a szanse na powodzenie – za niskie.
Brożek podpowiada jeszcze jedną wskazówkę na przykładzie Tomka: nie opowiadać o swojej sytuacji imigracyjnej, nawet w najbliższym otoczeniu.
Peleryna w drodze
Mimo trudnych przejść i rozczarowania donosem, Kmiecik podkreśla, żeby nie tracić wiary w ludzi oraz w Polonię.
– Czasami dobroć, oddanie i zaufanie ktoś może odebrać jako twoją słabość i wykorzystać. Tak było w moim przypadku. Ale z drugiej strony to Polonia najbardziej mi pomogła i wspierała.
Super Tomasz pragnie z całego serca podziękować przyjaciołom, dyrektorom przedszkoli, rodzicom i dzieciom, konsulom i wszystkim, którzy podejmowali działania w jego sprawie czy wspierali w jakiejkolwiek formie. Podczas zbiórki na platformie GoFundMe, założonej przez polonijnego dziennikarza Sławka Budzika, na rzecz Super Tomasza wpłacono 11 tys. dolarów.
– Nie wiem, jak wszystkim dziękować. Uwierzyłem w siłę ludzi i Polaków za granicą – mówi.
Minione święta Tomek po raz pierwszy od 13 lat spędził w rodzinnym domu. Tym razem nie był przebrany za Mikołaja. Spełnił też marzenie o sylwestrze w Krakowie. Nie wrócił jeszcze do roli Super Tomasza. Przyznaje, że jeszcze żyje Ameryką.
– Czuję się, jakbym przeszedł teleportację – z Algonquin pod Chicago do Białegostoku w Polsce z dwumiesięcznym pobytem w kosmosie. Wiem, że sobie poradzę, ale muszę nabrać do tego trochę dystansu i na nowo złapać wiatr w żagle. Moja peleryna Supermana już jest w drodze.
Joanna Marszałek
[email protected]














