Chciałbym dzisiaj napisać co nieco o dobrodziejstwie spowiedzi świętej, czyli o przystępowaniu do sakramentu pokuty. Mamy z tym często problem, nie bardzo wiedząc, jak to robić, z czego się spowiadać i czy w ogóle ma to sens. Odkładamy spowiedź na szczególne okazje, jak święta, traktując to bardziej jako tradycję i obowiązek. Muszę się przyznać, że i mnie dotyka czasami kryzys. Odkładam spowiedź na później i nagle okazuje się, że minął już dłuższy czas. Cenię sobie jednak praktykę spowiadania się przynajmniej raz w miesiącu i to niekoniecznie przy okazji pierwszych piątków. Coraz bardziej czuję bowiem, jak bardzo potrzebuję tego sakramentu, spotkania z Panem Bogiem, który chce mi przypomnieć o swoim miłosierdziu dla mnie, grzesznika. Tak, jestem grzesznikiem i mam tego świadomość. Nie kryję tego, nie uciekam od tej prawdy, nie udaję, bo zresztą po co? Potrzebuję od czasu usłyszeć słowa, które sam przecież często wypowiadam udzielając rozgrzeszenia, jako ksiądz-spowiednik: „I ja odpuszczam tobie grzechy…”. Te słowa bardzo wiele dla mnie znaczą! Dają mi na nowo siłę i wolność wewnętrzną. Czuję, że odchodząc od spowiedzi, mam nową motywację do życia i pracy.
Skąd bierze się jednak to odkładanie spowiedzi na później? Czy tylko z lenistwa? Może tak być. Wszak lenistwo jest jednym z grzechów głównych, z którymi bywa niestety najtrudniej. Myślę, że problemem jest także brak motywacji i sensu. Po co w ogóle to robić? Po co chodzić do spowiedzi? Jaki ma sens mówienia o swoich słabościach i problemach słabemu także człowiekowi, jakim jest ksiądz? Pan Jezus ustanawiając sakrament pojednania, powierzył władzę rozgrzeszania apostołom. Mają ją w Kościele katolickim biskupi i prezbiterzy (księża). Samo słowo „władza” może wskazywać na to, że będzie sąd. A to się źle kojarzy. Spowiedź jednak nie jest sądem, gdzie za swoją winę otrzymujemy przepisany prawem wyrok. To nie jest proces karny, tylko stanięcie przed „trybunałem miłosierdzia”. A słowo „trybunał” chociaż w rzeczy samej oznacza organ władzy sądowniczej uprawniony do sądzenia, rozstrzygania, ustalania roszczeń lub sporów, jest tu jednak stanięciem przed Bogiem Ojcem, który kocha mnie jako swoje dziecko i chce mojego dobra.
Spowiedzi nie należy też postrzegać jako duchowej psychoterapii. Nie przystępujemy do niej tylko po to, żeby się zwierzać, użalać nad sobą, szukać rady, ulgi i lepszego samopoczucia. W spowiedzi spotykamy się ze Zmartwychwstałym Panem Jezusem, który przywraca nas do życia. Spowiedź nie jest ani gabinetem odnowy biologicznej, ani fotelem psychologa ani też żadnym duchowym spa. To prawda, słyszałem już bardzo różne katechezy księży, którzy tak właśnie uatrakcyjniali spowiedź. To jednak nie jest to! Spowiedź jest przede wszystkim sakramentem, miejscem bardzo osobistego spotkania ze Zbawicielem. W niej osobiście doświadczamy czułej, przebaczającej miłości Chrystusa, której piękno i bogactwo pokazuje nam Ewangelia. Nasze emocje często nas zwodzą kierując naszą uwagę głównie na grzech, co często czyni spowiedź trudnym doświadczeniem naznaczonym lękiem i wstydem. Przed laty nauczyłem się takiej metody spowiadania się: najpierw dziękuję za miniony okres, od poprzedniej spowiedzi. Są czasami wydarzenia, które wymieniam wprost, za które jestem wdzięczny. Także za to wszystko dobre, co stało się przeze mnie. Dopiero teraz wyznaję grzechy.
W przygotowaniu do spowiedzi mam potrzebę, aby coraz częściej wracać do opracowań „rachunków sumienia”, których pełno w książeczkach do nabożeństwa, specjalnych broszurkach lub w internecie. Są w nich pytania, na których odpowiedź bardzo mi pomaga. W trzecim zaś momencie, po wyznaniu grzechów, wyrażam wiarę w Boże Miłosierdzie i ufność, że Pan przebaczy mi moje winy i da mi siłę do dalszego dobrego życia. Oczywiście zawsze kończę tym, co konieczne, a więc szczerym wyrażeniem żalu za popełnione grzechy i postanowieniem poprawy, prosząc o nadanie pokuty i udzielenie rozgrzeszenia.
Wspomniałem już o szczerości. Nieszczera spowiedź nie ma sensu, a jeśli zatajamy świadomie jakieś grzechy, to czynimy spowiedź nieważną. Warto unikać również zbytniego tłumaczenia się, „owijania w bawełnę”, kamuflowania grzechów i wyznawania ich tak, żeby wypaść w lepszym świetle. Szczerość nie oznacza też jakiegoś skrupulanctwa lub drobiazgowości.
Ważna jest też pokora i posłuszeństwo. Bez pokory nie jesteśmy w stanie przyjąć prawdy o sobie i wyznać grzechów. Pokora pozwala nam zachowywać nadzieję mimo powtarzających się grzechów. Dzięki niej możemy także przyjmować uwagi i pouczenia kapłana bez obrażania się i kłótni. Bez posłuszeństwa natomiast, zamiast iść do spowiedzi, będziemy o niej dyskutować, poprawiać normy ustalone przez Kościół, debatować czy coś jest grzechem czy nie.
Dodam jeszcze, że w życiu trafiałem i trafiam na różnych spowiedników. Nie każdy jest miły i pobłażliwy. Zdarza się ktoś wymagający. Szanuję i takich. Przyjmuję to, co mi powiedzą, jako dopust Boży, znak, że coś powinienem przemyśleć bardziej lub więcej popracować. Niestety, można spotkać też kogoś, kto jest opryskliwy i trudny. Trzeba w takiej sytuacji mieć odwagę, by zwrócić uwagę i poprosić o więcej kultury. Ksiądz jest tylko narzędziem w ręku Boga, sługą, nie panem.
Niech tych kilka przypomnień i rad będzie pomocą w decyzji, może nawet w przełamaniu się w kierunku spowiedzi świętej. To jest chwila, która daje wielką radość, pokój i siłę płynącą z przekonania, że się jest kochanym.
ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.








