Trudno rozstrzygnąć, czy ukształtowało go trudne dzieciństwo – spędzone samotnie z matką zmagającą się z alkoholizmem i w cieniu biedy – czy raczej taki miał charakter. Jedno pozostaje pewne: Colton Harris-Moore bardzo wcześnie trafił do policyjnych kartotek. Miał zaledwie dziesięć lat, kiedy przyłapano go na pierwszej kradzieży. W wieku piętnastu lat bywał w poprawczaku częściej niż większość jego rówieśników w McDonald’sie i trafił na trzydzieści dni do ośrodka dla nieletnich.
Niepokorny dzieciak
Nie znosił życia w zamknięciu, więc kiedy po raz kolejny został przyłapany na drobnych kradzieżach i aktach wandalizmu, postanowił uciec przed karzącą ręką sprawiedliwości. Od dziecka najlepiej czuł się w lesie, gdzie często samotnie biwakował – uciekł więc tam, gdzie czuł się najbezpieczniej: w głąb rodzinnej wyspy Camano.
Wyspy na oceanie u wybrzeży stanu Waszyngton nie są najlepszym miejscem do życia na łonie natury. Colton szybko zorientował się, że nie przetrwa bez ciepłego schronienia i regularnego uzupełniania zapasów. Jednocześnie obawiał się, iż jego pojawienie się w którejkolwiek z pobliskich miejscowości natychmiast ściągnie mu na kark policję.
Wtedy wpadł na pomysł, jak ukryć się przed organami ścigania. Na wyspie stały setki domków wakacyjnych, które przez większość roku pozostawały puste. Nikt ich nie pilnował, więc zaczął się do nich włamywać. Mógł przespać się w łóżku, wziąć prysznic i porządnie zjeść – właściciele zazwyczaj zostawiali pełne spiżarnie. Z czasem zauważył, że w domkach może znaleźć znacznie więcej niż tylko puszki fasoli. Ludzie zostawiali gotówkę, sprzęt elektroniczny, rowery a w hangarach stały drogie łodzie. Najbardziej ucieszyły go jednak beztrosko pozostawione karty kredytowe, które wykorzystywał do zakupów internetowych. W ten sposób kupował jedzenie, ubrania a także noktowizor i sprzęt surwiwalowy.
Przez kilka miesięcy żył niemal idyllicznie, przemieszczając się z jednego domku do drugiego. Wpadł przez drobiazg – w jednym z nich nieopatrznie zostawił na noc zapalone światło. Postawiono mu dwadzieścia trzy zarzuty włamania oraz posiadania skradzionego mienia. Przyznał się do trzech i kolejny rok spędził w Green Hill School, zakładzie dla niepokornej młodzieży.
Na gigancie
Za dobre sprawowanie został przeniesiony do ośrodka o minimalnym rygorze, gdzie miał odsiedzieć kolejne dwa lata. Nie zamierzał jednak marnować życia za murami. Uciekł przy pierwszej sposobności. Ukradł samochód i wrócił na rodzinną wyspę, gdzie ponownie zaczął włamywać się do domów. Tym razem jednak lokalne władze były znacznie lepiej przygotowane. Ruszyła intensywna akcja poszukiwawcza, a sprawą szybko zainteresowały się media.
Wkrótce w lokalnych serwisach zaczęły pojawiać się doniesienia o nastoletnim przestępcy, który raz po raz wymyka się policji. Z czasem saga o zbiegłym buntowniku opanowała nagłówki. Siedemnastoletni uciekinier dorobił się chwytliwego pseudonimu, wynikającego z jego zwyczaju włamywania się boso i zostawiania śladów stóp. Dla rosnącej rzeszy fanów stał się „Bosym Bandytą”.
Gdy policyjna obława zaczęła się zacieśniać, Colton postanowił zmienić teren działania. Skradzioną łodzią przedostał się na wyspę Orcas. Wkrótce po jego pojawieniu się ruszyła tam lawina włamań do domów. W ciągu kilku miesięcy było ich tak wiele, że zarządzono szeroko zakrojoną mobilizację. Patrole regularnie przeczesywały najbardziej odległe zakątki wyspy, zmuszając Cole’a do nieustannej ucieczki. W końcu zrozumiał, że także stamtąd musi zniknąć. Przystanie objęto stałym nadzorem, a mieszkańcy zaczęli lepiej zabezpieczać swoje łodzie – ta droga ucieczki była więc zamknięta. Colton zdecydował się na rozwiązanie, którego policja z pewnością się nie spodziewała: postanowił ukraść samolot.
Spełnione marzenia
Od dziecka marzył o lataniu. Jego matka i ciotka obiecały mu kiedyś, że jeśli będzie dobrze się uczył, zapiszą go na kurs pilotażu. Nigdy do tego nie doszło, ale marzenie nie wygasło. Chłopak gromadził podręczniki lotnicze i spędzał długie godziny, ucząc się pilotażu na internetowym symulatorze.
Na wyspie Orcas znajdowało się niewielkie lotnisko. Colton obserwował je przez kilka dni. Ukryty wśród drzew cierpliwie czekał, aż pojawi się maszyna, na której mu zależało – Cessna 182 Skylane, samolot łatwy w pilotażu, a przy tym wytrzymały i niezawodny. W końcu, 12 listopada 2008 roku, dopisało mu szczęście. Na horyzoncie zamajaczyła upragniona Cessna i majestatycznie osiadła na płycie małego lotniska.
Gdy zapadł zmrok i ostatni pracownik wyszedł do domu, chłopak wślizgnął się do hangaru. Miał przed sobą całą noc: na zatankowanie i sprawdzenie samolotu, lekturę instrukcji obsługi GPS-u oraz poszukiwanie kluczyka, który właściciel ukrył w pudełku na przybory wędkarskie. O świcie uniósł szerokie metalowe drzwi hangaru i wyprowadził maszynę na pas startowy. Tyle razy startował w symulatorze, że oderwanie się od ziemi nie sprawiło mu większych trudności.
Dzień był jasny i słoneczny. Skierował się na południe, omijając intensywny ruch lotniczy nad Seattle, a potem skręcił w stronę Gór Kaskadowych. Lecąc po raz pierwszy za sterami prawdziwego samolotu, zdołał pokonać niemal 300 mil. Lądowanie nie przebiegło już jednak tak gładko – Cessna roztrzaskała się w trakcie próby posadzenia jej na ziemi. Ku zaskoczeniu wszystkich chłopak wyszedł z tego cało i ponownie zniknął w lesie, pozostawiając za sobą charakterystyczne ślady bosych stóp.
Złap mnie, jeśli potrafisz
Colton nie pozostał anonimowy zbyt długo. W jednym z ukradzionych aparatów policja znalazła zdjęcia, które pozwoliły ustalić jego wizerunek. Do tego sam chłopak nie stronił od mediów społecznościowych, gdzie z czasem zgromadził sporą grupę obserwatorów. Coraz więcej osób znało jego twarz – jedni kibicowali nastoletniemu zbiegowi, inni z niecierpliwością czekali, aż wreszcie trafi za kratki. Jedno było pewne: aby pozostać na wolności, nie mógł pozwolić sobie na długie zatrzymywanie się w jednym miejscu.
Zaczął więc kraść samochody i przemierzać nimi cały stan Waszyngton. Był jak duch – ledwie widoczny i nieuchwytny dla ścigających go stróżów prawa. W maju 2009 roku wrócił na rodzinną wyspę Camano. Wczesnym rankiem 19 czerwca postanowił zakpić z władz: włamał się do radiowozu zaparkowanego przed domem zastępcy szeryfa i zabrał sprzęt policyjny – telefon komórkowy, służbową broń oraz zapas amunicji.
Przez całe lato 2009 roku kontynuował wędrówki między wyspami. 11 września ukradł dwa kolejne samoloty. Rozbawiony faktem, że policja, mimo zaangażowania ogromnych sił, wciąż nie była w stanie go schwytać, podczas jednej z kradzieży sklepowych narysował kredą ślady bosych stóp wijące się wzdłuż sklepowej alejki. Kończyły się krótką, drwiącą wiadomością: „Do zobaczenia”.
Nowe życie
W czerwcu 2010 roku Colton był już ścigany przez połączone siły policji stanowej, FBI oraz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Krąg zaciskał się nieubłaganie, więc musiał uciekać na wschód. Korzystając ze skradzionych pojazdów, dotarł aż do Indiany, gdzie po raz kolejny ukradł samolot. Tym razem planował zniknąć na dobre. Jego celem była Kuba, która nie miała podpisanej umowy ekstradycyjnej ze Stanami Zjednoczonymi.
Plany pokrzyżowała mu jednak niewystarczająca ilość paliwa i przymusowe lądowanie na Bahamach. Przez kilka kolejnych dni kręcił się po wyspie Great Abaco, kradnąc żywność z okolicznych sklepów i restauracji. Był zmęczony i coraz mniej ostrożny. Popularność w mediach społecznościowych tym razem okazała się zgubna – ktoś rozpoznał uciekiniera i zawiadomił policję. Zatrzymano go 11 lipca 2010 roku. Został odesłany do Stanów Zjednoczonych, gdzie stanął przed sądem i został skazany na sześć lat więzienia.
Tym razem odsiedział cały zasądzony wyrok. W trakcie rozprawy przyznał, że żałuje swoich wybryków i chce zacząć nowe życie. I rzeczywiście je zaczął. Po wyjściu z więzienia w 2016 roku, chcąc odciąć się od przeszłości, usunął konta w mediach społecznościowych. Podjął pracę w biurze swojego obrońcy sądowego, unika rozgłosu i – jak się wydaje – prowadzi uczciwe życie.
Maggie Sawicka








