Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
niedziela, 22 lutego 2026 08:45

Trump kontra Clintonowie: nowe wątki afery Epsteina

To bez wątpienia najpoważniejsza burza w Waszyngtonie ostatnich lat. Temat tak zwanej „listy Epsteina” nie schodzi z nagłówków i zatacza coraz szersze kręgi. A najwięcej emocji budzą nazwiska byłego prezydenta Billa Clintona oraz obecnego gospodarza Białego Domu Donalda Trumpa.
Trump kontra Clintonowie: nowe wątki afery Epsteina
Donald Trump, Bill Clinton, Hillary Clinton

Autor: PAP/EPA/JIM LO SCALZO/RONALD WITTEK/Bill Clinton Facebook

Hillary Clinton, była sekretarz stanu, a dziś jedna z najostrzejszych „recenzentek” obecnej władzy, przerwała milczenie w sprawie „listy Epsteina”, oskarżając Biały Dom o celowe opóźnianie publikacji dokumentów i manipulowanie prawdą w celu ochrony własnego wizerunku, przy jednoczesnym uderzaniu w politycznych oponentów. Występując na Światowym Forum w Berlinie Clinton nie przebierała w słowach. Zarzuciła administracji Trumpa prowadzenie „operacji tuszowania” (cover-up) poprzez spowalnianie procesu odtajniania akt Jeffreya Epsteina. „Ujawnijcie te dokumenty. Przestańcie nimi grać!” – grzmiała była rywalka Trumpa w walce o najwyższy urząd w państwie, sugerując, że Departament Sprawiedliwości pod wodzą prokurator generalnej Pam Bondi dawkuje informacje tak, by rzucić cień na jej męża, Billa Clintona, jednocześnie chroniąc postacie powiązane z obecnym obozem władzy.

Hillary Clinton podkreśliła, że wraz z mężem zamierzają stawić się przed Kongresem pod koniec lutego, by raz na zawsze uciąć spekulacje. „Chcemy pełnej jawności. Światło słoneczne to najlepszy środek oczyszczający” – dodała, domagając się publicznych przesłuchań zamiast zamkniętych sesji, które – jej zdaniem – mogłyby zostać zmanipulowane przez republikańską większość.

Odpowiedź Donalda Trumpa nadeszła niemal natychmiast, podczas rozmowy z dziennikarzami na pokładzie Air Force One. Prezydent, w swoim charakterystycznym stylu, odrzucił oskarżenia o tuszowanie sprawy, twierdząc, że to właśnie on doprowadził do podpisania „Ustawy o transparentności ws. Epsteina” pod koniec 2025 roku, co wymusiło na służbach publikację milionów stron dokumentów. Trump ironicznie zauważył, że to Clintonowie zostali wciągnięci w tę sprawę przez własne przeszłe kontakty, a nie przez działania jego administracji.

„Ja zostałem całkowicie oczyszczony. Nie miałem nic wspólnego z Jeffreyem Epsteinem poza tym, że go znałem, jak wszyscy w tamtym czasie”, przekonywał Trump, dodając jednocześnie, że publikowanie zdjęć osób, które „niewinnie spotkały” Epsteina przed laty, jest „straszną rzeczą”, która niszczy reputację szanowanych ludzi. Takie podejście – z jednej strony parcie na ujawnienie akt, z drugiej ubolewanie nad losem „niewinnych” – stało się znakiem rozpoznawczym retoryki Trumpa w tej sprawie.

Aby zrozumieć głębię dzisiejszej niechęci, należy cofnąć się do czasów, gdy Donald Trump i Clintonowie żyli w niemal symbiotycznej relacji nowojorskiej elity. W latach 90. i na początku XXI wieku Trump był hojnym darczyńcą Fundacji Clintonów, przekazując na jej cele ponad sto tysięcy dolarów. Bill Clinton był częstym gościem na polach golfowych Trumpa, a punktem kulminacyjnym tej przyjaźni był rok 2005, kiedy to Hillary i Bill zasiedli w pierwszych rzędach podczas ślubu Donalda z Melanią w Mar-a-Lago. Wówczas Trump nawet publicznie bronił Billa Clintona podczas skandalu z Monicą Lewinsky, nazywając go „ofiarą” i chwaląc jego prezydenturę. Ta sielanka legła w gruzach w 2015 roku, wraz z ogłoszeniem przez Trumpa startu w wyborach prezydenckich. Dawni towarzysze z bankietów stali się zagorzałymi rywalami, a sprawa Epsteina, z którym obaj liderzy mieli w przeszłości kontakty towarzyskie – stała się ostatecznym polem bitwy o moralną legitymację.

Centralną postacią obecnego zamieszania jest prokurator generalna USA Pam Bondi, której niedawne przesłuchanie przed Komisją Sądownictwa Izby Reprezentantów przerodziło się w wielogodzinną karczemną awanturę. Bondi, lojalna sojuszniczka Trumpa, stanęła w obliczu ataku Demokratów, którzy zarzucili jej, że Departament Sprawiedliwości opublikował akta w sposób niechlujny i selektywny. Podczas przesłuchania doszło do bezprecedensowych scen. Gdy kongresmenka Pramila Jayapal zażądała przeprosin dla ofiar Epsteina za ujawnienie ich danych osobowych w nieodpowiednio zredagowanych dokumentach, Bondi odparła: „Nie zamierzam schodzić do rynsztoka z powodu twoich scen”. Atmosfera stała się jeszcze gęstsza, gdy prokurator generalna nazwała jednego z republikańskich krytyków, Thomasa Massie, „nieudolnym politykiem z syndromem Trumpa”. Bondi konsekwentnie odmawiała odpowiedzi na pytania o to, czy Departament Sprawiedliwości posiada dowody na obecność Trumpa na imprezach z udziałem nieletnich, co wywołało okrzyki oburzenia na sali.

Z oficjalnych komunikatów Departamentu Sprawiedliwości wynika, że do końca stycznia 2026 roku upubliczniono ponad 3,5 miliona stron dokumentów. Resort podkreśla, że jest to największa operacja odtajniania akt w historii, mająca na celu pełną transparentność. Jednak krytycy zauważają, że Departament Sprawiedliwości sam przyznał, iż zidentyfikował około 6 milionów stron, co oznacza, że niemal połowa materiału wciąż pozostaje w ukryciu. Resort tłumaczy to koniecznością ochrony tożsamości ofiar oraz trwającymi śledztwami. Niemniej jednak, w ostatnim piśmie do Kongresu, Departament zasugerował, że niektóre z nieopublikowanych materiałów zawierają „bezpodstawne i fałszywe oskarżenia” pod adresem prezydenta, które zostały sfabrykowane tuż przed wyborami w 2020 roku. Taka argumentacja tylko dolewa oliwy do ognia, dając Demokratom podstawy do twierdzeń, że Departament Sprawiedliwości stał się prywatną kancelarią prawną prezydenta.

Zaplanowane na 26 i 27 lutego 2026 roku zeznania Hillary i Billa Clintonów będą momentem krytycznym. Może to być albo szansa na ostateczne oczyszczenie ich nazwisk, albo pułapka zastawiona przez administrację, która dysponuje narzędziami do selektywnego ujawniania kompromitujących materiałów. Jedno jest pewne: sprawa Epsteina przestała być jedynie poszukiwaniem sprawiedliwości dla ofiar, a stała się brutalnym narzędziem w walce o polityczne przetrwanie dwóch najpotężniejszych dynastii w Ameryce.

Daniel Bociąga
[email protected]
[email protected]

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama