Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Naukowczyni z Rutgers: świat akademicki jest pod presją polityki Trumpa

Zmiana klimatu nie podlega negocjacjom; ona się dzieje - podkreśliła w rozmowie z PAP Aasa Rennermalm z Rutgers University, odnosząc się do decyzji administracji Donalda Trumpa o wycofaniu federalnego uznania zagrożenia klimatycznego. Jej zdaniem kurs polityczny USA już osłabia zdolność państwa do reagowania.
Naukowczyni z Rutgers: świat akademicki jest pod presją polityki Trumpa

Autor: Adobe Stock

W jej ocenie decyzja Trumpa uderzy nie tylko w konkretne projekty, lecz także w system zbierania i analizowania danych, bez których państwo straci narzędzia do oceny ryzyka i planowania reakcji na skutki ocieplenia.

„Idzie ona w parze z ograniczaniem finansowania badań klimatycznych i rosnącą niepewnością wokół federalnych grantów »na nie«” - oceniła w rozmowie z PAP po konferencji „Arctic Frontiers” badaczka.

Szwedka z urodzenia, od 2001 roku związana z amerykańską akademią, oceniła, że ostatnie miesiące były dla środowiska naukowego w USA wstrząsem. „To był szokujący rok, by być naukowcem w Stanach Zjednoczonych” - stwierdziła.

Rennermalm zajmuje się współczesnymi zmianami klimatu w Arktyce. Bada wpływ ocieplenia na lądolód Grenlandii, zwłaszcza na hydrologię jego powierzchni, oraz tempo utraty masy lodu, które przekłada się na wzrost poziomu mórz. Jak zaznaczyła, choć badania prowadzi w Arktyce - to ich konsekwencje są globalne.

„To, co dzieje się w Arktyce, ma skutki na całym świecie” - podkreśliła.

W jej ocenie federalne granty stanowiły filar amerykańskich uczelni badawczych - zarówno elitarnych, jak i stanowych. Ograniczanie finansowania oraz niepewność budżetowa mogą najmocniej uderzyć w obszary uznane przez administrację za niepriorytetowe. W praktyce będzie to oznaczać konieczność dostosowywania czy nawet porzucenia tematów badawczych lub takiej ich organizacji, by odpowiadały wytycznym wskazanym przez administrację Donalda Trumpa.

„Niezależnie od tego, możliwości zdobycia nowych grantów, zwłaszcza w badaniach klimatycznych w Arktyce, wyraźnie się zmniejszyły” - stwierdziła Rennermalm.

Badaczka podkreśliła, że przez lata w USA funkcjonował rozbudowany system wsparcia logistycznego dla badań terenowych, np. na Grenlandii. Organizacja transportu, zaplecza technicznego i planowania wypraw była elementem infrastruktury grantowej. W warunkach zaciskania pasa utrzymanie tego modelu w niezmienionej formie stało się niemożliwe.

„Jeszcze dwa lata temu zagraniczni koledzy zazdrościli nam, w jaki sposób państwo zapewnia nam wsparcie organizacyjne. Cała logistyka, organizacja wypraw, obsługa na miejscu - wszystko to zapewniała zainteresowana uzyskaniem danych administracja federalna. Niemal z dnia na dzień straciliśmy pozycję lidera” - przyznała naukowczyni.

Rennermalm zwróciła uwagę również na ograniczanie baz danych, na których opierają się instytucje federalne. Jako przykład wskazała wstrzymanie zbioru danych dotyczącego kosztów największych katastrof pogodowych w USA.

„Jeśli nie zbieramy danych - nie jesteśmy w stanie dostrzec, co tak naprawdę się dzieje. Dziś choćby nie ma niezależnego podmiotu, który zbierałby dane o tym, jakie koszty generowane są przez katastrofy, których źródłem są zmiany klimatyczne” - podkreśliła.

Wskazała też na erozję zaufania do wiedzy eksperckiej, choć to dyskurs naukowy opiera się na najbardziej rygorystycznej weryfikacji i wzajemnej krytyce.

„Jesteśmy wobec siebie nawzajem niezwykle wymagający, ale przegrywamy z pseudonauką, publikowaną na platformach społecznościowych” - powiedziała, dodając, że zdobycie grantu czy publikacja w renomowanym czasopiśmie wymaga przejścia przez surową ocenę środowiska.

Dla Rennermalm obecny klimat polityczny już osłabił siłę USA do przyciągania międzynarodowych talentów. Z pięcioletnich, w pełni finansowanych studiów doktoranckich czy staży post-doc rezygnują kandydaci, którzy jeszcze niedawno marzyli o takich możliwościach. Inne ośrodki naukowe coraz aktywniej próbują wykorzystać niepewność w USA. Unia Europejska zwiększa programy przyciągania badaczy, a uczelnie w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy krajach skandynawskich oferują stabilność i jasne reguły finansowania. Równolegle Chiny i Indie inwestują w rozwój własnych centrów badawczych oraz budowanie międzynarodowych zespołów.

„To naturalne, że ludzie szukają miejsc, gdzie mogą spokojnie planować przyszłość i rozwijać badania. Jeśli USA utracą reputację najbardziej przewidywalnego i otwartego środowiska dla nauki, konkurenci szybko zagospodarują tę przestrzeń. Amerykańska akademia to przetrwa. Pytanie brzmi, jak silna pozostanie” - podsumowała Aasa Rennermalm.

Z Oslo Mieszko Czarnecki (PAP)


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama