Cena życia
W połowie XIX wieku sir John Franklin wyruszył z Anglii w ekspedycję, która miała przejść do historii jako kolejny triumf brytyjskiego imperium. Jej cel brzmiał niemal jak obietnica odnalezienia mitycznego skarbu – odkrycie Przejścia Północno-Zachodniego, morskiej drogi przez arktyczne wody Kanady, łączącej Atlantyk z Pacyfikiem. Wyruszając, Franklin miał do dyspozycji dwa okręty oraz 129 ludzi. Podróżnicy zabrali zapasy na kilka lat, nowoczesne jak na połowę XIX wieku wyposażenie i wiarę, że nie ma takiej trudności, której nie byliby w stanie pokonać.
Wypłynęli z Anglii w maju 1845 roku a już pod koniec lipca dotarli do Zatoki Baffina, gdzie widziano ich po raz ostatni. Ze znalezionych później zapisków wynikało, że przezimowali na Beechey Island, a latem 1846 ruszyli dalej na południe. Jednak już we wrześniu lód odciął im drogę w okolicach Wyspy Króla Williama. Kolejne miesiące a potem i kolejne zimy nie przyniosły zamarzniętym żaglowcom wyzwolenia. Statki utknęły na dobre. Zapasy powoli się kończyły, ludzie zaczęli słabnąć i chorować. Kiedy stało się jasne, że nie ma szans na wydostanie się z lodowej pułapki, załoga postanowiła ruszyć pieszo w kierunku cywilizacji, ciągnąc na saniach resztki zapasów.
Co działo się w ostatnich, tragicznych dniach, wiadomo z dzienników kapitana Francisa Crozier oraz z wyników badań szczątków uczestników ekspedycji. W XX i XXI wieku badania archeologiczne szkieletów odnajdywanych na trasie odwrotu wyprawy Franklina wykazały nacięcia na kościach i złamania, wskazujące na próby oddzielenia mięsa i wydobycia szpiku. Najwyraźniej w ostatnich, desperackich chwilach podróżnicy jedli jedyne, co było dostępne – ciała współtowarzyszy. Z wyprawy Franklina nie powrócił nikt, a jej finał pozostał jednym z najbardziej wstrząsających dowodów na to, że Arktyka potrafi odrzeć człowieka nie tylko z sił, ale i wszelkich norm cywilizacji i człowieczeństwa.
Balonem na biegun
W lipcu 1897 roku wszyscy Szwedzi żyli jednym marzeniem – pierwszym w historii zdobyciem bieguna północnego przez jednego z nich. Inżynier i aeronauta Salomon August Andrée miał niecodzienny pomysł na szybkie i bezpieczne dotarcie na miejsce. Uznał, że skoro dotychczasowe wyprawy zabijało zimno i wycieńczenie wielotygodniowym marszem, trzeba dostać się na miejsce szybszym i mniej wyczerpującym sposobem – polecieć balonem.
Jego szalony pomysł postanowiono wcielić w życie. Zbudowano balon na tyle duży, by mógł unieść zapasy i troje ludzi. W wyprawie mieli wziąć udział: Andrée, fotograf Nils Strindberg oraz inżynier Knut Frænkel. Plan wyglądał nowocześnie i odważnie, niemal jak zapowiedź nowej epoki eksploracji, w której człowiek unosi się ponad lodem, zamiast z nim walczyć. W praktyce Arktyka bardzo szybko pokazała, jak złudne było to założenie.
Wystartowali z okolic Danskøya na Spitsbergenie w lipcu 1897 roku, lecz po dotarciu w zimne rejony Arktyki balon szybko utracił sterowność i musieli lądować. Wielki skrót, który miał oszczędzić im miesięcy marszu, zamienił się w dokładnie to, czego Andrée chciał uniknąć: mozolną wędrówkę po lodowym pustkowiu. Na początku października dotarli do Kvitøya na White Island, niewielkiego skrawka lądu na skraju Arktyki; miejsca tak odległego, że nie było żadnej realnej nadziei na ratunek.
Co działo się później, ujawniły ich dzienniki, odnalezione trzydzieści trzy lata po tragedii. Wynika z nich, że jako pierwszy zmarł Knut Frænkel. Wkrótce potem w dzienniku wyprawy ustały notatki, sporządzane przez Nilsa Strindberga. Ostatnie zostały zapisane ręką Andrée. Wszyscy, sądząc po datach notatek, zmarli w przeciągu kilku dni.
Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co – poza skrajnym wyczerpaniem, niedożywieniem oraz zimnem – ich zabiło. Według niektórych badaczy mogło to być zakażone pasożytami mięso niedźwiedzia polarnego, według innych zatrucie tlenkiem węgla z prymitywnego paleniska używanego w namiocie. Cokolwiek to nie było, nie mieli żadnych szans na ocalenie. Wyprawa, która miała stać się przełomem w ekspedycjach polarnych, zakończyła się dokładnie tak samo jak pozostałe.
Zawiedzione nadzieje
Robert Scott był oficerem brytyjskiej marynarki i symbolem ambicji Imperium, aspirującego na początku XX wieku do palmy pierwszeństwa w zapełnianiu ostatnich białych plam na mapie świata. Naturalną koleją rzeczy odkrywcy z innych krajów, kiedy tylko mogli, podważali ten brytyjski prymat i gdy w 1910 roku Scott wypływał na Antarktydę na pokładzie statku „Terra Nova”, wiedział, że nie była to tylko zwykła wyprawa badawcza, ale wyścig, bowiem Norweg Roald Amundsen zmierzał z identycznym zamiarem w tym samym kierunku.
Brytyjczyk z towarzyszami dotarł na biegun południowy 17 stycznia 1912 roku po miesiącach marszu przez lodową pustynię. Jednak zamiast triumfu, radości i uniesienia czekało go ogromne rozczarowanie. Na miejscu bowiem zobaczył coś, co musiało być ciosem trudnym do opisania słowami – wbitą w śnieg norweską flagę. Amundsen był pierwszy. W dzienniku Scott zanotował gorzko, że marzenie o zwycięstwie właśnie się rozpadło, ale w tamtej chwili nie wiedział, że prawdziwe wyzwanie, z nieporównywalnie wyższą stawką, było dopiero przed nimi.
Droga powrotna okazała się o wiele trudniejsza niż dotarcie do bieguna. Wiatr smagał twarze, mróz przenikał ubrania, a organizmy polarników po tygodniach wędrówki coraz gorzej znosiły wysiłek. Edgar Evans, najsilniejszy z grupy, doznał urazu głowy po upadku i z dnia na dzień gasł na oczach towarzyszy. Lawrence Oates, którego stopy były zniszczone przez odmrożenia i gangrenę, zdając sobie sprawę, że spowalnia towarzyszy, przez co dodatkowo zmniejsza ich szanse na przeżycie, wspaniałomyślnie poświęcił się dla nich. W połowie marca, podczas zamieci śnieżnej, spokojnie pożegnał kolegów i opuścił namiot. Jego szlachetny czyn najlepiej opisał w swym dzienniku Scott, nazywając Oatsa „odważnym człowiekiem i angielskim dżentelmenem” a jego słynne dziś ostatnie słowa „wychodzę i może mnie chwilę nie być” przeszły na zawsze do historii.
Ostatnia trójka – Scott, Edward Wilson i Henry Bowers – maszerowała coraz wolniej dalej, aż w końcu została zatrzymana przez kolejną burzę śnieżną zaledwie jedenaście mil od składu z żywnością i paliwem. Przez kolejne dni, słabnąc z godziny na godzinę, Scott zapisywał w dzienniku mroczne świadectwo umierania na lodowym krańcu świata.
Plan, który zawiódł
Jednym z najbardziej poruszających przykładów tego, jak głód i desperackie decyzje potrafiły zabić nawet doświadczonych polarników, jest los członków wyprawy Douglasa Mawsona.
Belgrave Ninnis, Xavier Mertz oraz Douglas Mawson wyruszyli w listopadzie 1912 roku, by badać wschodnią część Antarktydy. Niestety, kilka tygodni później wydarzył się wypadek, który przesądził o losie całej ekspedycji. Ninnis wpadł do szczeliny lodowej razem z saniami niosącymi większość zapasów żywności i sprzętu. W jednej chwili Mertz i Mawson zostali niemal bez jedzenia, setki kilometrów od bazy.
Zdani wyłącznie na to, co byli w stanie upolować w drodze, nieświadomi toksyczności zgromadzonych w wątrobach polarnych zwierząt znacznych ilości witaminy A. Głód, stres i wycieńczenie organizmu wystawionego na nieustanne, przenikliwe zimno dopełniły dzieła zniszczenia. Z każdym dniem Mertz słabł coraz bardziej, aż w końcu zmarł. Mawson, resztkami sił, uratował życie.
Na krańcach świata śmierć zaczyna się od drobiazgów: źle wyznaczonej trasy, błędnie obliczonych zapasów, decyzji podjętej o kilka dni za późno. Potem jest już tylko marsz – coraz wolniejszy – wilgoć, zimno i głód, który zmienia sposób myślenia. Franklin, Andrée, Scott i Mertz nie zginęli w jednym dramatycznym momencie. Umierali dzień po dniu, pozostawiając po sobie zapiski urywające się nagle oraz kości odnajdywane po latach. Tak wyglądała prawdziwa cena prób dotarcia tam, gdzie kończy się mapa.
Maggie Sawicka








