Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Najdroższy połów zimnej wojny

W lutym 1968 roku potężny okręt podwodny K-129 należący do sowieckiej Floty Pacyfiku, uzbrojony w broń jądrową, opuścił swoją bazę na Kamczatce i wyruszył na misję, której oficjalnym celem było zebranie informacji wywiadowczych o amerykańskich stacjach nasłuchowych. W połowie rejsu jednostka miała przekazać do Moskwy meldunek o swojej pozycji. Transmisja jednak nigdy nie nadeszła – a wraz z nią urwał się wszelki ślad po okręcie.
Najdroższy połów zimnej wojny
K-129

Autor: Wikipedia

Sowieci natychmiast rozpoczęli zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą. W rejon zaginięcia skierowano dziesiątki okrętów nawodnych i podwodnych oraz samoloty patrolowe, przeczesując tysiące kilometrów kwadratowych oceanu. Mimo intensywnych działań wraku K-129 nie odnaleziono, a los załogi pozostawał tajemnicą.

Dowódca dywizjonu wysunął hipotezę, że okręt został staranowany i zatopiony przez amerykański okręt podwodny USS „Swordfish”, który miał zameldować bazie o „wypadku” na morzu i powrócić do portu z uszkodzonym peryskopem. Strona amerykańska stanowczo temu zaprzeczała, twierdząc, że w chwili zaginięcia K-129 „Swordfish” znajdował się około 200 mil morskich dalej, a uszkodzenie peryskopu było wynikiem zderzenia z krą lodową na Morzu Japońskim.

Wersje te nigdy nie zostały jednoznacznie rozstrzygnięte, a zniknięcie K-129 szybko stało się jedną z najbardziej zagadkowych historii zimnej wojny.

 

Jednostka specjalnego przeznaczenia

Choć sowiecka armia nie była w stanie ustalić dokładnego miejsca katastrofy, amerykański wywiad dysponował podwodnym systemem nasłuchu SOSUS, rejestrującym dźwięki eksplozji i anomalii akustycznych w oceanach. To właśnie on wychwycił huk przypominający podwodną eksplozję w rejonie u wybrzeży Hawajów. Analiza zapisów pozwoliła określić przybliżoną lokalizację zatonięcia K-129 – około 1500 mil morskich na północny zachód od wysp hawajskich, na głębokości przekraczającej 5000 metrów.

Początkowo amerykańska marynarka skierowała do poszukiwań jednostkę hydrograficzną „Mizar”, która wcześniej odegrała kluczową rolę w odnalezieniu wraków zaginionych okrętów podwodnych „Thresher” i „Scorpion”, a także bomb wodorowych zgubionych przez Amerykanów w rejonie hiszpańskiej miejscowości Palomares. Załoga „Mizara” wykonała zadanie i zlokalizowała wrak K-129, jednak potrzebne były dokładniejsze informacje o zatopionym okręcie.

Pozyskał je atomowy okręt podwodny „Halibut”, wyposażony w specjalne pojazdy podwodne zdolne do schodzenia na wielkie głębokości. Na wykonanych zdjęciach – a było ich aż 22 tysiące – zatopiona jednostka stała na równej stępce, co sugerowało, że podczas tonięcia wypełniła się wodą, a nie została zmiażdżona przez ogromne ciśnienie.

USS „Halibut”, który odnalazł K-129, był jedynym atomowym okrętem podwodnym uzbrojonym w rakiety skrzydlate Regulus. Powstał w kalifornijskiej stoczni Mare Island Naval Shipyard w Vallejo i został zwodowany 9 stycznia 1959 roku. Do 1964 roku odbył siedem patroli bojowych w pobliżu sowieckich wybrzeży, przenosząc cztery rakiety Regulus I o zasięgu 500 mil morskich, wyposażone w głowice jądrowe.

Gdy zarzucono program budowy okrętów podwodnych uzbrojonych w rakiety skrzydlate, „Halibuta” przekształcono w jednostkę specjalnego przeznaczenia – oficjalnie badawczą. Specjalistyczne wyposażenie umieszczono w dawnym hangarze pocisków Regulus; znalazły się tam między innymi: ciemnia fotograficzna, pomieszczenie analizy danych oraz centrum komputerowe z komputerem Univac 1124. Okręt otrzymał również dwa holowane, bezzałogowe pojazdy do poszukiwań głębinowych, wyposażone w stacje hydroakustyczne, kamery i silne reflektory.

„Halibut” powrócił z badań wraku K-129 na początku września 1968 roku. Wykonane przez niego zdjęcia objęto ścisłą tajemnicą, a o całej sprawie poinformowano zaledwie kilkanaście osób, w tym prezydenta Lyndona B. Johnsona oraz jego następcę Richarda Nixona. To właśnie Nixon przekazał informacje o odnalezieniu wraku ówczesnemu dyrektorowi CIA, Richardowi Helmsowi.

 

Operacja Azorian

Informacje te okazały się bezcenne dla amerykańskiego wywiadu. W realiach zimnej wojny zdobycie sowieckich kodów szyfrujących, technologii rakietowej czy dokumentacji operacyjnej mogło zapewnić strategiczną przewagę. Postanowiono więc wydobyć wrak z dna oceanu i ustalić, co doprowadziło do eksplozji oraz zatonięcia jednostki – tragedii, w której zginęło wszystkich 98 marynarzy, wraz z dowódcą, komandorem Władimirem Kobzarem.

Tajna operacja Central Intelligence Agency, początkowo znana jako Projekt Jennifer, a później przemianowana na Operację Azorian, stała się jednym z najbardziej śmiałych przedsięwzięć wywiadowczych w historii. Do jej realizacji zbudowano specjalny statek „Glomar Explorer”. Oficjalnie należał on do Hughesa i miał prowadzić badania nad wydobyciem manganu z dna oceanicznego, w rzeczywistości jednak został zaprojektowany tak, by móc podnieść z ogromnej głębokości potężny wrak okrętu podwodnego. Budżet całej operacji wyniósł około 800 milionów dolarów – co dziś odpowiada ponad 3,8 miliarda.

W ramach przygotowań zamówiono specjalny pływający dźwig zbudowany przez Sun Shipbuilding & Drydock Co. w Pensylwanii, oficjalnie na zlecenie Hughesa. Sam statek kosztował 350 milionów dolarów. Z kolei inżynierowie Lockheed Corporation opracowali ogromny mechaniczny chwytak, który miał zostać opuszczony na dno oceanu i objąć wrak.

Załogę „Glomar Explorera” oraz personel pomocniczy dobrano z najwyższą starannością, a środki bezpieczeństwa były skrupulatnie przestrzegane, by Sowieci nie odkryli prawdziwego celu misji. Po zbudowaniu chwytaka marynarze ćwiczyli w specjalnym hangarze manewr podnoszenia okrętu, wykorzystując jego makietę. W 1974 roku statek dotarł nad miejsce spoczynku K-129. W kadłubowej „studni” opuszczono gigantyczne ramiona chwytaka, które miały unieść część zatopionej jednostki.

Operacja była ekstremalnie trudna technicznie i obarczona ogromnym ryzykiem. W trakcie podnoszenia doszło do uszkodzenia konstrukcji – znaczna część kadłuba K-129 oderwała się i opadła z powrotem na dno oceanu. Amerykanom udało się jednak wydobyć fragment dziobowy. Według części odtajnionych dokumentów odnaleziono tam ciała kilku marynarzy, które następnie pochowano z wojskowymi honorami na morzu. Ceremonię zarejestrowano na filmie i wiele lat później przekazano stronie rosyjskiej.

 

„Glomar response”

Mimo że po pewnym czasie dziennik „The Los Angeles Times” ujawnił szczegóły Operacji Azorian, CIA przygotowała jeszcze jedną próbę eksploracji wraku. Statek otrzymał nowe wyposażenie, a mechaniczny chwytak zastąpiono gigantyczną szuflą zdolną do wydobywania ciężkich fragmentów z dna oceanu. Na powtórną wyprawę nie wyraził jednak zgody Biały Dom, obawiając się zaostrzenia relacji ze Związkiem Radzieckim.

Obawy te nie były bezpodstawne. Podczas pierwszej operacji wydobywczej w pobliże „Glomar Explorera” podpłynął sowiecki trawler, zatoczył krąg wokół amerykańskiej jednostki i odpłynął, jakby dyskretnie obserwował jej działania. Sugerowało to, że Moskwa mogła domyślać się prawdziwego celu rzekomo „prywatnego przedsięwzięcia” Hughesa.

Do dziś nie wiadomo dokładnie, jakie materiały i technologie Amerykanie przejęli z wydobytej części wraku. Pojawiały się spekulacje o zdobyciu elementów systemów kryptograficznych, torped z głowicami jądrowymi czy cennej dokumentacji technicznej. Przez lata CIA konsekwentnie odmawiała ujawnienia szczegółów, posługując się formułą „nie możemy ani potwierdzić, ani zaprzeczyć” – tzw. Glomar response, która na stałe weszła do języka prawniczego i medialnego.

Po rozpadzie ZSRR część dokumentów została odtajniona, jednak wiele aspektów sprawy wciąż pozostaje niejasnych. W Rosji K-129 upamiętniana jest jako okręt, którego załoga poległa na służbie ojczyzny. W Stanach Zjednoczonych operacja jego wydobycia bywa natomiast przedstawiana jako jedno z największych osiągnięć wywiadu w epoce zimnej wojny. Moskwa oficjalnie nigdy nie oskarżyła USA o zatonięcie jednostki, choć w rosyjskiej historiografii i publicystyce wątek ten wielokrotnie powracał jako możliwy incydent z udziałem amerykańskich sił.

 

Zbuntowany okręt?

Największą tajemnicą pozostaje jednak sama przyczyna katastrofy. Istnieje na ten temat kilka hipotez. Według jednej z nich na pokładzie okrętu doszło do wewnętrznej eksplozji – w wyniku awarii systemu rakietowego lub wybuchu wodoru nagromadzonego w akumulatorach. Analizy ekspertów Central Intelligence Agency nie potwierdziły jednak jednoznacznie, że do takiego wybuchu rzeczywiście doszło.

Inni specjaliści sugerują, że zatonięcie mogło być skutkiem kolizji z inną jednostką, choć zderzenie z USS „Swordfish” niemal na pewno jest wykluczone. Rozważana jest również możliwość błędu proceduralnego – na przykład podczas wynurzania się okrętu lub w trakcie przygotowań do odpalenia rakiet.

Istnieje wreszcie teoria najbardziej egzotyczna, według której K-129 był zbuntowanym okrętem próbującym przeprowadzić atak nuklearny w celu wywołania III wojny światowej. Opiera się ona na fakcie, że z wraku odzyskano tylko dwie z trzech torped jądrowych – trzeciej nigdy nie odnaleziono. W książce „Red Star Rogue” jej autor, Kenneth Sewell, przedstawia spisek, w którym zbuntowani komandosi KGB przejmują okręt podwodny, by zaatakować Hawaje i upozorować winę Chin. Taki atak miałby sprowokować wojnę ze Stanami Zjednoczonymi, doprowadzić do zniszczenia Chin, osłabić USA i w efekcie zapewnić dominację ZSRR.

Hipoteza zakłada również, że kapitan Kobzar zdawał sobie sprawę z braku autoryzacji z Moskwy i celowo przekazał spiskowcom niewłaściwe kody startowe. Próba odpalenia rakiety z błędnymi kodami miała wywołać detonację głowicy i rozerwać okręt od środka. Kobzar poświęciłby w ten sposób siebie, załogę i jednostkę, by zapobiec wojnie nuklearnej.

Niewielu specjalistów akceptuje tę niezwykłą teorię, choć realia zimnej wojny uczyły, że nawet najbardziej skrajne scenariusze bywały brane pod uwagę. Była to epoka, w której świat wielokrotnie mógł znajdować się o krok od armagedonu – często nie zdając sobie z tego sprawy.

 

Seria katastrof

Rok 1968 okazał się wyjątkowo trudny dla sowieckiej floty podwodnej. W tym samym czasie zaginął również inny atomowy okręt – K-8, który zatonął po pożarze na pokładzie. Seria katastrof unaoczniła, jak niebezpieczna i wymagająca była służba pod wodą w epoce nuklearnej, gdy każda awaria mogła oznaczać śmierć załogi i utratę strategicznej broni.

K-129 był jednostką projektu 629A, znanego na Zachodzie jako klasa Golf II. Okręt posiadał konwencjonalny napęd spalinowo-elektryczny i był przystosowany do przenoszenia balistycznych pocisków rakietowych. W okresie, gdy Stany Zjednoczone dynamicznie rozwijały flotę atomowych okrętów podwodnych uzbrojonych w rakiety Polaris, ZSRR nadal wykorzystywał część jednostek o napędzie klasycznym jako element systemu odstraszania nuklearnego.

Jednostkę zwodowano na początku lat 60. i przydzielono do Floty Pacyfiku. Jej uzbrojenie obejmowało trzy pociski balistyczne R-21 (według klasyfikacji NATO: SS-N-5 Serb) oraz torpedy. W przeciwieństwie do nowocześniejszych atomowych okrętów podwodnych, jednostki typu Golf musiały wynurzać się, by odpalić rakiety, co czyniło je znacznie bardziej narażonymi na wykrycie. Okręt miał około 100 metrów długości i wyporność rzędu 2700 ton. Napęd zapewniały trzy silniki diesla o mocy 2000 KM każdy oraz trzy silniki elektryczne o łącznej mocy 5200 KM, pozwalające osiągnąć prędkość 15-17 węzłów na powierzchni i 12-14 w zanurzeniu.


Logika zimnej wojny

Sprawa K-129 dobitnie unaoczniła skalę technologicznego wyścigu między Wschodem a Zachodem. Z kolei Operacja Azorian pokazała, że Stany Zjednoczone dysponowały zdolnością przeprowadzania niezwykle zaawansowanych przedsięwzięć inżynieryjnych w warunkach absolutnej tajemnicy. Był to triumf technologii głębinowej i logistyki, ale zarazem wyraz bezwzględnej rywalizacji wywiadowczej, w której nie liczono się z kosztami ani ryzykiem. Pod koniec lat 60. i na początku kolejnej dekady Ameryka zaczęła wyraźnie wygrywać technologiczny wyścig z ZSRR – na Kremlu obserwowano ten proces z narastającym niepokojem.

W połowie lat 70. amerykańskie media, w atmosferze nieufności po skandalach podważających autorytet władzy, przedstawiały próbę wydobycia K-129 głównie jako gigantyczne marnotrawstwo publicznych pieniędzy, na które pozwoliła sobie działająca poza realną kontrolą Central Intelligence Agency. Podnoszono również kwestię olbrzymiej federalnej subwencji dla imperium Hughesa. Z dzisiejszej perspektywy można rzeczywiście zapytać, po co wydano tak ogromne środki na eksplorację wraku okrętu, który już w 1968 roku uchodził za technicznie przestarzały. Jednak logika zimnej wojny wielokrotnie prowadziła do działań kontrowersyjnych – podszytych strachem, ambicją i obsesją przewagi nad przeciwnikiem.

Andrzej Heyduk


 


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama