Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Tajemnica ludzkich pochodni

Ciało zamienione w popiół, obok nienaruszone meble i ściany bez najmniejszego śladu ognia. Obraz tak sprzeczny z logiką, że trudno w niego uwierzyć. Od XV-wiecznych kronik po współczesne raporty powraca ta sama zagadka: spontaniczne spalanie się ludzi. Do dziś opisano kilkaset takich przypadków. Jak to możliwe? Czy człowiek może zapalić się od środka? Niektórzy naukowcy twierdzą, że teoretycznie – tak.
Tajemnica ludzkich pochodni
Mary Hardy Reeser (z lewej). Robotnicy sprzątają miejsce śmierci Reeser.

Autor: Wikipedia

St. Petersburg na Florydzie. Rankiem 2 lipca 1951 roku Pansy Cerpertner puka do mieszkania swojej lokatorki, 67-letniej Mary Hardy Reeser. Przynosi jej telegram. Puka raz, drugi – nikt nie odpowiada. Naciska klamkę i natychmiast cofa dłoń. Rozgrzany metal parzy jej palce.

Na prośbę przerażonej Pansy pracujący w pobliżu malarze wyważają drzwi. Z wnętrza uderza fala gorącego powietrza. W rogu pokoju, tam, gdzie stał fotel Mary, pozostaje tylko kupka popiołu, sprężyny z siedziska, fragmenty kręgosłupa, lewa stopa w czarnym jedwabnym pantofelku i czaszka – skurczona do rozmiarów filiżanki.

 

Zwyczajna wdowa

Mary była zwyczajną starszą panią. Przeprowadziła się do St. Petersburga, by być bliżej syna. Wieczorem 1 lipca odwiedził ją w mieszkaniu. Siedziała w fotelu, paliła papierosa i mówiła, że weźmie tabletki nasenne, po czym położy się spać. Syn wyszedł około 21.30.

Tej samej nocy, około 5.00 rano Pansy poczuła zapach dymu. Uznała, że to pewnie przepalona pompa w garażu.

Szef policji St. Petersburga, J.R. Reichert, nie widział czegoś podobnego przez całą swoją 25-letnią karierę – popiół zamiast ciała. Świeczka stopiła się w kałużę wosku. Plastikowe wyłączniki światła były odkształcone. Sufit pokrywała gruba warstwa sadzy. A jednak meble, dywany i zasłony pozostały nienaruszone. Prześcieradła na pobliskim łóżku były nietknięte ogniem. Ściana za fotelem nie nosiła śladów płomieni ani pękniętej farby. 

Jak to możliwe? Przecież do spopielenia ludzkiego ciała potrzeba temperatury co najmniej 1400 stopni Fahrenheita utrzymującej się przez kilka godzin. Reichert nie miał odpowiedzi. Napisał więc list do dyrektora FBI. „Proszę o wszystkie teorie, jak ciało mogło zostać tak doszczętnie zniszczone, a ogień ograniczony do tak małego obszaru” – pisał. Dołączył fragmenty dywanu, sześć małych obiektów przypominających zęby, kawałek szkła i ocalały pantofelek Mary.

 

Bez źródła ognia

Początek tej tajemniczej historii sięga 1470 roku. Pierwsza wzmianka pochodzi z Mediolanu. Niejaki Polonus Vorstius, po wypiciu zbyt dużej ilości wina, miał wieczorem „wybuchnąć” w płomieniach. 

W 1745 roku hrabina Cornelia Bandi z Ceseny we Włoszech zamieniła się w kupkę popiołu – pozostały po niej jedynie nogi. W 1966 roku w Pensylwanii szczątki dr. J. Irvinga Bentleya odnaleziono w łazience. Po 92-letnim lekarzu zostały tylko nogi i kapcie.

W 1982 roku w Londynie Jean Saffin, siedząca przy kuchennym stole, nagle stanęła w płomieniach wydobywających się z jej twarzy i brzucha. Jej syn ugasił ogień, lecz kobieta doznała ciężkich poparzeń. Twierdził później, że w pokoju nie było żadnego źródła ognia, a płomienie miały niebieski kolor.

W 2010 roku Irlandczyka Michaela Faherty’ego znaleziono niemal całkowicie spalonego w fotelu – wraz z fragmentem podłogi i sufitu nad nim. Reszta pomieszczenia pozostała nietknięta. Koroner uznał śmierć za przypadek spontanicznego spalenia się człowieka.

Do dziś udokumentowano około 300 takich przypadków. Przyjmuje się, że kolejne setki mogły nigdy nie zostać zgłoszone. Wszystkie łączy kilka wspólnych cech. Po pierwsze – otoczenie pozostaje niemal nienaruszone. Po drugie – brak wyraźnego, zewnętrznego źródła ognia. Po trzecie – ciało jest spalone w stopniu znacznie większym, niż miałoby to miejsce podczas zwykłego pożaru.

 

Efekt knotowy

Na list szefa policji Reicherta w sprawie spalenia się Mary FBI odpowiedziało miesiąc później. Według śledczych zadziałał tzw. efekt knotowy: staruszka zasnęła z papierosem, ten podpalił szlafrok, a jej własna tkanka tłuszczowa stała się paliwem.

Efekt knotowy pozostaje do dziś najpopularniejszym naukowym wyjaśnieniem takich zjawisk. Najłatwiej zrozumieć go na przykładzie świeczki. W świecy knot jest w środku, a wosk na zewnątrz. U człowieka odwrotnie: ubranie pełni rolę knota, tłuszcz ciała – wosku. Tkanina się zapala, ciepło topi tłuszcz, który wsiąka w materiał i podtrzymuje powolne spalanie. Proces może trwać godzinami i postępować do środka, bez rozprzestrzeniania ognia na otoczenie. Dlatego ciało ulega zniszczeniu, a meble pozostają nietknięte.

Dr Wilton Krogman, jeden z czołowych ekspertów badających wpływ ognia na ludzkie ciało, nie był jednak przekonany do tej teorii. Przez lata próbował wyjaśnić przypadek Mary, aż w końcu się poddał. Sprawę oficjalnie zamknięto.

Problem w tym, że teoria knotowa nie tłumaczy wszystkich zdarzeń. Część ofiar spaliła się bez ubrania. Inne – w ciągu minut, a nie godzin.

W 2012 roku na łamach magazynu „New Scientist” biolog dr Brian J. Ford zaprezentował nową teorię. Winny miałby być aceton gromadzący się w organizmie przy alkoholizmie, cukrzycy czy diecie niskowęglowodanowej. Substancja ta jest skrajnie łatwopalna. „Ciało może stać się więc kulą ognia od wewnątrz” – twierdził Ford.

Pojawiały się też inne hipotezy: samozapłon nagromadzonego metanu jelitowego, wyładowania elektryczności statycznej wewnątrz organizmu czy zaburzenia komórkowe prowadzące do gwałtownego uwalniania energii. Żadna z nich nie została potwierdzona.

„Ludzkie ciało w 70 procentach składa się z wody. Woda nie płonie” – przypominają sceptycy. To prawda. Ale tłuszcz płonie. Aceton płonie. Metan płonie. A organizm zawiera ich aż nadto.

 

Ocalała czaszka

Pozostaje jeszcze jedna zagadka w sprawie spopielenia się Mary Reeser – jej czaszka. Przetrwała pożar, lecz skurczyła się do rozmiarów filiżanki. Patolog Wilton Krogman przez lata próbował wyjaśnić ten fenomen. Wiadomo, że mózg kurczy się pod wpływem intensywnego ciepła. Aby jednak czaszka zmniejszyła się aż tak dramatycznie, potrzebna byłaby temperatura i czas działania ognia, które powinny doszczętnie zniszczyć całe pomieszczenie.

Krogman uznał teorię knotową za niewystarczającą. „Od dziś jest to dla mnie najbardziej zdumiewający i niewytłumaczalny aspekt tej sprawy” – pisał w 1951 roku.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama