Kiedy na Fair Oaks przyjechały pierwsze wozy, na miejscu znajdował się już mężczyzna z aparatem fotograficznym. Chodził wokół budynku i robił zdjęcia z każdego możliwego ujęcia. Nie budził podejrzeń, był bowiem jednym ze strażaków. Nazywał się John Leonard Orr. Od lat zajmował stanowisko śledczego do spraw podpaleń w pobliskim Glendale. W latach 80. był kimś w rodzaju gwiazdy w środowisku strażackim. Uchodził za jednego z najlepszych specjalistów od pożarów w Kalifornii. Wykładał, szkolił, publikował artykuły w „American Fire Journal”. Miał niezwykły instynkt, poparty ogromną wiedzą i wieloletnim doświadczeniem. W pracy jednak nikt za nim nie przepadał – koledzy gardzili tym cichym, pulchnym mężczyzną, który sprawiał wrażenie, jakby patrzył na nich z wyższością.
Tamtego dnia zginęły cztery osoby: starsza kobieta, jej dwuletni wnuk oraz dwaj pracownicy sklepu. Śledczy uznali pożar za wypadek spowodowany wadliwą instalacją elektryczną, ale Orr nie zgadzał się z tymi ustaleniami. Twierdził, że ogień musiał zostać podłożony celowo, a sprawca z pewnością znajdował się wśród tłumu gapiów, podziwiając swoje dzieło.
John doskonale wiedział, co mówił. To on był podpalaczem.
Podpalenia według schematu
John Orr zaczął podkładać ogień jeszcze w latach 70., krótko po rozpoczęciu pracy w straży pożarnej. Początkowo były to niewielkie pożary – kontenery na śmieci, magazynki przy sklepach i puste pomieszczenia handlowe, które pozwalały mu obserwować akcje gaśnicze bez ryzyka dużych ofiar. W latach 80. podpalenia stały się częstsze i coraz śmielsze – ogień pojawiał się w supermarketach oraz dużych sklepach w południowej Kalifornii. Pod koniec lat 80. i na początku 90. fala podpaleń wyszła poza Kalifornię: m.in. do hoteli i sklepów w stanie Oregon oraz Arizona, gdzie John brał udział w spotkaniach branżowych.
Schemat był niemal zawsze identyczny – niewielkie urządzenie zapalające z papierosem i zapałkami, zawinięte w kartkę papieru i pozostawione wśród łatwopalnego towaru. Zapalony papieros tlił się przez kilka minut, następnie podpalał kartkę i ukryte w niej zapałki, a potem zajmował towary leżące na sklepowych lub magazynowych półkach. To proste, choć sprytne urządzenie dawało sprawcy kilka minut na spokojne oddalenie się z miejsca przestępstwa, by później obserwować pracę strażaków.
Łącznie przypisano mu ponad dwa tysiące pożarów w ciągu blisko trzech dekad działalności.
Uczestnik konferencji
Na początku lat 90. Orr wyjechał służbowo na jedną z ogólnokrajowych konferencji śledczych do spraw podpaleń. Już pierwszego dnia doszło do serii pożarów w okolicy hotelu, w którym zatrzymali się uczestnicy zjazdu. W krótkim czasie zapaliły się cztery różne obiekty handlowe – sklepy i magazyny – wszystkie w podobny sposób: wśród towaru pozostawiono niewielkie urządzenia zapalające z papierosem i zapałkami.
Dla śledczych było to niezwykle niepokojące. Na jednej ulicy w ciągu kilku godzin doszło do większej liczby podpaleń niż zwykle przez cały miesiąc. Co więcej, działał ktoś, kto znał techniki śledcze i wiedział, jak nie zostawiać śladów. Po raz pierwszy zaczęto więc brać pod uwagę coś wcześniej niemal nie do pomyślenia: że sprawcą może być osoba związana z pożarnictwem, być może nawet uczestnik konferencji. Liczba obecnych wykluczała jednak możliwość natychmiastowego wskazania winnego.
Dopiero po kolejnej konferencji, gdy podobna sytuacja powtórzyła się w innym mieście, zaczęto porównywać listy obecności uczestników z datami pożarów. Wytypowano dziesięć osób, które pojawiły się na obu sympozjach. Wśród nich był John Orr.
Okazało się, że jego podróże służbowe niemal idealnie pokrywały się z serią niewyjaśnionych pożarów – nie tylko w Kalifornii, lecz także w Arizonie i na północnym zachodzie kraju. Śledczy wciąż nie dysponowali twardym dowodem, ale od tej chwili Orr znalazł się pod obserwacją. Wkrótce ponownie przeanalizowano jeden z wcześniej zabezpieczonych mechanizmów zapalających i odkryto na nim odcisk palca pasujący do Orra. Został aresztowany w 1991 roku.
Literacki dowód
Na procesie zachowywał się spokojnie, niemal obojętnie. Nie przyznał się do winy. Twierdził, że padł ofiarą pomyłki i spisku. Śledczy dysponowali jednak dowodem, który jednoznacznie wskazywał na jego sprawstwo – manuskryptem napisanej przez niego książki.
Podczas przeszukania domu po aresztowaniu policja znalazła rękopis powieści „Points of Origin” oraz listy wysyłane do wydawnictw, w których Orr próbował ją sprzedać. Gdy funkcjonariusze zaczęli ją czytać, szybko zrozumieli, że trzymają w rękach najcenniejszy dowód w całej sprawie – w istocie literackie przyznanie się do winy. Na kartach niemal tysiącstronicowej książki samotny śledczy do spraw podpaleń tropił seryjnego podpalacza. Bohater, podobnie jak Orr, był cichym, niedocenianym ekspertem, przekonanym o własnej wyższości nad przełożonymi i kolegami z pracy.
Jedna z opisanych scen niemal dokładnie odtwarzała tragedię w sklepie Ole’s Home Center – łącznie z układem budynku i sposobem rozprzestrzeniania się ognia, a więc szczegółami nigdy nieujawnionymi publicznie. Co więcej, powieść ujawniała motyw sprawcy: ogień dawał mu poczucie znaczenia i kontroli. Z pogardą patrzył na innych strażaków, a jednocześnie pragnął ich uznania, dlatego wracał na miejsce zdarzenia i obserwował akcję ratunkową. Czerpał satysfakcję z faktu, że stoi obok ludzi próbujących rozwiązać zagadkę, której sam jest autorem.
Sąd uznał go winnym czterech zabójstw i licznych podpaleń. Otrzymał karę dożywotniego więzienia bez możliwości zwolnienia warunkowego. Dziś przebywa w kalifornijskim więzieniu stanowym. Nigdy nie wyjaśnił motywów swojego postępowania.
Maggie Sawicka








