Jest jedynym polskim reżyserem nagrodzonym przez Amerykańską Akademię Filmową za całokształt twórczości. Sam był nominowany do Oscara czterokrotnie – za „Ziemię Obiecaną”, „Panny z Wilka”, „Człowieka z żelaza” i „Katyń”. Światowi reżyserzy, jak choćby Martin Scorsese, wciąż darzą Andrzeja Wajdę ogromnym szacunkiem, uznając go za mistrza i kluczową postać światowego kina. Jego filmy obejrzały miliony widzów, a nazwisko Wajdy na stałe trafiło do światowych podręczników historii kina. Choć już minęła dekada od śmierci reżysera, jego kino wciąż żyje, jak lustro, w którym Polacy nadal się przeglądają.
Chłopiec z Suwałk
Urodził się w 1926 roku w Suwałkach, w rodzinie inteligenckiej, gdzie patriotyzm i kultura były codziennością. Ojciec, Jakub Wajda, kapitan Wojska Polskiego, był dla Andrzeja wzorem męskości i honoru. W 1935 roku rodzina Wajdów przeniosła się do Radomia, gdzie Jakub został przeniesiony po oficerskim awansie.
Gdy Andrzej miał zaledwie 13 lat, jego świat runął. Ojciec zginął w Katyniu a trauma tej straty na zawsze zapisała się w psychice przyszłego reżysera. Przez lata Wajda wielokrotnie do niej wracał – najpierw milczeniem, później filmami.
Wojna odebrała mu ojca i beztroskę, ale dała przedwczesną dojrzałość i uważność na ludzkie dramaty. Aby utrzymać rodzinę, razem z młodszym bratem Leszkiem podjął pracę w Landwirtschaft Zentrale jako magazynier, a następnie tragarz i pomocnik bednarza. Pamiętał jednak to, co wpoili mu ojciec i matka – nauczycielka: że wykształcenie jest najważniejsze. Po pracy uczył się więc na tajnych kompletach. W wolnych chwilach rysował i marzył o sztuce jako ucieczce od brutalnej rzeczywistości. To wtedy nauczył się patrzeć – na twarze, emocje, niedopowiedziane historie. Sam mówił później, że jego dzieciństwo skończyło się bardzo wcześnie, ale właśnie dzięki temu potrafił opowiadać o losach całego pokolenia.
Z marzeń o malarstwie na plan filmowy
Zanim jednak Andrzej Wajda stanął za kamerą, chciał być artystą malarzem. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ucząc się patrzenia na świat przez kompozycję, światło i detal. To właśnie plastyczne wykształcenie sprawiło, że jego filmy do dziś zachwycają obrazem. Każda scena wygląda jak starannie zaprojektowany kadr.
Pod koniec studiów w Krakowie zainteresował się kinem. Wraz z kolegą, Konradem Przełęckim (późniejszym reżyserem popularnego serialu „Czterej pancerni i pies”), złożył papiery do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Tam odkrył, że kino może łączyć sztukę z historią i emocją. Już jako student wyróżniał się wrażliwością i odwagą tematów. Interesowało go nie to, co wygodne, ale to, co prawdziwe. Studia w łódzkiej filmówce ukończył w 1953 roku, ale dyplom odebrał dopiero w 1960, gdy oddał pracę dyplomową.
Najważniejszym mentorem młodego Wajdy był Aleksander Ford (ten od „Krzyżaków”). To on dał mu szansę pracy przy filmie „Piątka z ulicy Barskiej”, ucząc warsztatu i dyscypliny. Ford szybko dostrzegł, że jego uczeń ma coś wyjątkowego – instynkt opowiadania historii obrazem.
Debiut, który wstrząsnął kinem
Na twórczość Wajdy wpłynęły nie tylko studia i mistrzowie, ale też osobiste doświadczenia wojny i utrata ojca. Reżyser od początku wiedział, że kamera będzie dla niego narzędziem rozmowy z historią – własną i narodową. I tej drogi nie porzucił nigdy.
Gdy w 1955 roku zadebiutował filmem „Pokolenie”, krytycy mówili wprost: narodził się nowy głos polskiego kina. Młody reżyser bez patosu i cenzuralnych masek opowiadał o wojnie, stracie i wyborach moralnych. Film ten uznawany jest za pierwszą część tzw. trylogii wojennej Wajdy. Kolejny tytuł, „Kanał”, który zdobył Srebrną Palmę w Cannes, zapoczątkował polską szkołę filmową a nazwisko Wajdy trafiło na światowe salony. Jego pozycję ugruntował zamykający ten cykl „Popiół i diament”, na podstawie powieści Jerzego Andrzejewskiego. Andrzej Wajda głównym bohaterem filmu uczynił nie komunistę Szczukę, ale byłego żołnierza Armii Krajowej, Macieja Chełmickiego, brawurowo zagranego przez Zbigniewa Cybulskiego.
Komuniści byli oburzeni adaptacją Wajdy. Nie dopuścili, by tytuł uczestniczył w konkursie głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Mimo to poza konkursem „Popiół i diament” otrzymał nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych i do dziś uznawany jest za arcydzieło polskiej kinematografii.
Miłość do aktorów
Wajda znany był z ogromnego szacunku a wręcz miłości do aktorów. Pisał do nich listy, spotykał się z nimi. Był hojnym twórcą i potrafił reżyserować, więc każdy marzył, by u niego zagrać. „Andrzej dawał mi poczucie, że jestem potrzebny. Że bez mojej twarzy, mojego głosu, ten film nie powstanie” – mówił jeden z jego ulubionych aktorów, Daniel Olbrychski. Artyści ci razem stworzyli galerię legendarnych bohaterów polskiego kina: od „Popiołów”, przez „Wesele”, po „Ziemię obiecaną”.
Andrzeja Wajdę nie interesowało aktorstwo „ładne” czy wygładzone. Fascynowali go ludzie z pęknięciami, z wewnętrznym konfliktem, z historią wypisaną na twarzy. Dlatego tak często wracał do tych samych nazwisk, bo między nim a aktorami rodziła się relacja oparta na zaufaniu i głębokim porozumieniu. Taką osobą była też Krystyna Janda, z którą wykreował jedną z najważniejszych kobiecych ról w historii polskiego kina – Agnieszkę z „Człowieka z marmuru”. Janda była dla niego symbolem nowoczesnej, odważnej kobiecości. „Wajda uczył mnie odwagi. Mówił: nie graj, bądź. I to było najtrudniejsze, ale też najpiękniejsze” – wspominała po latach Krystyna Janda.
W „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” to Jerzy Radziwiłłowicz stał się symbolem rozdartego pokolenia. Wajda cenił jego inteligencję, wewnętrzną ciszę i intensywność spojrzenia. „Andrzej Wajda miał dar wydobywania z aktora tego, czego on sam się w sobie nie spodziewał” – mówił aktor.
Jedną z najbliższych mu aktorek, obecną w jego kinie od lat 60., była na pewno Maja Komorowska. Delikatna, duchowa, niezwykle skupiona. „Wajda był reżyserem, który słuchał. A to w tym zawodzie dar najrzadszy” – podkreślała Komorowska.
Oczywiście warto też wspomnieć o Beacie Tyszkiewicz, Annie Polony czy Grażynie Szapołowskiej. Aktorzy mówili o nim jednym głosem: nie krzyczał, nie narzucał, ufał. Dawał przestrzeń. Był uważnym obserwatorem, a nie dyktatorem.
W drodze po Oscara
Choć Andrzej Wajda nigdy nie zdobył „konkurencyjnego” Oscara, jego kino czterokrotnie znalazło się wśród najlepszych filmów świata. Pierwsza była „Ziemia obiecana” z 1976 roku. Epicka opowieść o narodzinach kapitalizmu w Łodzi zrobiła furorę w środowisku filmowym. Wajda dowiedział się o nominacji już jako uznany twórca. Były telefony, gratulacje, komentarze krytyków. Hollywood doceniło rozmach tej produkcji, a europejscy twórcy widzieli w nim dowód, że kino zza żelaznej kurtyny może grać w pierwszej lidze.
W 1980 roku Akademia zwróciła uwagę na zupełnie inne oblicze Wajdy: „Panny z Wilka”. To film cichy, nostalgiczny, intymny, który pokazał, że reżyser potrafi równie mocno poruszać szeptem. Wiadomość o nominacji przyjęto z ogromnym uznaniem, bo był to dowód artystycznej wszechstronności twórcy.
W 1982 roku Andrzej Wajda otrzymał kolejną nominację do Oscara za film „Człowiek z żelaza” – dzieło wyjątkowe nie tylko artystycznie, ale i politycznie. Film powstał w samym centrum historycznych wydarzeń, inspirowany ruchem Solidarnoś
, z autentycznymi postaciami i emocjami, które wciąż były żywe. Gdy informacja o nominacji dotarła do Wajdy, świat wyglądał zupełnie inaczej niż przy poprzednich oscarowych sukcesach – w Polsce trwał stan wojenny, a sam reżyser nie mógł swobodnie podróżować.
Polskie środowisko filmowe zawsze reagowało jednomyślnie – nominacje dla Wajdy uznawano za zwycięstwo samo w sobie. Gdy więc reżyser w 2000 roku z rąk Jane Fondy odebrał Oscara honorowego, nikt nie miał wątpliwości: Akademia po prostu nadrobiła zaległości.
Jeszcze jeden szczególny obraz w filmografii Wajdy otrzymał uznanie Amerykańskiej Akademii Filmowej. Był to zrealizowany w 2007 roku „Katyń”. Wajda długo zwlekał z jego nakręceniem. Wiązało się to z powrotem do własnych traumatycznych przeżyć. Premiera „Katynia”, jego siedemnastego filmu, odbyła się 17 września 2007 roku, w rocznicę sowieckiej agresji na Polskę, co podkreślało historyczne znaczenie tematu. Reżyser mówił wówczas, że w filmie chciał pokazać nie tyle samą zbrodnię, co przede wszystkim kłamstwa, których Rosjanie dopuszczali się przez kolejne lata. Chciał opowiedzieć historię ludzi, którzy po wojnie czekali z nadzieją, że ich bliscy w końcu wrócą. Tak jak on czekał na ojca.
Niczym Paul Newman
Reżyser miał bogate życie uczuciowe. Był niezwykle atrakcyjnym mężczyzną. „Kiedy go spotkałam, był nieprawdopodobnie piękny, wyglądał jak Paul Newman” – opowiadała o nim Beata Tyszkiewicz, aktorka i jedna z jego żon. Wajda imponował wyglądem, stylem ubierania się, wysławiania i pasją. To powodowało, że wokół niego zawsze kręcił się wianuszek kobiet.
Sam czterokrotnie stawał na ślubnym kobiercu. Swoją pierwszą żonę poznał jeszcze w Krakowie. Gabriela Obremba była malarką i śpiewaczką a także jedną z najbardziej atrakcyjnych dziewcząt na roku. Podobała się wielu mężczyznom, ale sama zakochała się w Wajdzie. On zresztą w niej też i to od pierwszego wejrzenia. Wzięli ślub w 1951 roku i byli małżeństwem niemal dekadę, choć przez większość tego czasu tylko na papierze. Kiedy Wajda poszedł do łódzkiej Filmówki, Gaba rozpoczęła studia w Warszawskiej Akademii Muzycznej. Każde zaczęło żyć w swoim świecie.
Reżyser nie krył swoich romansów z innymi kobietami. W jednej z nich, Zofii Żuchowskiej, również malarce, zakochał się tak, że wziął z nią ślub trzy miesiące po rozwodzie z Obrembą. Ale i to małżeństwo przetrwało jedynie kilka lat. Trzecią żoną była aktorka, Beata Tyszkiewicz, z którą doczekał się jedynej córki, Karoliny. Byli razem zaledwie dwa lata. Ustatkował się dopiero za czwartym razem. Z Krystyną Zachwatowicz byli parą w życiu prywatnym i zawodowym przez 42 lata.
Kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością
Gdy Andrzej Wajda poznał Zachwatowicz, był już legendą. Ona, wybitna scenografka, kostiumografka i kobieta o niezwykłej sile charakteru, nie szukała sławy ani romansu. Spotkali się w Starym Teatrze w Krakowie podczas realizacji „Biesów” Dostojewskiego. Odbyło się bez fajerwerków, bez skandalu. Połączyła ich praca, rozmowy do późnej nocy i podobna wrażliwość na sztukę. Krystyna Zachwatowicz współtworzyła wiele jego projektów, dbając o detale, które budowały emocjonalny klimat filmów i spektakli. Wajda szybko zrozumiał, że spotkał kobietę, która nie chce stać w cieniu, ale i nie potrzebuje być na pierwszym planie.
Pobrali się w 1975 roku, w Warszawie. Świadkami byli: Barbara Ślesicka, kierowniczka produkcji i jedna z najbliższych współpracownic reżysera, oraz Piotr Skrzynecki z krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Wesela nie było. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła Zachwatowicz. I tak było.
Ten związek stał się jednym z najbardziej trwałych i harmonijnych w polskim świecie kultury. Krystyna była dla Wajdy nie tylko żoną, ale najważniejszą partnerką twórczą i życiową. On dla niej mężczyzną, z którym można było rozmawiać o wszystkim: od sztuki, przez historię, po codzienność. Zachwatowicz towarzyszyła mu w najważniejszych momentach życia – podczas międzynarodowych sukcesów, odbierania Oscara honorowego, ale też w chwilach choroby i wyciszenia. Ich miłość była cicha, stabilna i pełna wzajemnego szacunku. Taka, która nie potrzebuje blasku fleszy.
Reżyser zmarł na zapalenie płuc, w Warszawie, 16 października 2016 roku. Miał 90 lat. Pochowany został na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.
Andrzej Wajda był kimś więcej niż wielkim polskim reżyserem. Był głosem Europy Wschodniej, sumieniem epoki i artystą, który nauczył świat, że kino może być jednocześnie osobiste i uniwersalne. Jego filmy oglądano w Paryżu, Nowym Jorku i Tokio z tym samym wzruszeniem, z jakim oglądaliśmy je my, Polacy, bo mówiły o wolności, godności i ludzkim losie językiem emocji zrozumiałym wszędzie.
Małgorzata Matuszewska








