Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Radioaktywny dom

Grudniowego poranka 1984 roku Stanley Watras, inżynier pracujący przy budowie elektrowni jądrowej Limerick w Pensylwanii, jak co dzień przekroczył bramę zakładu. Zanim dotarł do swojego stanowiska, musiał przejść przez rutynową kontrolę radiologiczną – standardową procedurę bezpieczeństwa obowiązującą wszystkich pracowników.
Radioaktywny dom

Autor: Adobe Stock

Kiedy tylko przeszedł bramkę, rozległ się przenikliwy alarm. Detektory promieniowania zaczęły wyć, a czerwone lampki nad bramką zapaliły się jedna po drugiej. Pracownicy ochrony spojrzeli po sobie zdezorientowani. W pierwszej chwili uznano, że urządzenie musiało się zepsuć, Stanley bowiem nie miał żadnego kontaktu z materiałami radioaktywnymi. Elektrownia w Limerick wciąż znajdowała się w fazie uruchamiania. Pierwszy reaktor dopiero przygotowywano do pracy, a do rozpoczęcia komercyjnej produkcji energii miał minąć jeszcze ponad rok. Skąd więc pochodziło promieniowanie, które uruchomiło czujniki?

Historia powtórzyła się następnego dnia. Gdy tylko inżynier pojawił się przy wejściu do elektrowni, detektory znów zareagowały. Początkowo podejrzewano awarię sprzętu pomiarowego. Sprawdzono więc detektory i przeprowadzono kontrolne testy aparatury. Urządzenia działały jednak prawidłowo. Co więcej, alarm uruchamiał się wyłącznie wtedy, gdy przez bramkę przechodził ten jeden pracownik. 

Specjaliści od bezpieczeństwa radiologicznego zaczęli więc dokładnie sprawdzać jego ubranie i buty. Szybko okazało się, że ślady promieniowania znajdują się zarówno na jego odzieży, jak i na ciele. To oznaczało jedno – źródło skażenia musiało znajdować się gdzieś poza elektrownią. 

 

Szokujące odkrycie

Postanowiono przeprowadzić jeszcze jeden test. Następnego dnia Stanley pojawił się w pracy w ubraniu, którego wcześniej nigdy nie nosił. Pomiary wykonano przy użyciu przenośnego licznika promieniowania. Sprawdzono również jego samochód. W pojeździe poziom radioaktywności był tylko nieznacznie podwyższony, natomiast na odzieży wskazania były niepokojąco wysokie. Zdecydowana więc sprawdzić jego dom.

Gdy specjaliści pojawili się na miejscu, początkowo spodziewali się raczej niewielkiego źródła promieniowania – być może skażonego przedmiotu, który mógł zostać nieświadomie przyniesiony z zewnątrz. Pierwszy pomiar wykonano w piwnicy budynku. Wynik był tak wysoki, że przez chwilę podejrzewano awarię aparatury.

Postanowiono więc powtórzyć badanie innym urządzeniem. Wynik okazał się identyczny. Analizy wykazały, że w domu znajduje się niezwykle wysokie stężenie radonu – bezbarwnego, bezwonnego i pozbawionego smaku gazu radioaktywnego. Był to najwyższy poziom, jaki kiedykolwiek wykryto w Stanach Zjednoczonych.

Oszacowano, że przez rok Stanley i jego żona Diane byli narażeni na dawkę promieniowania odpowiadającą około 455 tys. prześwietleń klatki piersiowej. Nakazano im natychmiast opuścić dom, a specjalna ekipa przez kilka tygodni oczyszczała i zabezpieczała budynek.

 

Bomba z opóźnionym zapłonem

Dom Stanleya Watrasa stał na obszarze geologicznym zwanym Reading Prong – niezwykle bogatym w uran pasie skał rozciągającym się przez część Pensylwanii, New Jersey i Nowego Jorku.

Radon powstaje w wyniku naturalnego rozpadu uranu obecnego w skałach i glebie. Gaz ten może przenikać do budynków przez szczeliny w fundamentach, pęknięcia w betonowych posadzkach lub otwory wokół rur instalacyjnych. Ponieważ jest bezbarwny i bezwonny, a więc całkowicie niewyczuwalny, mieszkańcy okolicy przez lata nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia.

Gdy naukowcy zaczęli analizować sytuację, pojawiło się niepokojące przypuszczenie: jeśli w jednym domu poziom radonu był tak wysoki, podobny problem mogła mieć cała okolica.

Kiedy informacja o odkryciu trafiła do mediów, reakcja była natychmiastowa. Do urzędów zajmujących się ochroną zdrowia i środowiska zaczęły napływać setki telefonów od zaniepokojonych mieszkańców Pensylwanii. Ludzie chcieli wiedzieć, czy w ich domach również może znajdować się radioaktywny gaz.

Gdy rozpoczęto pierwsze szersze badania, okazało się, że w wielu domach stojących na obszarze Reading Prong poziom radonu przekraczał dopuszczalne normy. W niektórych przypadkach stężenia były kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy wyższe od poziomu uznawanego za bezpieczny.

Mieszkańcy byli przerażeni. Kay Jones, czterdziestoletnia matka z Colebrookdale Township niedaleko Filadelfii, powiedziała dziennikarzom, że wyniki pomiarów w jej domu „były szokująco wysokie”. Specjaliści obliczyli, że troje jej dzieci – w wieku jedenastu, trzynastu i osiemnastu lat – oraz ona sama przez dziewięć lat oddychali powietrzem zawierającym radon w ilości odpowiadającej wypaleniu około 23 paczek papierosów dziennie.

 

Pęknięcie w skale

Jednak coś jeszcze zwróciło uwagę badaczy. Podczas gdy w domu Watrasów poziom gazu był skrajnie wysoki, w niektórych budynkach stojących zaledwie kilka metrów dalej pomiary wykazały znacznie niższe wartości, a w jednym nie wykryto go wcale.

Geolodzy szybko ustalili przyczynę. Dom Stanleya stał dokładnie nad pęknięciem w skale, z którego radon wydostawał się bezpośrednio do piwnicy. Sąsiednie budynki nie miały takiego „kanału”, który prowadziłby gaz do wnętrza. Okazało się, że jego stężenie zależy w dużej mierze od mikropęknięć w skałach, szczelin w fundamentach oraz sposobu wentylacji budynku. W praktyce oznaczało to, że dwa domy stojące obok siebie mogą mieć zupełnie różne poziomy promieniowania.

Problem z radonem nie ogranicza się jednak tylko do trzech stanów. Według danych United States Environmental Protection Agency jego podwyższone stężenie wykryto niemal w całych Stanach Zjednoczonych. Największe ryzyko występuje w regionach o określonej budowie geologicznej, takich jak Reading Prong, ale wysokie poziomy regularnie notuje się również na Środkowym Zachodzie i w rejonie Gór Skalistych. Szacuje się, że nawet około sześciu milionów gospodarstw domowych może mieć zbyt wysokie stężenie tego niebezpiecznego gazu.

W kolejnych latach radon stał się jednym z najważniejszych tematów związanych z bezpieczeństwem zdrowotnym w amerykańskich domach. W wielu stanach rozpoczęto szerokie programy badań, opracowano skuteczne metody usuwania gazu z budynków, a właściciele domów zaczęli po raz pierwszy sprawdzać powietrze, którym oddychają każdego dnia.

Maggie Sawicka


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama