W bańce informacyjnej, w której umieściło mnie życie, obok interesujących mnie treści oraz obowiązkowych reklam, memów, krótkich filmów i viralowych treści coraz częściej pojawiają się się także mapy i grafiki historyczne.
Pozornie edukacyjne, atrakcyjne wizualnie i łatwe do udostępnienia. Szczególną popularność zyskują grafiki pokazujące stosunki etniczne na poszczególnych obszarach oraz zmiany granic w Europie od 1900 roku.
Choć na pierwszy rzut oka mogą wydawać się niewinną formą popularyzacji historii, ich selektywny sposób prezentacji często wpisuje się w szersze narracje polityczne. W niektórych przypadkach mogą stanowić element celowej strategii destabilizacyjnej, przypisywanej m.in. rosyjskiej polityce informacyjnej.
Centralnym motywem wielu takich grafik są np. straty terytorialne Niemiec i Węgier po obu wojnach światowych. Mapy te zestawiają „dawne” i „obecne” granice, często w sposób uproszczony i emocjonalny – poprzez kontrastujące kolory, dramatyczne podpisy czy sugestywne hasła o „utraconych ziemiach”. W przypadku Niemiec eksponuje się utratę Prus Wschodnich, Śląska czy Pomorza, natomiast w odniesieniu do Węgier – konsekwencje traktatu w Trianon, który radykalnie zmniejszył terytorium państwa. Problem nie polega na samej prezentacji faktów historycznych, lecz na ich kontekście: pomijane są przyczyny tych zmian, takie jak agresywna polityka państw centralnych czy konsekwencje dwóch wojen światowych.
Inny wątek to mapy pokazujące Europę przed 1918 rokiem, na których nie istnieje państwo polskie. W oderwaniu od kontekstu historycznego (rozbiory i próby wynaradawiania przez mocarstwa zaborcze) taki obraz może być wykorzystywany do sugerowania, że polska państwowość jest tworem „przypadkowym” lub „wtórnym”. Podobny mechanizm dotyczy Ukrainy – często przedstawianej jako terytorium bez własnej tradycji państwowej, podzielone między imperia. Część komentarzy pod wpisami podtrzymuje taką narrację podbijając temperaturę dyskusji i zwiększając zasięgi. Podobne „wrzutki” dotyczą także innych regionów, np. pokazując stosunki etniczne na Bałkanach czy mniejszości w krajach bałtyckich, itd. W wydaniu amerykańskim pokazuje się np. roszczenia USA wobec sąsiadów albo grafiki pokazujące zmiany demograficzne w USA – np. prognozy, że biali Amerykanie staną się mniejszością. W zależności od kontekstu takie materiały bywają wykorzystywane zarówno przez środowiska podkreślające historyczne nierówności, jak i przez grupy, które interpretują je jako zagrożenie kulturowe. W obu przypadkach mapa staje się narzędziem mobilizacji emocji, a nie spokojnej analizy. Osobną kategorią są wizualizacje dotyczące wojny secesyjnej – np. mapy „utraconego Południa” czy alternatywnych granic Konfederacji. I tak dalej, i tym podobnie…
Wspólnym mianownikiem tych wszystkich przykładów jest selektywność i uproszczenie. Mapy, które w kontekście akademickim służą analizie, w mediach społecznościowych stają się narzędziem emocjonalnego oddziaływania. W ten sposób powstaje przekaz, który może wzmacniać nastroje rewizjonistyczne lub poczucie historycznej krzywdy. W dzisiejszych coraz bardziej niespokojnych czasach budzi to zrozumiałe obawy. I tak narracja sugerująca, że obecny porządek graniczny jest „niesprawiedliwy” lub „tymczasowy”, podważa fundamenty budowanej z takim trudem stabilności. Co ważniejsze, takie treści trafiają do odbiorców spoza środowisk akademickich, którzy nie mają narzędzi do krytycznej analizy przekazu.
Czy to przypadek, czy może warto zadać pytanie: qui prodest, kto na tym korzysta?
Tego typu przekazy wpisują się w dobrze rozpoznaną narrację rosyjską, która od lat podważa suwerenność państw Europy Środkowo-Wschodniej. Kreml od lat wykorzystuje historyczne resentymenty jako narzędzie wpływu, starając się osłabić spójność Zachodu. W przypadku Ukrainy jest to szczególnie widoczne – rosyjska propaganda konsekwentnie neguje jej odrębność historyczną, przedstawiając ją jako twór sztuczny. W odniesieniu do Polski narracja jest subtelniejsza, ale również obecna: akcentowanie okresów braku państwowości oraz pokazywanie ziem zachodnich jako „sztucznego” acz hojnego prezentu od Józefa Stalina ma osłabiać postrzeganie jej jako trwałego i stabilnego podmiotu międzynarodowego.
Nie chodzi przy tym o jednorazowe publikacje, lecz o efekt skali i powtarzalności. Algorytmy mediów społecznościowych premiują treści emocjonalne i kontrowersyjne, co sprzyja szybkiemu rozprzestrzenianiu się uproszczonych map i grafik. W efekcie użytkownicy wielokrotnie natrafiają na podobne przekazy, co może prowadzić do ich utrwalenia w świadomości zbiorowej. Jest to klasyczny mechanizm oddziaływania informacyjnego – nie poprzez bezpośrednią perswazję, lecz przez stopniowe kształtowanie percepcji.
Z perspektywy strategicznej takie działania mogą służyć kilku celom. Po pierwsze, pogłębiają podziały wewnątrz Europy, wzmacniając narracje narodowe kosztem wspólnotowych. Po drugie, podważają zaufanie do istniejącego porządku międzynarodowego. Po trzecie, odwracają uwagę od bieżących działań Rosji, przenosząc debatę na grunt sporów historycznych.
Skuteczność tych działań nie wynika wyłącznie z aktywności mniej lub bardziej zorganizowanych ośrodków propagandy. Kluczową rolę odgrywają także zwykli użytkownicy internetu, którzy – często bez złej woli – powielają uproszczone, emocjonalne treści. Udostępniając mapy czy grafiki, nieświadomie wzmacniają przekaz, który może służyć obcym interesom. W ten sposób granica między świadomą dezinformacją a nieintencjonalnym jej rozpowszechnianiem zaciera się niemal całkowicie.
W efekcie powstaje mechanizm, w którym niewielka liczba celowo tworzonych narracji może zostać zwielokrotniona przez tysiące użytkowników, nadając przekazowi pozory oddolności i autentyczności. To właśnie ten efekt – połączenie działań zorganizowanych i spontanicznych – czyni współczesną dezinformację tak trudną do uchwycenia i jednocześnie tak skuteczną.
Nie oznacza to oczywiście, że każda mapa historyczna w internecie jest elementem operacji dezinformacyjnej. Problem polega raczej na tym, że tego typu treści mogą być łatwo wykorzystywane i wzmacniane w określonym kierunku. Kluczowe znaczenie ma tu edukacja medialna i historyczna uświadamiająca, że treści przedstawione w formie uproszczonej grafiki rzadko oddają złożoność procesów. Żyjemy w świecie, w którym nawet mapka może stać się narzędziem wpływu, a walka o interpretację przeszłości jest jednocześnie walką o przyszłość świata, w którym żyjemy. Granica między edukacją a manipulacją staje się coraz bardziej płynna.
Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.








