Prezydent Trump, znany ze swojego konfrontacyjnego stylu, w ostatnich tygodniach wielokrotnie tracił cierpliwość podczas spotkań z prasą. Jednym z najgłośniejszych incydentów była konferencja z 6 marca 2026 roku, zorganizowana pod hasłem reformy sportu akademickiego. Gdy dziennikarze próbowali skierować rozmowę na temat strat amerykańskich w Iranie oraz doniesień o rosyjskiej pomocy dla Teheranu, prezydent eksplodował. „Co za głupie pytanie!” – wykrzyczał Trump do reportera Fox News, Petera Doocy’ego, który dotąd uchodził za jednego z jego ulubieńców. Prezydent oskarżył media o brak patriotyzmu i próbę odwrócenia uwagi od istotnych zwycięstw amerykańskiej armii. Innym razem, przechodząc przez Ogród Różany, demonstracyjnie ignorował pytania o cele strategiczne wojny, zamiast tego wskazując na nowe posągi Benjamina Franklina i sugerując, że dziennikarze powinni podziwiać sztukę, a nie „szukać dziury w całym”.
W kontekście konfliktu z Iranem, miano tzw. „fake news” zyskały przede wszystkim „The New York Times” oraz „The Wall Street Journal”. Biały Dom oskarża te redakcje o podważanie jedności narodowej poprzez publikowanie artykułów o rzekomym braku spójnej strategii Pentagonu oraz o niedoszacowaniu reakcji Iranu. Jednak retoryka prezydenta poszła o krok dalej niż zwykłe wyzwiska. Na platformie Truth Social Trump otwarcie zasugerował, że media publikujące „fałszywe informacje o ruchach wojsk” (jak np. doniesienia o uszkodzeniu amerykańskich tankowców powietrznych w Arabii Saudyjskiej) powinny zostać postawione przed sądem za zdradę stanu (ang. treason). „Oni chcą, żebyśmy przegrali tę wojnę!” – pisał prezydent, przypominając, że za zdradę w USA grozi najwyższy wymiar kary.
Wsparciem dla prezydenta stał się Brendan Carr, przewodniczący Federalnej Komisji Łączności (FCC). Carr wywołał falę oburzenia, ostrzegając nadawców telewizyjnych, że ich licencje mogą nie zostać odnowione, jeśli będą rozpowszechniać „fałszywe i zniekształcone informacje” dotyczące wojny. „Prawo jest jasne. Nadawcy muszą działać w interesie publicznym. Jeśli promują fałszywe wiadomości, stracą swoje miejsce w eterze” – napisał Carr w mediach społecznościowych. Choć prawnicy wskazują, że FCC nie ma kompetencji do cenzurowania treści na podstawie ich linii politycznej, sam sygnał wysłany do wielkich stacji jak CNN czy NBC ma na celu wywołanie efektu mrożącego i wymuszenie bardziej przychylnego tonu relacji.
Równie radykalne zmiany zaszły w Departamencie Wojny (dawniej Departamencie Obrony). Szef resortu, Pete Hegseth, wprowadził najbardziej restrykcyjną politykę medialną od dziesięcioleci. Największe zdziwienie wywołała decyzja o wyrzuceniu fotoreporterów z briefingów prasowych. Powód? Według doniesień „The Washington Post”, doradcy Hegsetha uznali zdjęcia z pierwszej konferencji dotyczącej ataku na Iran za „niekorzystne” dla wizerunku sekretarza. W efekcie agencje takie, jak Associated Press, Reuters czy Getty Images straciły prawo do fotografowania briefingów. Zastąpiono je zdjęciami robionymi przez oficjalnych fotografów rządowych, które – jak zauważają komentatorzy – przypominają bardziej materiały propagandowe niż rzetelną dokumentację prasową.
Polityka medialna Pentagonu pod kierownictwem Hegsetha opiera się na trzech filarach. Pierwszym jest zasada „autoryzacji: dziennikarze akredytowani muszą podpisać zobowiązanie, że nie będą publikować żadnych informacji od pracowników Pentagonu, które nie zostały oficjalnie zatwierdzone przez kierownictwo resortu, a dotyczyć to ma nawet informacji jawnych. Powstał także nowy korpus prasowy – tradycyjne media zostały wyparte z biur w Pentagonie. Ich miejsce zajęły niszowe redakcje otwarcie wspierające administrację, jak The Gateway Pundit, Human Events czy kanał znanego sprzedawcy poduszek Mike’a Lindella. Briefingi prasowe są pełne patriotycznej retoryki, ale niemal pozbawione twardych danych o przebiegu walk, co uniemożliwia niezależną weryfikację sukcesów ogłaszanych przez Biały Dom. Hegseth wielokrotnie sugerował, że zadawanie pytań o logistykę, brak amunicji czy problemy z morale żołnierzy jest formą „pomocy wrogowi”. Niezależni komentatorzy uważają, że takie podejście stawia dziennikarzy w roli propagandystów sukcesu, a nie niezależnych obserwatorów.
Eksperci zajmujący się wolnością słowa alarmują, że działania administracji Trumpa to „wyrywanie stron z podręcznika autorytaryzmu”. Krytycy zauważają, że próba mianowania mediów „wrogiem ludu” w czasie wojny ma na celu ukrycie kosztów ludzkich i ekonomicznych interwencji w Iranie.
Z kolei zwolennicy rządu argumentują, że w dobie wojny hybrydowej i deepfake’ów, administracja musi mieć narzędzia do walki z dezinformacją, która może kosztować życie amerykańskich żołnierzy. Jedno jest pewne – relacje między władzą a prasą w USA weszły w fazę otwartego konfliktu, który może trwale zmienić sposób, w jaki Amerykanie dowiadują się o działaniach swojego wojska.
Daniel Bociąga
[email protected]
[email protected]








