Na lotnisku O’Hare ruch jak w ulu. Ludzie kłębią się w kolejkach. Trzeba rzeczywiście być sporo wcześniej przed odlotem, żeby uniknąć stresu. Zakończyłem pierwszy etap rekolekcyjnej drogi. U św. Franciszka Borgiasza ludzi uczestniczących każdego dnia nie było tak wiele, jak w niedzielę. Z jednaj strony mogę to zrozumieć, jest tydzień, jest praca. Z drugiej strony widać, jak spada każdego roku liczba chcących naprawdę przeżyć rekolekcje. Jest to niestety smutne. Kiedy nie widzi się sensu życia duchowego, karmienia się słowem Bożym, refleksji nad swoim życiem chrześcijańskim – katolickim. Nie mamy jednak na to wpływu. Ewangelia jest żywa, nie trzeba w głoszeniu jej szukać jakichś nadzwyczajnych metod. Trzeba nią po prostu żyć i zachwycać innych. Trzeba prowadzić do Jezusa Chrystusa, który jest jedynym Zbawicielem świata. Tak, coś niedobrego stało się z naszym katolicyzmem i wciąż się dzieje. Może jesteśmy też przesyceni ilością treści, którą odnajdujemy w Internecie? Owszem, są to treści jak najbardziej duchowe. Jednak warto by było nie tylko ich posłuchać, ale przeżyć w przestrzeni, jaką jest świątynia, kaplica czy dom rekolekcyjny. Dlatego jestem bardzo wdzięczny wszystkim, którzy chcieli przeżyć rekolekcje, przystępowali do spowiedzi św., podejmowali refleksję i rozmowę, uczestniczyli w Eucharystii.
Głosząc rekolekcje sam wiele otrzymuję od uczestniczących. Buduje mnie ich postawa. Wzmacnia to także moje życie duchowe i powoduje, że sam staję się słuchaczem tego, co mówię. Ja także muszę zmierzyć się ze słowem. To dla mnie czas, w którym doświadczam też co to znaczy być wspólnotą, być Kościołem, iść razem. Coraz częściej słyszę mądre zdania biskupów, którzy mówią, że nasz Kościół musi stać się na powrót „Kościołem Dziejów Apostolskich”, wspólnotą misyjną, ewangelizującą. Zgadzam się z tym bardzo. Nie można siedzieć biernie z założonymi rękami i utyskiwać, że jest mniej ludzi w kościołach, że świątynie i szkoły katolickie trzeba zamykać i sprzedawać, jeśli się da. Taka sytuacja jest i trzeba się z tym pogodzić. To jednak nie może zwalniać nas, którzy jesteśmy i trwamy we wspólnocie Kościoła, z ciągłego gruntownego formowania samych siebie i podejmowania misji ewangelizacji. Ludzie potrzebują osobistego świadectwa wiary, a także wspierających postaw miłosierdzia, na wzór Miłosiernego Samarytanina, który pochyla się nad człowiekiem chcąc pomóc mu w jego niedoli. Tę potrzebę widzę w oczach ludzi, zwłaszcza młodych. To nieprawda, że są obojętni. Są bardzo wrażliwi i łatwo można ich z Kościoła „wyprosić”, a przecież nie o to chodzi.
Wracając po kilku latach do Chicago widzę jak bardzo zmienia się to miasto, ludzie w nim żyjący, w tym także nasza Polonia. Nie oceniam, czy jest to zmiana na lepsze, czy gorsze. Jest inaczej. W przypadku Polonii wiadomą sprawą jest, że jeśli brakuje nowej emigracji, to tak zwana „stara Polonia” będzie się wykruszać, wymierać, a młode pokolenia będą już tylko polskiego pochodzenia. Ktoś zwrócił mi uwagę na fakt, że sporo Polaków wraca do Ojczyzny. W miarę możliwości inwestowali w domy w Polsce, aby mieć zabezpieczenie na przyszłość. Potwierdzam, Polska jest pięknym miejscem do życia, jest naszym domem, który trzeba też ubogacać doświadczeniami zdobywanymi w świecie.
Kiedy prawie 15 lat temu wylądowałem w Chicago doświadczałem silnej wspólnoty polonijnej, także bardzo silnej religijnie. Ten obraz potwierdzały kolejne pielgrzymki do Merrillville. Później coś zaczęło się zmieniać, był Covid, pozamykane kościoły i zakaz wspólnych spotkań. To uderzyło destrukcyjnie także w naszą polonijną wspólnotowość. Myślę jednak, że nie ma się co poddawać, warto trwać i wzmacniać więzi między nami.
Bardzo wiele osób cierpi na głębokie osamotnienie. Być może nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nie jest dobrze, jeśli zostają z tym sami. Ostatnio widziałem w mediach społecznościowych, rolkę z robotem, nazwanym w Polsce „Edwardem Warchockim”. Podobno stał się tak zwanym influencerem. Chodzi po ulicach, zaczepia ludzi, proszony jest także do programów niektórych stacji telewizyjnych. Na jednej z rolek zaczepił siostrę zakonną, zapraszając do rozmowy o Bogu. Ludzie się cieszą z takiego „Edwarda”, ja przyznam się, że zadrżałem. To już nie jest niewinna zabawa. To jest jakieś ostrzeżenie, że roboty mogą zastąpić ludzi nie tylko w zakładach pracy i firmach, ale także w relacjach. A w tym wszystkim pogłębia się osamotnienie ludzi i ich prawdziwe cierpienie. Niestety robot jest tylko robotem, nie jest i nie będzie w pełni człowiekiem!
Podobno po Wielkanocy papież Leon XIV ma ogłosić swoją pierwszą encyklikę. Jak twierdzą watykaniści będzie najprawdopodobniej nosiła tytuł „Magnifica Humanitas” (czyli: „Wspaniałe Człowieczeństwo”). Papież Leon XIV wielokrotnie ostrzegał już przed pewną utratą poczucia człowieczeństwa. Sztuczna inteligencja, jak twierdzi, jest narzędziem, a nie podmiotem moralnym i nigdy nim nie będzie. Używana bez sumienia, może pogłębiać nierówności, podsycać konflikty i sprowadzać ludzi do punktów danych. Miarą etyczną, argumentuje, musi być zawsze zachowanie nienaruszalnej godności każdej istoty ludzkiej, wraz z poszanowaniem różnorodności kulturowej, duchowej i społecznej. Czekam na ten głos papieża z Chicago. Oby stał się „wezwaniem do sumienia w epoce nieprzejrzystych systemów, przypominającym chrześcijanom i całemu światu, że postęp bez odpowiedzialności nie jest żadnym postępem.”
ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.








