Dwa tygodnie w Chicago minęły mi jak jeden dzień. Szybko, intensywnie i jak zawsze za krótko. Cieszę się, że mogłem znów doświadczyć piękna tej wciąż polonijnej metropolii z perspektywy północy i południa. Jest jednak jakaś umowna granica pomiędzy tymi dwoma częściami tego od zawsze jednak naszego miasta. Czyżby to była autostrada Interstate 55, zwana czasami przez ludzi z Południa „Zakopianką”, w nawiązaniu do trasy Kraków-Zakopane? Być może tak właśnie jest: widzialna-niewidzialna granica, gdzie po obu stronach żyją Polacy, jednak jakoś kulturowo nieco różni. Jak w Polsce, gdzie także są regiony, w których czujemy się u siebie, albo trochę gościnnie. Jest jednak pewien łącznik obu części. Tak, jest i po raz kolejny mogłem go doświadczyć! Jest nim Kościół rzymskokatolicki!
Możemy być różni, możemy się spierać o wiele spraw i rzeczy. Mimo wszystko jednak w takich miejscach jak Chicago Kościół odegrał i wciąż odgrywa jakąś znaczącą rolę. Dzisiaj nie taką, jak kiedyś. Niemniej jednak ma znaczenie dla wielu ludzi w innym, głębszym wymiarze.
Kościół jest w tym naszym środowisku wciąż miejscem, w którym ludzie szukają duchowego oparcia. Dodam z doświadczenia, że szukają Boga, chociaż może tak tego nie nazywają. To poszukiwanie jest intensywne. Nie jest tak jedynie wśród katolików. Każdy człowiek szuka Boga, owej „siły wyższej” lub „pierwszej przyczyny”. Wiedzą, że znajdując Go, znajdą nie tylko wsparcie i oparcie, ale sens. Nasze świątynie są wciąż przestrzenią, w której można znaleźć odpowiedzi na te poszukiwania i potrzeby. Ważne, żeby zobaczyć, że są nimi nie jakieś specjalne, widowiskowe wydarzenia, ale Osoba, Bóg, który w Jezusie Chrystusie przychodzi do człowieka. Nasze kościoły muszą być zatem miejscami spotkania człowieka z Bogiem. Prawdziwymi domami, w których człowiek czuje się dobrze i bezpiecznie.
Dla starszej generacji Polaków, którzy emigrowali do USA, bądź jeszcze ich dzieci, Kościół jest miejscem, w którym odnajdują swoją tożsamość narodową lub przez szacunek, znajdują się w tożsamości swoich rodziców i dziadków. Tutaj jednak istnieje pewne zagrożenie, że wiara i religijność sprowadzą się jedynie do poziomu zachowania tradycji narodowych. Bez żadnego pogłębienia. Świątynie ponadto będą pełniły rolę miejsc spotkań z politykami i tymi, którzy niekoniecznie mają wiele wspólnego z wiarą. Oczywiście nasze kościoły były, są i być może jeszcze jakiś czas będą miejscami podtrzymywania rodzimej kultury, świętowania rocznic i innych uroczystości, gdzie Msza święta jest tylko elementem programu, niekoniecznie jego centrum.
Dla młodych kościoły mają już inną rolę. Gdyż albo są nimi zmęczeni i znużeni, mając dość wymagań stawianych im przez rodziców i dziadków, albo po prostu chcą szukać swojego Boga zupełnie gdzie indziej.
Tutaj rodzi się pytanie o to, jak długo jeszcze nasze polonijne parafie będą miejscami spotkania wszystkich, budowania wspólnoty, miejscami wyznawania prawdziwej wiary, a na ile staną się tylko pustoszejącymi reliktami przeszłości. Możne się to wydawać mocne, jest jednak w moim odczuciu prawdziwe.
Obok szacownych osób, przedstawicieli ukształtowanych religijnie Polaków, co do których nie ma wątpliwości, są ludzie traktowani w kategorii „przypadkowi”, aczkolwiek poszukujący swojego miejsca, Boga, wspólnoty, oparcia i wsparcia. Są także młodzi, dzieci Polaków. Oni zrobili i robią wciąż na mnie wielkie wrażenie. Po pierwsze, nawet jeśli w małej grupie, to jednak są. Mam nadzieję, że są bez przymusu rodziców czy dziadków. To zresztą widać. Są, bo chcą być. Oprawa liturgii, śpiew, czytanie, zaangażowani są niemal perfekcyjne! Nie tylko bez zastrzeżeń, ale jeszcze z uznaniem. Poza tym świadectwo tych, którzy przychodzą do spowiedzi. Świadectwo tego, jak się ubierają do kościoła. Jednym słowem: brawo młodzi Amerykanie-Polacy polskiego pochodzenia! Dajecie niesamowite świadectwo wiary i kultury, z którego jestem dumny, a nawet więcej: z Was jestem dumny! Takich ludzi spotkałem niemało!
Jest to oczywiście także i przede wszystkim efekt rodziny i wychowania. Wielki szacunek dla rodziców, którzy pokazują swoim dzieciom, jak można żyć i być! Pokazują i sami to praktykują! Są to często rodzice z mojego pokolenia i młodsi! Tego wszystkiego też doświadczam w naszej aktualnej polonijnej rzeczywistości. Równocześnie widzę, jak wielkie jest zaangażowanie wielu, bo nie wszystkich oczywiście rodziców, w całościowe wychowanie ich dzieci. Kiedy rodzice nie poprzez zmuszanie, ale pokazywanie sensu pokazują swoim dzieciom piękno bycia razem, we wspólnocie także w przestrzeni wiary, to jest to wystarczająco można lekcja.
Nasze parafie, gromadzące się wokół kościołów i sanktuariów potrzebują wciąż nowego sensu bycia razem. Jest to zadanie dla wszystkich, byleby tylko dojrzale podchodzić do tej sprawy. Wtedy będą miejscem kultu Boga i wyznawania wiary, a także miejscem spotkania, otwartym dla każdego, który szczerze poszukuje.
ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.








