Historia Krassusa brzmi niemal jak przypowieść o pysze i przewrotnej ironii losu. Posiadał wszystko, co w Rzymie mogło zapewnić człowiekowi władzę i znaczenie: ogromne wpływy polityczne, niewyobrażalne bogactwo oraz miejsce w ścisłej elicie państwa. Brakowało mu jednak tego, co dla Rzymian stanowiło najwyższą miarę wielkości – chwały wojennej. To ona nadawała politykowi prawdziwy blask, czyniła go bohaterem i wynosiła ponad innych. Właśnie ta dotkliwa luka w jego życiorysie pchnęła go na Wschód, w poszukiwaniu triumfu, który miał na zawsze utrwalić jego imię w historii.
Krassus należał do grona trzech najpotężniejszych ludzi Republiki. W 60 roku p.n.e. zawarł z Juliuszem Cezarem i Pompejuszem Wielkim nieformalny sojusz, znany jako pierwszy triumwirat, który w praktyce oddawał losy państwa w ręce trzech ambitnych polityków. Każdy z nich dysponował innym rodzajem siły: Cezar wyróżniał się niezwykłym talentem politycznym i wojskowym, Pompejusz cieszył się legendarną sławą zdobywcy Wschodu, natomiast Krassus posiadał coś, co w Rzymie bywało równie potężne jak legiony – ogromne pieniądze.
Najbogatszy człowiek Rzymu
Bogactwo Krassusa było wręcz przysłowiowe i obrosło legendą jeszcze za jego życia. Mówiono, że gdy w Rzymie wybuchał pożar, pojawiał się niemal natychmiast, z sakiewką pełną srebra i złota. Wśród chaosu i paniki proponował właścicielowi płonącego domu jego odkupienie za ułamek wartości. Była to oferta bezwzględna, ale w obliczu ognia często jedyna możliwa. Dopiero po zawarciu umowy wysyłał swoich niewolników, by ugasili pożar. Następnie budynek odnawiano i sprzedawano z ogromnym zyskiem. Krassus posiadał przy tym całe zastępy wyspecjalizowanych ludzi – murarzy, architektów, lekarzy, nauczycieli i księgowych – tworzących sprawnie działający mechanizm pomnażania majątku. Jego fortuna była tak wielka, że wielu współczesnych uznawało go za najbogatszego człowieka Republiki.
Jednak w rzymskim świecie pieniądze nie wystarczały, by zdobyć prawdziwy autorytet. Ten rodził się na polu bitwy. I właśnie tutaj Krassus wypadał najgorzej spośród triumwirów. Juliusz Cezar podbijał Galię, rozbijał plemiona germańskie i zapuszczał się aż do Brytanii, zdobywając sławę wykraczającą poza granice znanego świata. Pompejusz Wielki mógł z dumą wspominać pokonanie króla Pontu Mitrydatesa VI Eupatora, rozprawę z piratami na Morzu Śródziemnym i zwycięstwa w Hiszpanii nad buntownikiem Kwintusem Sertoriuszem. Obaj posiadali to, czego Krassusowi najbardziej brakowało – wojenną legendę.
Jego własny dorobek ograniczał się do pokonania Spartakusa w 71 roku p.n.e., kiedy to przez dwa lata Italia drżała pod naporem zbuntowanych niewolników. Było to zwycięstwo istotne, lecz w oczach rzymskiej arystokracji mniej chwalebne niż triumfy nad potężnymi władcami czy zdobycie wielkich miast. Co więcej, Pompejusz pojawił się pod koniec walk i zdołał przypisać sobie część zasług za stłumienie buntu. Krassusowi odmówiono nawet prawa do triumfu, przyznając mu jedynie owację – wyróżnienie znacznie skromniejsze. Był to policzek, który długo nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Jeśli chciał rywalizować z Cezarem i Pompejuszem o najwyższą władzę, potrzebował czegoś więcej niż złota. Musiał zdobyć własną legendę wojenną.
Spojrzenie na Wschód
Początkowo jego uwagę przyciągnął Egipt – bogate, lecz osłabione państwo Ptolemeuszy, pogrążone w wewnętrznych sporach i uzależnione od kaprysów Rzymu. Krassus widział w nim łatwy cel i szybki sposób na zdobycie upragnionej sławy. Trzykrotnie próbował uzyskać zgodę senatu na wyprawę, lecz za każdym razem natrafiał na opór przeciwników politycznych, którzy torpedowali jego plany. W końcu skierował wzrok dalej na wschód, ku potężnemu państwu Partów.
Partowie byli przeciwnikiem zupełnie innego rodzaju niż dotychczasowi wrogowie Rzymu. Wywodzili się ze stepów Azji i stworzyli rozległe imperium obejmujące ziemie od Iranu po Mezopotamię. Ich stolice – Seleucja i Ktezyfon – należały do najbogatszych miast ówczesnego świata, a szlaki handlowe łączyły je z Indiami i Dalekim Wschodem. Choć ich armie nie dorównywały liczebnie rzymskim legionom, posiadały przewagę, której Rzymianie nie potrafili dorównać: niezwykle mobilną jazdę konnych łuczników, zdolnych razić przeciwnika z dystansu i znikać, zanim doszło do bezpośredniego starcia. Była to wojna innego rytmu, innej przestrzeni i innych zasad.
Gdy w 55 roku p.n.e. Krassus objął namiestnictwo Syrii, uznał to za długo wyczekiwaną okazję. Rok później przekroczył Eufrat i wkroczył na ziemie kontrolowane przez Partów. Początek wyprawy zdawał się potwierdzać jego ambicje – przypominał niemal triumfalny marsz. Greckie miasta Mezopotamii otwierały bramy przed legionami, a ich mieszkańcy, zmęczeni partyjską dominacją, witali Rzymian jak wyzwolicieli.
Jedynie w Dion wydarzył się epizod, który później uznano za złowieszczy omen. Mieszkańcy, udając poddanie, zaprosili do miasta stu legionistów, po czym ich zamordowali. Krassus odpowiedział bez wahania – po zdobyciu miasta jego ludność sprzedano w niewolę. Był to odwet zgodny z rzymską logiką wojny, ale zarazem sygnał, że kampania nie będzie tak prosta, jak początkowo się wydawało. Mimo to żołnierze, upojeni sukcesami, obwołali wodza imperatorem, jakby zwycięstwo było już przesądzone.
Krassus nie zdecydował się jednak na dalszy marsz. Przerwał kampanię i wycofał się do Syrii, zamierzając przygotować rozstrzygające uderzenie w nadchodzącym roku. Ta przerwa, która miała być chwilą wytchnienia i planowania, w rzeczywistości dała Partom czas na przygotowanie do kolejnej walki.
Marsz ku katastrofie
Do nowej wyprawy przygotowywał się starannie. Do jego sił dołączyły posiłki dowodzone przez syna, Publiusza Krassusa, wśród nich tysiąc galijskich jeźdźców – doświadczonych i cenionych w walce. Krassus gromadził też środki na dalszą wojnę, sięgając nawet po majątki świątyń w Hierapoli i Jerozolimie. Jednocześnie król Armenii Artawazdes II obiecał dostarczyć znaczące siły kawalerii, które mogły odegrać kluczową rolę w starciu z Partami.
Na początku 53 roku p.n.e. do obozu rzymskiego przybyli posłowie partyjskiego króla Orodesa II. Zapytali, dlaczego Rzymianin wkroczył na ich ziemie i czy działa z polecenia Republiki, czy z własnej inicjatywy. Krassus odpowiedział z pogardą, że wyjaśni to w Seleucji, gdy tylko ją zdobędzie. Jeden z posłów uśmiechnął się i pokazując wnętrze dłoni, odparł: „Prędzej tu włosy wyrosną, niż ty zobaczysz Seleucję”.
Krassus zlekceważył tę drwinę i wyruszył na wschód z armią liczącą ponad 40 tysięcy ludzi. Początkowo planował maszerować wzdłuż Eufratu, lecz dał się przekonać królowi Osroene, Abgarowi, by skierować się przez północną Mezopotamię. Był to błąd. Armia ruszyła przez rozległe równiny, gdzie upał i brak wody szybko zaczęły dawać się we znaki.
Wkrótce nadeszła kolejna niepokojąca wiadomość. Król Armenii nie mógł przysłać obiecanej kawalerii, ponieważ Partowie najechali jego kraj. Doradzał przy tym Krassusowi marsz przez góry Armenii, gdzie jazda partyjska straciłaby swoją przewagę. Była to rada rozsądna, lecz Krassus ją zignorował.
Carrhae
9 czerwca 53 roku p.n.e., w pobliżu Carrhae, pojawiła się armia dowodzona przez Surenę – jednego z najwybitniejszych dowódców Partów. Liczyła zaledwie około 10 tysięcy ludzi, lecz była to siła niezwykła: niemal wyłącznie jazda – konni łucznicy oraz ciężkozbrojni katafrakci, opancerzeni od stóp do głów, wraz z końmi.
Jeszcze przed rozpoczęciem walki Partowie zaczęli uderzać w ogromne bębny. Niski, dudniący dźwięk niósł się daleko po równinie, przypominając odległe grzmoty burzy. Plutarch zapisał później, że hałas ten działał na żołnierzy jak ryk dzikich bestii i potrafił podkopać odwagę nawet najbardziej doświadczonych legionistów.
Bitwa rozpoczęła się od frontalnej szarży katafraktów, którą Rzymianie zdołali odeprzeć zwartym szykiem. Wówczas Surena zmienił taktykę. Konni łucznicy zaczęli krążyć wokół rzymskiego czworoboku, zasypując go nieustannym gradem strzał. Ich łuki miały większy zasięg niż rzymskie oszczepy, a szybkość manewru czyniła ich niemal nieuchwytnymi. Legioniści mogli jedynie podnosić tarcze i trwać pod ostrzałem.
Krassus był przekonany, że przeciwnikowi w końcu zabraknie amunicji. Nie wiedział jednak, że Surena przyprowadził ze sobą tysiąc wielbłądów objuczonych zapasami strzał. Gdy Rzymianie dostrzegli, że łucznicy bez końca uzupełniają kołczany, ich pewność zaczęła ustępować narastającemu niepokojowi.
W tej sytuacji Krassus zdecydował się na kontratak i wysłał do walki swojego syna, Publiusza. Partowie zaczęli się cofać, a rzymska jazda ruszyła za nimi w pościg. Był to jednak manewr pozorowany. Gdy oddział młodego dowódcy oddalił się od głównych sił, przeciwnik nagle zawrócił i zamknął go w okrążeniu. Po zaciętej walce większość ludzi Publiusza poległa. On sam, ciężko ranny, kazał jednemu ze sług przebić się mieczem, by uniknąć niewoli.
Wkrótce jego głowa, zatknięta na włóczni, została pokazana rzymskim legionom.
Wieczorem armia Krassusa znajdowała się już na skraju zagłady. Otoczona, nieustannie ostrzeliwana, traciła ludzi i wolę walki. Dopiero zapadający zmierzch przerwał starcie. Nocą legaci zarządzili odwrót do Carrhae, pozostawiając rannych na polu bitwy.
Złoto w gardle
O świcie Partowie dopadli tych, którzy zabłądzili podczas nocnego odwrotu, i wybili ich niemal do ostatniego człowieka. Rozbita armia przestała istnieć jako zorganizowana siła. Krassus próbował jeszcze ratować się ucieczką w kierunku Armenii, licząc na wsparcie sojusznika, lecz został zdradzony przez przewodnika i zmuszony do zatrzymania się. W tej sytuacji Surena zaproponował rozmowy. Spotkanie, które miało być próbą ocalenia resztek godności, szybko wymknęło się spod kontroli – doszło do szarpaniny i walki, w trakcie której Krassus zginął.
Jego ciało potraktowano w sposób, który miał być zarówno karą, jak i symbolem. Odcięto mu głowę i prawą rękę. Według jednej z relacji do gardła martwego wodza wlano roztopione złoto – okrutny, szyderczy komentarz do jego legendarnej chciwości, powtarzany później przez rzymskich i greckich autorów.
Wyprawa zakończyła się całkowitą katastrofą. Około 20 tysięcy Rzymian poległo, 10 tysięcy dostało się do niewoli, a tylko część armii zdołała przebić się z powrotem do Syrii. Była to jedna z najcięższych klęsk w historii Republiki. Surena wykorzystał zwycięstwo nie tylko militarnie, lecz także propagandowo – w Seleucji urządził parodię rzymskiego triumfu, prowadząc ulicami jeńców i człowieka udającego Krassusa. Odcięta głowa wodza stała się natomiast makabrycznym rekwizytem podczas przedstawienia tragedii Eurypidesa „Bachantki” na dworze króla Orodesa.
Lekcja dla imperium
Wieść o katastrofie pod Carrhae rozeszła się po świecie rzymskim niczym burza. Najdotkliwsza była utrata znaków legionowych. W rzymskiej tradycji były one czymś więcej niż symbolami wojskowymi – stanowiły niemal świętość. Każdy legion posiadał własnego orła, przedmiot czci i dumy żołnierzy. Partowie zdobyli kilka takich znaków i przez lata z dumą je eksponowali jako dowód swojej potęgi.
Dopiero wiele lat później August zdołał odzyskać część utraconych orłów drogą dyplomacji. Wydarzenie to miało ogromne znaczenie propagandowe – w Rzymie wybito nawet specjalne monety upamiętniające „odzyskanie znaków legionowych”.
Równie intrygujące pozostają losy rzymskich jeńców. Około 10 tysięcy legionistów dostało się do niewoli i zostało osiedlonych na dalekich wschodnich rubieżach imperium partyjskiego. Według niektórych przekazów trafili w okolice dzisiejszego Turkmenistanu lub Afganistanu, gdzie mieli strzec granic przed koczowniczymi plemionami. W XIX i XX wieku pojawiły się nawet hipotezy, że część z nich mogła dotrzeć jeszcze dalej na wschód – aż do Chin.
Ironia losu dosięgła także zwycięzcę spod Carrhae. Surena, bohater całego imperium, szybko stał się zbyt popularny. Król Orodes II zaczął obawiać się jego rosnącej sławy i wpływów. Wkrótce po triumfie kazał go zamordować. Człowiek, który pokonał jedną z największych armii Rzymu, nie zdążył długo cieszyć się zwycięstwem.
Dla Rzymu klęska pod Carrhae była lekcją, której nie zapomniano przez pokolenia. Ujawniła, że rzymska sztuka wojenna – niemal niezwyciężona w starciu z piechotą – ma poważne ograniczenia wobec mobilnej jazdy stepowej. W kolejnych wojnach z Partami i Persami dowódcy starali się unikać podobnych błędów: zwiększano rolę kawalerii, ostrożniej wybierano teren i unikano otwartych równin Mezopotamii, gdzie przeciwnik mógł w pełni wykorzystać swoje atuty.
Granica między Rzymem a państwami irańskimi przez stulecia pozostawała jedną z najbardziej niespokojnych linii podziału świata starożytnego. Toczyły się tam kolejne wojny, powstawały i upadały królestwa, a miasta przechodziły z rąk do rąk, jakby historia wciąż powtarzała ten sam, niepokojący rytm.
Bitwa pod Carrhae była czymś więcej niż katastrofą jednej wyprawy. Stała się momentem, w którym ambicja jednego człowieka zderzyła się z rzeczywistością ogromnego świata poza granicami imperium – świata, który dał początek potędze państw irańskich, późniejszych Persów, a w dalszej perspektywie także dzisiejszego Iranu. Krassus pragnął chwały równej tej, którą zdobyli Cezar i Pompejusz. Zamiast niej zapisał się w historii jako bohater jednej z najbardziej dramatycznych klęsk Rzymu.
Jacek Hilgier








