W tej chwili trudno przewidzieć, jaka będzie ostateczna decyzja Sądu Najwyższego. Jednak sam przebieg przesłuchań oraz ton pytań zadawanych przez sędziów wskazują, że sprawa może zakończyć się poważną porażką administracji Trumpa. To trochę wróżenie z fusów, ale w przeszłości tego rodzaju przewidywania oparte na analizie nastawienia sędziów zwykle się sprawdzały.
Środowa rozprawa miała również wymiar historyczny z innego powodu. Donald Trump pojawił się osobiście w gmachu Sądu Najwyższego, co – według amerykańskich mediów – może być pierwszym przypadkiem w historii, gdy urzędujący prezydent uczestniczył w sądowych wysłuchaniach w sprawie dotyczącej jego własnej decyzji. Taki gest nie zmienia litery prawa, ale zmienia atmosferę: konstytucyjny spór zamienia się w wydarzenie polityczne i medialne, a obecność prezydenta w budynku sądu można interpretować jako formę symbolicznej presji.
Spór o „jurysdykcję”
Z relacji mediów i komentatorów prawnych wynika, że większość sędziów była bardzo sceptyczna wobec argumentów administracji. Spór dotyczy w istocie jednego fragmentu 14. poprawki do konstytucji:
All persons born or naturalized in the United States, and subject to the jurisdiction thereof, are citizens…
Administracja Trumpa twierdzi, że dzieci osób przebywających w USA nielegalnie albo czasowo nie podlegają w pełni „jurysdykcji” Stanów Zjednoczonych, a więc nie powinny automatycznie otrzymywać obywatelstwa. Problem polega jednak na tym, że taka interpretacja stoi w sprzeczności z ponad stuletnią linią orzeczniczą.
Podczas rozprawy kilkoro sędziów konserwatywnych – w tym John Roberts, Neil Gorsuch, Brett Kavanaugh i Amy Coney Barrett – zadawało pytania sugerujące, że nie są skłonni zaakceptować argumentów rządu. Szczególnie często powtarzał się argument, że „świat się zmienia, ale konstytucja pozostaje ta sama”. Inni sędziowie wskazywali na sprzeczności w argumentacji administracji, zwłaszcza w kwestii interpretacji słowa „jurysdykcja”.
Według komentatorów prawnych możliwy jest scenariusz, w którym nawet siedmiu z dziewięciu sędziów zagłosuje przeciwko dekretowi prezydenta. Jeśli tak się stanie, byłby to jeden z najważniejszych wyroków konstytucyjnych ostatnich dekad.
Sąd Najwyższy USA ogłasza najważniejsze wyroki zazwyczaj pod koniec swojej kadencji, czyli w czerwcu lub na początku lipca. Ostateczne orzeczenie w sprawie birthright citizenship najprawdopodobniej zostanie ogłoszone właśnie w tym okresie. Do tego czasu dekret Trumpa pozostaje zablokowany decyzjami sądów niższych instancji i nie obowiązuje.
Spór starszy niż Trump
Aby zrozumieć wagę tej sprawy, trzeba cofnąć się w historię amerykańskiego prawa konstytucyjnego. Spór o obywatelstwo z urodzenia nie jest nowy – to jeden z najstarszych sporów konstytucyjnych w historii Stanów Zjednoczonych.
Punktem wyjścia jest słynna i haniebna sprawa Dred Scott v. Sandford z 1857 r., w której Sąd Najwyższy orzekł, że osoby czarnoskóre nie mogą być obywatelami Stanów Zjednoczonych. Wyrok ten był jednym z impulsów prowadzących do wojny secesyjnej. Po tym konflikcie, aby ostatecznie odejść od logiki Dreda Scotta, uchwalono 14. poprawkę, która wprowadziła zasadę obywatelstwa z urodzenia – tzw. jus soli, czyli „prawa ziemi”.
Później pojawiły się kolejne ważne orzeczenia. W The Slaughter-House Cases z 1873 r. Sąd Najwyższy uznał obywatelstwo federalne za kategorię konstytucyjną wynikającą z 14. poprawki. W Elk v. Wilkins z 1884 r. odmówiono obywatelstwa rdzennemu Amerykaninowi, argumentując, że w chwili urodzenia nie podlegał w pełni jurysdykcji USA – ale sprawa dotyczyła szczególnego statusu plemion indiańskich, z którymi rząd federalny zawierał traktaty jako odrębnymi narodami.
Najważniejszy precedens zapadł jednak w sprawie United States v. Wong Kim Ark z 1898 r. Wong urodził się w San Francisco jako syn chińskich imigrantów, którym nie przysługiwało prawo naturalizacji. Sąd Najwyższy orzekł, że skoro urodził się na terytorium USA, jest obywatelem. Ten wyrok od ponad 120 lat stanowi fundament amerykańskiego orzecznictwa w kwestii uznawania obywatelstwa z urodzenia.
Wyjątki są bardzo wąskie – dotyczą głównie dzieci dyplomatów oraz dzieci wrogiej armii okupacyjnej. Nigdy nie obejmowały dzieci imigrantów mieszkających w kraju, nawet jeśli rodzice nie mieli pełnego statusu prawnego.
Stawka sporu
Dlatego dzisiejsza sprawa nie jest technicznym sporem o prawo imigracyjne. To spór o samą definicję obywatelstwa. O to, czy obywatelstwo jest prawem wynikającym z konstytucji, czy też przywilejem, który władza może ograniczać.
Skutki ewentualnego ograniczenia birthright citizenship byłyby ogromne. Według szacunków amerykańskich badaczy ograniczenia mogłyby dotknąć ponad ćwierć miliona dzieci rocznie. Powstałaby nowa grupa ludzi urodzonych w USA, ale niebędących obywatelami – co mogłoby prowadzić do problemów z dokumentami, ubezpieczeniem, edukacją, a w skrajnych przypadkach nawet do bezpaństwowości.
Spór o obywatelstwo bardzo szybko schodzi więc z poziomu wielkiej ideologii na poziom zwykłej społecznej logistyki: kwestii wydania aktu urodzenia, numeru Social Security, prawa do szczepień czy do opieki medycznej.
Ameryka patrzy w lustro
W tej sprawie jest też wymiar symboliczny. Historie rodzinne wielu sędziów Sądu Najwyższego związane są z imigracją, naturalizacją albo obywatelstwem nabytym przez urodzenie. Zasada birthright citizenship nie jest abstrakcyjną konstrukcją prawną – współtworzyła realną Amerykę przez ponad sto lat.
Dlatego sprawa Trump v. Barbara jest w istocie testem nie dla dzieci imigrantów, lecz dla samej Ameryki. Jeśli państwo po 150 latach uzna, że słowo „wszyscy” w konstytucji jednak nie oznacza wszystkich, to zmieni się nie tylko prawo imigracyjne. Zmieni się rozumienie konstytucji.
Wtedy stawką nie będzie już tylko paszport dla jednego dziecka. Stawką będzie to, czy konstytucja pozostanie zaporą przeciw politycznym nadużyciom władzy, czy staje się plasteliną w rękach chwilowej większości.
Ostateczny wyrok zapadnie najpewniej latem. Ale już dziś można powiedzieć, że Amerykanie znów stanęli przed lustrem własnej konstytucji – i muszą zdecydować, czy nadal wierzą w słowa, które sami w niej zapisali ćwierć tysiąclecia temu.
Jolanta Telega
[email protected]








