Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
poniedziałek, 27 kwietnia 2026 17:27
Reklama KD Market

Biały Dom sugerował, że retoryka Demokratów doprowadziła do zamachów na Trumpa

Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt zasugerowała w poniedziałek, że ostra retoryka Demokratów i oskarżenia go o dyktatorskie zapędy przyczyniły się do zamachów na prezydenta. Oceniła, że manifest niedoszłego zamachowca nie różni się od tego, co można usłyszeć od opozycji i w mediach.
Biały Dom sugerował, że retoryka Demokratów doprowadziła do zamachów na Trumpa
Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt

Autor: PAP/EPA/JIM LO SCALZO

- Kiedy czytacie manifest tego napastnika, zapytajcie samych siebie: czym różni się ta retoryka od tego, co słyszycie w mediach społecznościowych i różnych innych miejscach każdego dnia? - pytała Leavitt podczas briefingu w Białym Domu. - Jeśli będziecie ze sobą szczerzy, odpowiedź brzmi, że nie ma żadnej różnicy. Duża część manifestu niedoszłego zamachowca jest niemożliwa do odróżnienia od słów, które słyszymy codziennie od tak wielu ludzi - dodała.

Odwołała się do listu pozostawionego przez niedoszłego zamachowca Cole'a Allena, który tłumaczył swoje zamiary mówiąc, że „nie pozwoli dłużej pedofilowi, gwałcicielowi i zdrajcy na brukanie jego rąk swoimi zbrodniami”.

Rzeczniczka cytowała długą listę wypowiedzi polityków Demokratów, określających Trumpa mianem dyktatora lub gwałciciela, mówiących o „wojnie”. Wyszczególniła przy tym słowa komika Jimmy'ego Kimmela, który na dwa dni przed zamachem żartował podczas skeczu, że żona prezydenta „promienieje jak przyszła wdowa”.

Leavitt stwierdziła, że poziom agresji i retoryki jest „narodową sytuacją kryzysową” i że wypowiedzi te „inspirują do przemocy ludzi, którzy już są chorzy psychicznie”.

Pytana przez dziennikarzy o zarzuty dotyczące zabezpieczeń sobotniej gali, Leavitt powiedziała, że protokoły bezpieczeństwa zadziałały tak, jak trzeba, a napastnik „starał się przełamać kordon bezpieczeństwa i poległ”. Przyznała jednak, że w odpowiedzi na incydent może dojść do pewnych zmian w organizacji wydarzeń i bezpieczeństwa.

Odniosła się też do kwestii obecności na gali większości najwyższych dygnitarzy USA, wraz z prezydentem, wiceprezydentem, czy szefami resortów dyplomacji i wojny. Jak powiedziała, przed galą prowadzono rozmowy na temat wyznaczenia „designated survivor”, tj. osoby, która nie weźmie udziału w wydarzeniu by w razie śmierci innych zapewnić ciągłość władzy. Dodała jednak, że ponieważ kilku członków gabinetu Trumpa nie mogło przybyć na galę, nie trzeba było nikogo wyznaczać.

Poniedziałkowy briefing rzeczniczki był ostatnim przed spodziewanym porodem dziecka, który ma nastąpić w ciągu najbliższych dni. Jak wyjaśniła, zdecydowała się zorganizować konferencję, mimo że wcześniej jej nie planowała, bo uznała za ważne podkreślić wagę obniżenia temperatury sporu politycznego.

W ciągu ostatnich dwóch lat Trump był celem trzech ataków.

Do dwóch doszło w 2024 r. w czasie kampanii wyborczej. Podczas wiecu wyborczego 13 lipca w Butler w stanie Pensylwania Thomas Matthew Crooks oddał strzały z dachu budynku w kierunku stojącego na scenie polityka. Trump został ranny w ucho, a jeden z uczestników wydarzenia zginął. Sprawca został zabity przez służby na miejscu zdarzenia.

Dwa miesiące później, 15 września, Ryan Routh planował zamach na należącym do Trumpa polu golfowym w West Palm Beach na Florydzie. Został zauważony przez agentów, nim oddał strzał, i ujęty po pościgu. W lutym 2026 r. skazano go na dożywocie.

Prezydent Trump został w sobotę wieczorem czasu miejscowego ewakuowany przez Secret Service z gali Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu, podczas której padły strzały. Napastnik otworzył ogień w hotelowym lobby i został ujęty przez służby.

Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama