Tematycznie jak zwykle dominowały tematy społeczno-polityczne, zwłaszcza konflikty zbrojne, migracja i wykluczenie. Kilka filmowych historii było umiejscowionych w okresie I. i II. wojny światowej, jednoznacznie sugerując, że tragiczne doświadczenia z przeszłości mają wciąż aktualne znaczenie. Ekranowi bohaterowie często jednak okazywali się być bezsilni wobec instytucjonalnego zła. Pozostawała im ucieczka, bądź też zamknięcie się w łatwiej kontrolowanym przez nich mikroświecie. Czy taka więc ma być recepta filmowców odnośnie tego, jak mamy sobie radzić z wyzwaniami współczesności? W kontekście nagród można mówić o generalnym triumfie kina europejskiego, które zgarnęło prawie wszystkie wyróżnienia.
Złota Palmę otrzymał rumuński reżyser Cristian Mungiu za emocjonalny dramat obyczajowy „Fjord”. Jest to historia głęboko religijnej, rumuńsko-norweskiej rodziny, która przeprowadza się do miasteczka położonego nad tytułowym fiordem. Rodzice wychowują swoje dzieci kierując się tradycyjnym podejściem, łącznie z karami cielesnymi, co spotyka się z szybką i ostrą reakcją ze strony norweskiej opieki społecznej. Fundamentalna niekompatybilność wartości kulturowych, symptomatyczna dla dzisiejszej Europy, nie daje możliwości znalezienia kompromisowego rozwiązania.
Druga pod względem znaczenia nagroda Grand Prix dostała się w ręce Andrieja Zwiagincewa, Rosjanina będącego zagorzałym krytykiem Władimira Putina. Jego „Minotaur” alegorycznie wpisuje intrygę trójkąta romantycznego w kontekst obecnej wojny w Ukrainie. Życie w małym rosyjskim mieście jest tylko pozornie normalne. Przypadkowo dobrane grupy rekrutów zostają wysyłane na front. Kto może, stara się wyjechać za granicę. Rosja jest tu pokazana jako kolos na glinianych nogach. Z powodów politycznych cały film został nakręcony na Łotwie.
Osiem lat temu Paweł Pawlikowski zdobył w Cannes nagrodę za reżyserię melodramatu „Zimna wojna”. Tym razem powtórzył ten sukces opowiadając inną historię rozgrywającą się w powojennej Europie. Mieszkający w Stanach Zjednoczonych wybitny pisarz Tomasz Mann przybywa w 1949 roku z krótką wizytą do rodzinnych Niemiec. Pomimo tego, że kraj jest podzielony politycznie na dwa wrogie wobec siebie obozy, Mann decyduje się na podróż wraz z córką śladami Johanna Wolfganga von Goethego z Frankfurtu do kontrolowanego przez Związek Sowiecki Weimaru. Artysta zdaje się być ponad polityką. Świetne, czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala przejmująco ogarniają pejzaże zniszczonych miast ale też i pokazują obrazy sugerujące możliwość zbudowania lepszego, bardziej humanistycznego świata. W rolach głównych mocne kreacje tworzą Hanns Zischler i Sandra Huller.
Tematy wojenne były jeszcze bardziej bezpośrednio wyeksponowane w nagrodzonym za najlepsze role męskie belgijskim filmie „Coward” w reż. Lukasa Dhonta. Oglądamy tu młodych ludzi na linii frontu I wojny światowej. W każdej chwili grozi im śmierć, ale jednocześnie nowe, często nieoczekiwane doświadczenia pozwalają im lepiej poznać samych siebie i rozwinąć swoją autentyczną tożsamość z dala od społecznych uwarunkowań. Tylko czy jedno jest warte drugiego? Z kolei wyróżniony za scenariusz francuski dramat „A Man of His Time” zadaje podobne pytanie w kontekście kolaboracji z proniemieckim rządem Vichy w okresie II wojny światowej. Historia lubi się powtarzać.
Właściwie jedynym bardziej optymistycznym filmem w gronie nagrodzonych była japońsko-francuska produkcja „All of a Sudden”, która została wyróżniona za najlepsze role żeńskie. Większość akcji rozgrywa się na terenie domu starców we Francji, gdzie nieszablonowe, humanistyczne podejście do potrzeb starszych wiekiem mieszkańców ośrodka okazuje się być pełne korzyści zarówno dla nich jak i dla większości personelu.
Dużo mniejsza niż zwykle ilość amerykańskich filmów sprawiła, że do Cannes przyleciało stosunkowo niewiele hollywoodzkich gwiazd. W gronie jurorów brylowała Demi Moore, na czerwonym dywanie przechadzał się Adam Driver, a honorowe Złote Palmy otrzymali Peter Jackson, Barbra Streisand i John Travolta. Co prawda z racji choroby Streisand nie doleciała na Lazurowe Wybrzeże, ale fantastycznie przyjęto Travoltę, zarówno z racji jego osiągnięć aktorskich jak i w roli reżysera-debiutanta, który poza konkursem zaprezentował swój osobisty, wręcz nostalgiczny film „Propeller One-way Night Coach”.
Polskie kino było w tym roku bardzo zauważalne i to nie tylko za sprawą filmu Pawlikowskiego. Do konkursu krótkich metraży trafił film Michała Toczka „Spiritus Sanctus”, a w konkursie filmów studenckich pokazano animację Jakuba Krzyszpina „Trakcje”. W ramach cyklu Cannes Classics widzowie festiwalowi mogli obejrzeć odrestaurowane kopie „Człowieka z żelaza” i „Fuchy” w obecności polskich twórców, m. in. Krystyny Jandy, Jerzego Skolimowskiego, oraz Allana i Wiesławy Starskich. Natomiast w sekcji Tydzień Krytyki przeznaczonej dla debiutów i drugich filmów znalazła się polsko-francuska koprodukcja „Flesh and Fuel”, w której jedną z dwóch głównych ról zagrał Julian Świeżewski. Nie można też zapomnieć o irańsko-francuskim filmie „Parallel Tales” z głównego konkursu, którego scenariusz był zainspirowany „Krótkim filmem o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego. Tak obfitej reprezentacji polskie produkcje i koprodukcje nie miały w Cannes od lat.
Zbigniew Banaś
Zdjęcia: Beata Banaś

