Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ

Diablica z Warszawy

Kiedy w nocy z 6 na 7 lutego 1890 roku wybuchł pożar przy ulicy Siennej 56 w Warszawie, nikt nie przypuszczał, że płomienie odsłonią nie tylko dach i deski poddasza, ale też głęboko skrywaną zbrodnię. Ogień strawił górne piętra, a strażacy – rozbierając spalone belki – natknęli się na coś, co na moment zatrzymało cały ruch uliczny. Jedno zawiniątko. Potem drugie. Trzecie. W końcu siedem. Siedem drobnych ciał niemowląt, zawiniętych w szmaty i papiery, skrzętnie ukrytych pod dachem, wprost nad głowami mieszkańców domu…
Diablica z Warszawy

Autor: ChatGPT/AI

Fałszywa dobrodziejka

Warszawa pod koniec XIX wieku była miastem pełnym kontrastów – dusznym, przeludnionym i przytłoczonym ciężarem codzienności. W wąskich uliczkach biednych dzielnic królował brud, smog z fabrycznych kominów mieszał się z zapachem końskiego nawozu i stęchlizny, a życie toczyło się głównie w parterowych oficynach i zatłoczonych podwórkach. Na każdym rogu można było spotkać szare kobiety z tobołkami, głodne dzieci i milczących mężczyzn w zniszczonych czapkach – obraz nędzy nie tyle krzykliwej, co zrezygnowanej.

W takiej scenerii dominowała monotonna codzienność – bez większych uniesień, bez nadziei, bez głośnych zmian. A jednak i w tej pozornej zwyczajności zdarzały się wydarzenia, które wstrząsały całym miastem. O których mówiono w sklepach, na klatkach schodowych i w tramwajach konnych. Jedną z najgłośniejszych była sprawa Marianny Skublińskiej – kobiety, która stała się symbolem najbardziej wstrząsającej zbrodni dzieciobójstwa w historii ówczesnej Warszawy.

Skublińska miała pięćdziesiąt lat. Była drobna, nerwowa, z twarzą napiętą jak struna. Dla sąsiadów była po prostu jedną z wielu – nie rzucała się w oczy. Ale dla zdesperowanych matek była ostatnią deską ratunku. Przyjmowała ich dzieci, obiecując, że znajdzie im miejsce w przytułku, że będą miały opiekę, że będą bezpieczne.

Zajęcie to miało pozory działalności charytatywnej. Mówiono o niej „opiekunka”, „pośredniczka”, „dobrodziejka”. W rzeczywistości był to nieuregulowany i ciemny proceder – za każdą przekazaną istotę brała pieniądze. System był dziurawy, kontrola żadna, a zapotrzebowanie ogromne. Skublińska wypełniła niszę społeczną, o której wszyscy wiedzieli, ale nikt nie chciał głośno mówić. I przez lata robiła to bezkarnie.

Do jej ciasnego, dusznego mieszkania trafiały niemowlęta nieślubne, niechciane, niewygodne. Dzieci służących, szwaczek, dziewcząt „z kłopotem” i mężatek, które nie mogły pozwolić sobie na jeszcze jedną buzię do wykarmienia. Skublińska oferowała szybkie załatwienie sprawy. A matki, zrezygnowane, wręczały jej pieniądze, torby z wyprawką, czasem składały tylko czułe pocałunki na czole dziecka, nim odwróciły się i znikały w mroku miasta.

 

Fabryka śmierci

Niektóre dzieci rzeczywiście trafiały do przytułków. Skublińska znała odpowiednich ludzi, miała dojścia do kierowników placówek, potrafiła „załatwić papiery” i obchodzić to, co dla innych było nieprzekraczalną biurokratyczną barierą. Ale tylko niektóre. Bo na każde dziecko oddane zgodnie z procedurami przypadało przynajmniej jedno, które nigdy nie opuściło jej mieszkania.

Lokum Marianny miało zaledwie 19 metrów kwadratowych. I nie była w nim sama. W tej ciasnej przestrzeni tłoczyła się cała rodzina – córka, zięć, trzej synowie, siostra i siostrzenica. Do tego czterej mężczyźni, których status był niejasny: lokatorzy, wspólnicy, pomocnicy? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że wszyscy musieli codziennie widzieć to samo: głodne niemowlęta, które najpierw płakały, a potem cichły. Zawiniątka w szmatach, zalegające po kątach. I zapach rozkładu, którego nie dało się zagłuszyć ani kadzidłem, ani octem.

Skublińska nie karmiła tych dzieci. Nie gotowała im kaszy, nie poiła mlekiem, nie zmieniała pieluch. Trafiały do niej jak na ostatni przystanek – bez powrotu, opieki i szansy. Wiele z nich umierało po cichu: odwodnione, wychłodzone i samotne. Lekarz, który badał odnalezione zwłoki, odnotował „zupełny brak pokarmu w żołądku i jelitach”, „ogólną anemię organów”, „zahamowanie krążenia”. Dzieci umierały z głodu. Z obojętności. I z całkowitego opuszczenia.

A potem były ukrywane. Pod dachem. W kątach mieszkania. Zakopywane na podwórzu. Odnaleziono dwanaście ciał. Ale nikt nie miał złudzeń – było ich więcej. Dziennikarze mówili o siedemdziesięciu. A może stu. O „fabryce śmierci w samym sercu Warszawy”.

 

Przestępstwo bez kary

„Zbrodnia, okropna zbrodnia! Odkrycie, od którego włosy stają na głowie!” – krzyczały gazety. Każde pismo warszawskie miało coś do powiedzenia. Jedni malowali ją jako diablicę. Inni – jako ofiarę systemu. A jeszcze inni pytali, jak to możliwe, że przez tyle lat nikt nie zareagował. Nikt nie zgłosił podejrzeń. Nikt nie zauważył, że do mieszkania przy Siennej trafiają dzieci, ale go nie opuszczają.

Plotkowano, że Skublińska sama podpaliła dom, by zniszczyć dowody. Że była przekonana, iż ogień wszystko strawi i zatrze. Ale ogień – jak się okazało – był bardziej rzetelny niż sądy. Bo wymiar sprawiedliwości… nie uznał jej za morderczynię.

Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na winę Skublińskiej, sąd warszawski był innego zdania. Uznano ją za winną nie tyle zbrodni, co „rażącego zaniedbania” i „fałszowania metryk”. Skazano ją na trzy lata więzienia. Trzy. Nie za śmierć dwunastu istnień, nie za głodzenie niemowląt, nie za ukrywanie zwłok. Za dokumenty.

Sprawa oburzyła opinię publiczną. „Czy życie dziecka jest warte dwa tygodnie odsiadki?” – pytał publicysta „Kuriera Codziennego”. Ale sąd był głuchy.

W 1896 roku Skublińska wyszła na wolność. Jak gdyby nigdy nic.

„A żeby go Skublińska!”

Jej nazwisko stało się przekleństwem. Symbolem wszystkiego, co ohydne i rażąco bezkarne. „A żeby go Skublińska!” – mówiono, złorzecząc lub ironizując. Gazety pisały o „nowych Skublińskich” za każdym razem, gdy odkrywano podobny proceder.

W pewnym momencie przestała być osobą. Stała się zjawiskiem. Upadkiem moralnym w ludzkiej postaci.

Ale byli i tacy, którzy ją bronili. Mówili, że była ofiarą. Że była tylko trybem w większej machinie hipokryzji. Że robiła to, czego społeczeństwo cicho pragnęło – usuwała „kłopot”. Że za każdą śmiercią niemowlęcia kryła się matka, która chciała o nim zapomnieć. I miasto, które odwracało wzrok.

Po wyjściu z więzienia Skublińska osiadła w Warszawie. Zniknęła ze szpalt gazet. Może zmieniła nazwisko. Może ktoś ją rozpoznał w kolejce po chleb. Może spluwano jej pod nogi. A może nie. Może wszyscy zapomnieli.

Bo tak właśnie kończą się skandale. Najpierw są krzykiem, potem szeptem, a potem ciszą.

Monika Pawlak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama