W 2006 roku Daniel Filipacchi, francuski magnat medialny, zapłacił 5,5 miliona euro za „The Forest 2” Maxa Ernsta. Dzieło było hipnotyzujące. Wdowa po Ernście uznała je za najpiękniejszy obraz stworzony przez jej męża. Problem polegał na tym, że Ernst go nie namalował. Autorem był Wolfgang Beltracchi.
Strategiczny wybór
Wolfgang urodził się w 1951 roku w Höxter w Niemczech. Jego ojciec był restauratorem sztuki i malarzem fresków kościelnych. Dorabiał jednak również kopiowaniem dzieł Rembrandta, Picassa i Cézanne’a. Wolfgang obserwował go od dzieciństwa. Jako czternastolatek skopiował pierwszy obraz – Picassa z okresu błękitnego.
Talent miał ogromny, jednak tworzenie własnych dzieł go nie interesowało. „Trzeba zainwestować dużo czasu, aby osiągnąć sukces, malując własne prace” – powiedział kiedyś w wywiadzie dla „Vanity Fair”. Wolał kopiować mistrzów.
Sprzedawał później swoje prace na pchlich targach w całej Europie. W latach 70. i 80. prowadził niemal cygański tryb życia. Mieszkał kolejno w Amsterdamie, Maroku i na Majorce. Brał LSD i opium. W 1981 roku próbował się ustatkować. Razem z deweloperem z Düsseldorfu otworzył galerię sztuki „Kurten & Fischer Fine Arts”. Nie wytrzymał tam jednak długo. Siedzenie całymi dniami w biurze było dla niego katorgą. Biznes szybko upadł.
Wolfgang wrócił więc do kopiowania obrazów – tym razem na znacznie większą skalę. Skupił się na „chodliwych” artystach z początku XX wieku: francuskich i niemieckich ekspresjonistach, surrealistach oraz kubistach, takich jak Max Ernst, Fernand Léger, Heinrich Campendonk czy Kees van Dongen. Był to wybór czysto strategiczny. Pigmenty i płótna z tego okresu były znacznie łatwiej dostępne niż materiały stosowane przez mistrzów renesansu.
Beltracchi nie kopiował istniejących obrazów. Tworzył zupełnie nowe dzieła – takie, które dany artysta mógłby namalować. Godzinami studiował technikę, styl i ewolucję twórczości poszczególnych malarzy, całkowicie zanurzając się w ich świecie. Do perfekcji opanował styl około pięćdziesięciu sławnych, nieżyjących artystów. Czasem tworzył dziesięć obrazów miesięcznie, a czasem przez pół roku nie brał pędzla do ręki. Wszystko zależało od weny i potrzeby gotówki.
Psychoanalityczka Jeannette Fischer, która później badała jego przypadek, uważała, że podczas malowania Beltracchi częściowo tracił własną tożsamość i przejmował osobowość artysty, którego naśladował. Myślał jak on, czuł jak on i malował jak on.
Kolekcja Flechtheima
W 1992 roku Wolfgang poznał Helene. Rok później wzięli ślub. To on przyjął jej nazwisko – Beltracchi. Tworzyli duet przypominający Bonnie i Clyde’a. Wolfgang malował obrazy, Helene je sprzedawała. Interes rozwijał się błyskawicznie.
Aby uwiarygodnić pochodzenie dzieł, wymyślili misterną historię. Helene miała odziedziczyć kolekcję nieznanych obrazów sławnych artystów po swoim dziadku Wernerze Jagersie. Bogaty przemysłowiec z Kolonii miał rzekomo przyjaźnić się w latach 20. z Alfredem Flechtheimem – żydowskim handlarzem sztuką. Kiedy Hitler doszedł do władzy, Flechtheim uciekł z Niemiec. Przed wyjazdem miał sprzedać Jagersowi swoją kolekcję za symboliczną kwotę.
Na dowód autentyczności tej historii para pokazywała stare, rozmazane fotografie przedstawiające „babcię” Helene pozującą z obrazami. W rzeczywistości była to sama Helene przebrana w kostium z epoki. Wolfgang sam robił zdjęcia i wywoływał je na przedwojennym papierze fotograficznym.
Beltracchi dopracowywali każdy szczegół. Na pchlich targach kupowali stare ramy i płótna z odpowiedniego okresu. Wolfgang używał ich do swoich fałszerstw. Sam mieszał pigmenty, korzystał z materiałów zgodnych z epoką i studiował najdrobniejsze detale techniczne.
Przez lata system działał perfekcyjnie. Obrazy trafiały do najlepszych galerii, domów aukcyjnych i prywatnych kolekcji na całym świecie. Eksperci wystawiali certyfikaty autentyczności. Krytycy zachwycali się „nowo odkrytymi” dziełami mistrzów. Kolekcjonerzy dawali się nabierać bez cienia podejrzeń.
W 2004 roku aktor Steve Martin kupił na aukcji „Pejzaż z końmi” ze sfałszowanym podpisem Heinricha Campendonka. Zapłacił za niego 860 tysięcy euro. Dwa lata później ekspert od twórczości Maxa Ernsta, Werner Spies, potwierdził autentyczność obrazu „Las (2)” oraz sześciu innych prac jako dzieł słynnego surrealisty. „Las (2)” wystawiło nawet Metropolitan Museum of Art. Później obraz kupił Filipacchi za 7 milionów dolarów.
Nikt nie miał pojęcia, że wszystkie te prace wyszły spod pędzla Wolfganga Beltracchiego. Oszukał najlepszych ekspertów świata. Werner Spies – autorytet w dziedzinie surrealizmu – był tak pewny autentyczności obrazów, że publicznie bronił ich nawet po aresztowaniu fałszerza.
Jeden pigment
Beltracchi był perfekcjonistą. Z czasem jednak stał się zbyt pewny siebie. I właśnie wtedy popełnił błąd.
W 2000 roku malował „Czerwony obraz z końmi”, rzekome dzieło Campendonka z 1914 roku. Gdy zabrakło mu cynku potrzebnego do przygotowania białej farby, zamiast – jak zwykle – samodzielnie sporządzić pigment, kupił gotową tubkę od holenderskiego producenta. Nie sprawdził jednak jej składu.
Okazało się, że zawierała biel tytanową – pigment stosowany dopiero od lat 20. XX wieku. W 1914 roku jeszcze nie istniał.
W 2008 roku właściciele obrazu odkryli fałszerstwo. Wkrótce przebadano resztę „kolekcji Flechtheima”. Legenda o zbiorach żydowskiego przemysłowca rozsypała się jak domek z kart. Wolfgang przyznał się do oszustwa.
W październiku 2011 roku wraz z Helene stanął przed sądem. Oskarżono ich o czternaście potwierdzonych fałszerstw. Oboje zostali skazani na kilka lat więzienia. Helene wyszła na wolność już w lutym 2013 roku, Wolfgang – w styczniu 2015.
Po procesie posypały się pozwy cywilne od właścicieli fałszywych obrazów. Steve Martin pozwał dom aukcyjny. Filipacchi domagał się zwrotu milionów dolarów. Galerie i muzea na całym świecie zaczęły sprawdzać swoje kolekcje.
A Wolfgang Beltracchi nie zniknął. Przeciwnie – zamieszkał z Helene w Szwajcarii i stał się celebrytą świata sztuki. Organizuje wystawy, napisał autobiografię, a przede wszystkim wrócił do malowania. Już nie jako „fałszywy” Max Ernst czy Fernand Léger. Tym razem podpisuje obrazy własnym nazwiskiem.
W 2021 roku wypuścił kolekcję „Wielcy” – rekreacje „Zbawiciela świata” Leonarda da Vinci w stylu Picassa, van Gogha i innych mistrzów. BBC donosiło, że na sprzedaży własnych prac Beltracchi zarabia dziś „tysiące, jeśli nie miliony”. W 2014 roku powstał też nagrodzony film dokumentalny „Beltracchi: The Art of Forgery”.
Policja zidentyfikowała 58 obrazów, które prawdopodobnie sfałszował Beltracchi. On sam twierdzi jednak, że było ich około 300. Ile nierozpoznanych fałszerstw nadal wisi w galeriach, muzeach i prywatnych kolekcjach na całym świecie?
Joanna Tomaszewska

