Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Reklama KD Market

Kiedy Rove krytykuje...

Poseł na Sejm, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Krzysztof Lisek na zaproszenie Partii Republikańskiej uczestniczył w republikańskiej konwencji w Minneapolis, gdzie oficjalną nominację GOP-u na prezydenta otrzymał sen. John McCain. Swoimi uwagami na temat konwencji, amerykańskich wyborów i ogólnie polityki podzielił się z Dziennikiem Związkowym.

– Nie zdziwiła pana ogromna liczba policjantów wokół budynku Excel? Tu padały opinie, że funkcjonariuszy porządku było więcej niż uczestników konwencji.
To się w ogóle nie da porównać do tego, co dzieje się z takich okazji w Europie, a w szczególności w Polsce. To jest zupełnie inna technologia pracy i organizacji. W pewnym sensie można to podziwiać, bo to ma wielki rozmach i jest wielkim przedsięwzięciem, jakich w Europie nie widzimy. Z drugiej strony, jak sobie uświadomimy, że miasta, gdzie odbywały się konwencje, dostały z budżetu federalnego po 50 milionów dolarów na organizację tego jednego zebrania partyjnego, to trochę mi cierpnie skóra.
– Znalazł się pan tu na zaproszenie...
Przyjechałem na zaproszenie Partii Republikańskiej z międzynarodową grupą z sześćdziesięciu krajów świata. Było nas około stu osób, w tym blisko czterdzieści z Europy, co samo w sobie było interesujące. Program był bardzo ciekawy, bo oprócz uczestnictwa w konwencji obejmował szkolenia w zakresie kampanii wyborczych i umożliwił dostęp do kampanijnej kuchni.
– Co pan zaobserwował?
Przede wszystkim niesamowite połączenie wszelkich działań z badaniami opinii publicznej. W Polsce też reagujemy na sondaże, ale nie jest tak, że każdy ruch kampanii jest podyktowany aktualnymi nastrojami, jakie to badanie wykazuje. My nie sprawdzamy reakcji na każde nasze działanie w jakiś badaniach fokusowych, czy szerszych sondażach. Natomiast tu partie non stop pracują z instytucjami badającymi opinię publiczną. To dla mnie absolutnie nowa rzecz. Nie spodziewałem się, że to ma aż taką skalę. Druga rzecz, to szerokie korzystanie z internetu, wysyłanie e-maili, telefony do milionów osób...
– Jako polityk chciałby pan korzystać z takich samych form przekazu?
Pod tym względem ciągle jesteśmy 100 lat do tyłu. To oczywiście wymaga ogromnych nakładów kosztów, a takich pieniędzy w Polsce nie ma. Plusem amerykańskiej kampanii politycznej jest mobilizacja olbrzymiej grupy ludzi, którzy na własny koszt wsiedli do samolotów, samochodów i pociągów i przyjechali do Minnesoty na 4 dni, by uczestniczyć w partyjnym święcie. W Polsce taki zjazd trwa jeden dzień. Przyjeżdża się rano, a wieczorem wraca do domu.
– Wyciągnął pan jakieś nauki z warsztatów?
Pokazywano nam, jak się robi mobilizację wolontariuszy w stanach, co do których są wątpliwości, jak zagłosują. Ludzie chodzą od drzwi do drzwi, dzwonią, próbują przekonać ludzi do swoich poglądów.
– A w Polsce?
Stosuje się to na bardzo małą skalę.
– Nie ma żadnego dialogu ze społeczeństwem przed wyborami?
Dialog odbywa się inaczej, poprzez media a nie poprzez bezpośredni kontakt.
– Pańska wizyta nie ograniczyła się tylko do obserwowania konwencji...
Nie, była druga część programu. Dotyczyła tego, co mnie bardzo interesuje ze względu na moje zajęcia w Sejmie, mianowicie polityki zagranicznej. Mieliśmy fascynujący zestaw speakerów. Był Henry Kissinger, Lawrence Eagleburger, kilku d oradców Busha, ambasadorów amerykańskich, gen. Scowcroft. Ludzie, którzy faktycznie mieli i mają wpływ na amerykańską politykę zagraniczną.
Mieliśmy spotkanie z niedawnym rywalem McCaina, Mittem Romney. Był bardzo serdeczny, odpowiadał na wszystkie pytania.
Zaproponowano nam także spotkanie z przedstawicielami przeciwnego obozu. Był jeden z doradców Obamy. Umożliwiono nam spotkanie z dziennikarzami, wśród nich z komentatorem z CNN i z "New York Timesa".
– Które z tych spotkań uważa pan za najważniejsze?
Te w kuluarach. Można dowiedzieć się więcej niż siedząc na sali. Powiedziałbym, że jeśli chodzi o część dotyczącą polityki zagranicznej to najciekawsze były spotkania z byłymi sekretarzami stanu. Oprócz nich w grupach dyskusyjnych brali udział tacy ludzie jak ja, czyli goście, którzy pracują w komisjach zagranicznych swoich parlamentów. A to jest ciekawe zderzenie, gdyż pokazuje, jak różne mamy punkty widzenia. Nawet po pytaniach było widać, jak różnie patrzymy na pewne sprawy, jak Rosja, Gruzja, Ukraina itd. Muszę powiedzieć, że rozmowy z amerykańskimi politykami nie nastrajają optymistycznie. Patrząc z punktu widzenia Polaka, pokazują to, co wszyscy w Polsce powinni zrozumieć, że nie jesteśmy pępkiem świata i nie wszystko toczy się wokół nas.
Zrozumiałem, że Amerykanie mają zupełnie inne problemy. Dla nich problemem numer jeden jest proliferacja broni nuklearnej. Dla nich ważne jest to, co stanie się w Pakistanie, a nie – tak naprawdę – co się stanie w Gruzji. Gruzja jest oczywiście symboliczna, bo pokazuje chęć Rosji do odbudowania swego imperium.
– Musi pan jednak przyznać, że wchodząc z czołgami do Osetii Saakaszwili nie wyka-zał się większym rozsądkiem. Takich rzeczy nie robi się w chwili, gdy jego najpotężniejszy sprzymierzeniec jest zaangażowany w dwie wojny, ma na głowie kryzys z Iranem i musi decydować, jak postąpić z Pakistanem.
Przyznaję. Przeholował. I to mi dało do myślenia, że Amerykanie patrzą globalnie na problemy świata.
– I nie przywiązują większej wagi do takich krajów, jak Polska, która w obecnych rozgrywkach ma dla nich minimalne znaczenie.
Oni oczywiście mają sympatię do Polski. Zaliczają nas do pewnych sojuszników. To jest jasne. Ale nic z tego nie wynika.
– Powiedzmy sobie szczerze. Polska nie jest tu szczególnie poważana. Było to dość widoczne w czasie tej wojny. Jak się mówiło o antyirackiej koalicji, to nasz kraj w ogóle nie był wymieniany alboznacznie rzadziej, niż taka np. Hiszpania, która już dawno z tej koalicji wystąpiła. A my ciągle pchamy się pod skrzydła wielkiego brata. Nie wystarczy, że jesteśmy w Unii i w NATO?
Hmm...
– Dobrze, wracamy do tematu konwencji. Będzie pan chciał wprowadzić tutejsze metody wyborcze w Polsce?
Z punktu widzenia niejako sztabowca, doświadczenia amerykańskie, które nam pokazano, są fascynujące i w 99% nie do przeniesienia do Polski.
– Polacy nie są takimi fanatykami politycznymi, jak Amerykanie, skłonnymi nawet do wysuwania najobrzydliwszych oskarżeń na przeciwnika byle wygrać?
Polacy są rozpolitykowani.
– Ale zaangażowanie mniejsze. Nikt nie poświęca własnego czasu i własnych pieniędzy.
Tak to wygląda. Powtarzam, tych doświadczeń nie da się przenieść do Polski. Można to tylko podziwiać. Na pewno interesujące są bazy osobowe danych o sympatykach danej partii. W Polsce jest to trochę utrudnione, bo prawo bardzo chroni takie informacje. To, co mnie najbardziej zszkowało i co dla Europejczyka jest nie do przyjęcia, to zaangażowanie firm w politykę. Oczywiście, te wielkie koncerny przeważnie sponsorują obie partie i są obecne na jednej i na drugiej konwencji.
Wracając do konwencji w St. Paul. Kandydatka na wiceprezydenta była sympatycznym zaskoczeniem. Obawiałem się, że będzie gorzej. Na początku było widać, że jest bardzo zdenerwowana. Fantastycznie wypadł Giuliani. Showman absolutny. Był porywający.
– Pod warunkiem, że rozumie się świat tak samo, jak pan Giuliani. Często najbardziej skorumpowani politycy w publicznych wystąpieniach gorąco potępiają innych za korupcję. Wystąpienie pani Palin też już rozebrano na części pierwsze. I co się okazało? Prawie w każdym punkcie powiedziała tylko część prawdy.
Ja tego nie wiem.
– Wielu Amerykanów też nie wie i jest to tragedia, gdyż mimo dostępu do wielu źródeł informacji fo
rmują sobie opinie o kandydacie na podstawie telewizyjnych reklam kampanijnych lub tego, co inni powiedzą. A wystarczy wejść na internet. Okazuje się, że wszystkie wystąpienia wszystkich polityków ktoś już nagrał. Można samemu ocenić kandydata według własnych odczuć.
Czyli polityk nie może wyprzeć się tego, co mówił.
– Jaki był główny cel pana wizyty w USA?
Rozmowy z politykami.
– Co pan powie kolegom po powrocie do Polski?
Przede wszystkim to, że to jest inny świat, inne spojrzenie. Powinniśmy się tego nauczyć. Powinniśmy też częściej spotykać się z ludźmi z innych krajów.
Rozmawiając, cały czas brałem poprawkę, że byli to politycy z jednego ugrupowania, choć nawet między nimi zauważyłem różnice opinii. W panelowej dyskusji z udziałem siedmiu ekspertów nie było czegoś takiego, jak partyjna dyscyplina. Nie zgadzali się w pewnych sprawach dotyczących Chin, Afganistanu czy Gruzji.
– A Iraku?
No przede wszystkim nikt tam nie mówił, co było, tylko co dzieje się teraz.Generalnie pozytywnie oceniają wypadki w Iraku i to, że mimo wszystko jest już wiele prowincji, w których panuje spokój.
– Nie było mowy o tym, że była to wojna niepotrzebna?
Nie, nie było mowy o powodach wojny, choć myślę, że na to będzie jeszcze czas, bo trzeba będzie to ocenić z perspektywy historycznej. Podkreślano, że ostatnie zmiany, szczególnie od czasu zmiany dowództwa w Iraku, dają pozytywne efekty. O ile z Iraku dochodzą sygnały, że jest jakaś stabilizacja polityczna, a ugrupowania szyickie i sunnickie przestają ze sobą walczyć, to nie ma dobrych wiadomości z Afganistanu. Rozmawialiśmy o tym dość otwarcie i powiedziałbym martwiliśmy się i my, Europejczycy, bo w Afganistanie Europa jest zaangażowana po uszy. Jest to misja NATO i na pewno niektóre kraje bardzo boleśnie odczuły to, co się tam dzieje. Zginęli przecież Francuzi, Kanadyjczycy, Polacy i Niemcy. I niestety giną codziennie.
Tu niespecjalnie widać jakieś światełko w tunelu. A wszyscy mają w pamięci, że już Rosjanie też połamali sobie tam zęby. Teraz cały ten zachodni świat nie daje sobie rady.
– I nie ma żadnych pomysłów na odwrócenie sytuacji?
Na razie nie widać i jest to zła wiadomość. Zawsze są dwa wyjścia. Albo przyznać, że przegraliśmy i wyjechać stamtąd, albo wysłać tam jeszcze więcej żołnierzy i więcej uzbrojenia.
– I wtedy przegrać
Hmm...
– Rosjanie mieli tam dużo więcej wojska niż obecnie NATO.
Kilka razy tyle, zaangażowali całą armię i też nic z tego nie wyszło. Ponadto wszyscy martwią się sytuacją w Pakistanie, bo o ile głośno mówi się o Iranie, że chce mieć broń jądrową, to Pakistan jest krajem, który taką broń już posiada. Myślę, że cały świat jest zainteresowany tym, żeby broń tego typu była w rękach normalnych ludzi, a nie fanatyków religijnych.
– Jakie szczególnie ważne dla Polski wnioski wyciągnął pan z rozmów z ekspertami w zakresie polityki zagranicznej, prócz tego, że Polska nie jest pępkiem świata?
To bardzo ważne stwierdzenie. Niezwykle ważna obserwacja. Poleciłbym każdemu polskiemu politykowi przyjechać tu na panelową dyskusję z ludźmi od polityki zagranicznej. Oczywiście, dyskusja byłaby ciekawsza, gdyby ucestniczyli w niej również eksperci z Partii Demokratycznej. Z takiej dyskusji można wyciągnąć wnioski, co dla Amerykanów jest ważne. Ile czasu poświęcają na Europę, a ile na Iran, Pakistan, Chiny czy Brazylię.
– Kiedy mówią o Europie, to jakie miejsce w tych rozmowach zajmuje Polska?
O Europie mówi się w kontekście Rosji. Po drugie, co powiedział Romney, on sobie nie wyobraża innej sytuacji jak współpraca z Europą, czemu wcale nie przeszkadza rywalizacja gospodarcza. Tu stany też między sobą konkurują. Powiedział, że jak był gubernatorem Massachussetts, to płacił za billboardy w Kalifornii zachęcające firmy do przeniesienia się do jego stanu. Jak Schwartzenegger został gubernatorem, to Romney, który jest dość szczupły, umieścił w Kalifornii billboardy ze swoją podobizną, jak napręża muskuły, a nad nim widniał napis "Oni mają większe muskuły, a my mniejsze podatki". Romney nie wyobraża sobie odrzucenia współpracy strategicznej z Europą.
– Nie podziela też opinii administracji Busha, która odrzuciła "starą Europę", a objęła "nową Europę", w tym Polskę, i w nagrodę wepchnęła nam tarczę?
To czywiście duże uproszczenie.
– A jaka jest pańska opinia o tarczy?
Od samego początku byłem tego zwolennikiem.
– Dlaczego?
Dlatego, że uważam, iż i tak jesteśmy skazani na budowę światowego systemu antyrakietowego.
– Nie wierzy pan chyba, że tarcza ma służyć jako ochrona przeciw rakietom irańskim? Wielu ekspertów jest zdania, że w rzeczywistości chodzi o Rosję. Iran nie ma ani rakiet, ani wyrzutni.
Taki system buduje się na przyszłość. Jak powstaje, to nikt nie zna zagrożeń, na jakie natkniemy się za 50 albo 30 lat.
– Mówiono, że chodzi o Iran.
No dobrze, ale takie rzeczy mówi się oficjalnie. To był błąd, że daje się jakieś przykłady, jak Iran. Ja też nie sądzę, żeby akurat Iran był w stanie cokolwiek wystrzelić. Tłumaczenie było dziwaczne i niepotrzebne.
– Proszę wytłumaczyć dlaczego tarcza powinna stanąć akurat w Polsce.
Gdzieś musi być.
– Nie ma wśród ludzi w pańskim wieku takiego myślenia, że w XXI wieku należałoby odrzucić metody "współżycia" z okresu zimnej wojny? Skończyć z rozbudową arsenałów i nie wracać do wyścigu zbrojeń?
To niech ktoś pierwszy skończy. Świat jest jaki jest.
– Raczej taki, jakim go tworzymy. Teraz kształtujecie go wy, czterdziestolatki, i nic się nie zmienia. Dostawy broni dalej są kartą przetargową. Jak Ameryka chce zachęcić jakiś kraj do współpracy, to oczywiście najpierw oferuje mu broń. Inne państwa też to robią.
A wie pani, ile broni Rosjanie mają pod polską granicą?
– Ile?
Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć, ale niewyobrażalną ilość.
– Zatem tarcza faktycznie ma chronić przed Rosją?
Moim zdaniem stawiamy tarczę przeciw każdemu zagrożeniu, które może powstać.
– A zagrożenia spodziewamy się ze strony Rosji.
Nie wiadomo. Rosjanie mają rakiety na Białorusi. Tuż pod polską granicą.
– Nie sądzi pan, że sam fakt wprowadzenia tarczy do Polski może sprowokować Rosję? Przecież już groziła.
Nie, nie...
– Dlaczego tak lekko traktuje pan te pogróżki?
Mówimy o jakiś strasznych scenariuszach. Jakiejś wojnie światowej.
– Stawiając tarczę chyba się tego spodziewamy?
Gdyby tak było, jak pani mówi, to już dawno wszyscy powinni się rozbroić, rozpuścić armie i tak dalej. A niestety świat nie jest taki piękny. Dziś Polska jest albo niedługo będzie całkowicie bezbronna, bo mamy stare radzieckie systemy antyrakietowe, które trzeba wyrzucić na śmietnik. I będziemy całkowicie bezbronni. Niestety, świat jest tak ułożony, że jak się mówi "umiesz liczyć, licz na siebie". Dziś, w tej części Europy, nie możemy pozwolić sobie na to, by być bezbronnym krajem.
– Zarówno w Polsce, jak i tu, wielu ludzi uważało, że zgoda na tarczę była błędem, że daliśmy się wciągnąć w rozgrywki Busha.
W Polsce opinia trochę się zmieniła.
– Po Gruzji?
Tak.
– Czy za zgodą na tarczę leżała także obietnica wyposażenia polskiego wojska?
Powiem inaczej. Rząd to skutecznie połączył. Poprzedni rząd i pan prezydent chcieli to wszystko postawić za darmo i jeszcze dopłacić. W porównaniu z tym, na co godził się poprzedni rząd, to to, co udało się wynegocjować, to znaczny postęp, dlatego, że będzie jednak bateria "patriotów" i będą inne rakiety, które możemy kupić za cenę preferencyjną, jak Izrael czy Turcja.
– Nowe czy używane?
Nie j
estem w tym względzie specjalistą. Wiem jednak, że nawet używane w stosunku do tego, co Polska ma w tej chwili, to bardzo dużo, bo Polska ma radziecki złom.
– Jednym słowem sukces?
Tak bym to określił.
– Dziękuję za rozmowę.
Elżbieta Glinka
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama