Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Spotkanie weteranów po 67 latach

Witam Bogdan, bardzo się cieszę, że znów się spotykamy. Jesteś weteranem II wojny światowej, osobą znaną i szanowaną w Chicago. Twoja działalność dotycząca promowania polskości w Chicago, a szczególnie II wojny światowej zasługuje na wielkie uznanie. Jesteś ambasadorem polskości w Ameryce.



– Dziękuje za miłe słowa. To co robię wynika z potrzeby serca, to mój patriotyzm każe mi działać pro publico bono. Ja to mam we krwi. Tak mnie ukształtowano za młodych lat. Polskę jako Ojczyznę na zawsze noszę w mym sercu.


 


Jakie są losy historycznych zdjęć Krisa Brauna, których jesteś właścicielem? Parę lat temu cały Midwest był poruszony Twoimi wystawami tych fotografii z Powstania Warszawskiego. Były eksponowane w Indianie, w Chicago, w Milwaukee. Sukces był ogromny. Pokazałeś Ameryce tragizm II wojny światowej i bohaterskie losy Polaków.



– Wysłałem tę wystawę do Muzeum Armii Krajowej im. gen. Fieldorfa w Krakowie. Naturalnie współdziałałem z Muzeum Historycznym miasta Warszawy i z Muzeum Powstania Warszawskiego. Wszyscy pobłogosławili mój czyn.


 


Czy ta wystawa jest obecnie eksponowana?


 


– Jeszcze nie. Muzeum jest w ciągłej przebudowie. Jestem w kontakcie z panią kustosz Radecką, która mnie poinformowala, że te historyczne fotografie zawisną w przyszłym roku w nowym skrzydle muzeum. Będzie to multimedialna ekspozycja.


 


Gratuluję zatem. Przyczyniasz się w sposób znaczący do umacniania pamięci o II wojnie światowej.


 


– Miałem szczęście, że spotkałem Krisa Brauna. Zaprzyjaźniliśmy się. On mieszkał w Kalifornii, ja w Chicago. Ja mu też wysyłałem moje wojenne fotografie i może się przekonał, że mój patriotyzm jest prawdziwy i uchronię jego zdjęcia dla przyszłych pokoleń.


 


Publikowałem w Dzienniku Związkowym kilka wywiadów z Tobą. Były to relacje z Twoich wyjazdów do Warszawy, gdzie uczestniczyłeś przez kilka lat w rocznicowych uroczystościach z okazji wybuchu II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. Jakie to były wyjazdy, jakie zostały wspomnienia? Bywałeś w Warszawie czasem nawet przez trzy miesiące.


 


– Były to niesamowite pielgrzymki i ogromna radość dla mnie, że mogłem uczestniczyć w tych uroczystościach. W Polsce się odrodziłem. Poczułem się na nowo cząstką polskiego narodu, byłem dumny, że i ja mam maleńki wkład w obronę ojczyzny, choć miałem wtedy zaledwie 16 lat. Dla mnie te rocznice były niezapomniane. Wywodzę się z rodziny wojskowej, ja to czuję, ja tym żyję. Mój ojciec był kapitanem Wojska Polskiego. Jego przeszłość wojskowa datuje się z czasów imperium austro-węgierskiego. Był wtedy kadetem w armii Franza Josefa. Podczas I wojny światowej walczył i zdobywał doświadczenia, walczył na froncie besarabskim i włoskim. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku.


 


Jak wyglądały Twoje spotkania z kolegami z czasów wojny w Warszawie?


 


– Było ich wiele, były sentymentalne, a czasem wręcz zaskakujące i przedziwne. Tyle lat nie widzieliśmy się, a niektórych poznałem momentalnie.


 


Były różne niespodzianki. Spotkałem kolegów z Szarych Szeregów, należeliśmy do zgrupowania "Zamek". Kiedyś, podczas inscenizacji walk o wytwórnię papierów wartościowych, po zakończeniu ze mną wywiadu telewizyjnego, nagle pyta mnie ktoś o nazwisko mojego kolegi. Potem przedstawia się: jestem Andrzej Rumianek. Był to mój kolega szkolny z 1939 roku. Rozmowom nie było końca, wspominaliśmy wojenne dzieje, czas nie zatarł żadnych detali z tamtego okresu. On też brał udział w walkach o Starówkę. Należeliśmy razem do tak zwanego "małego sabotażu", który wykonywał konkretne zadania przeciw okupantowi.


 


Oglądałem filmy, które przywiozłeś z Polski. Ileż tam patriotyzmu, wspomnień; capstrzyki harcerskie, przemówienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wszystko ogromnie patriotyczne i wspomnieniowe.


 


– Istotnie tak było. Teraz te spotkania zatraciły tamten charakter, to chyba Unia Europejska "każe" Polakom zapominać o tamtych czasach, a my nie protestujemy, tylko jak potulne baranki godzimy się. Ile krzywd, ile łez, ile zniszczeń przyniosła nam II wojna! O tym trzeba pamiętać.


 


Znają Cię najważniejsze osobistości w Chicago, gubernator Pat Quinn, były burmistrz Richard Daley, obecny burmistrz Rahm Emanuel, nie wspomnę już o wielu oficjelach ze świata biznesu i kultury. Czym zaskarbiasz sobie taką sympatię?


 


– Bo ja wiem? To jakoś samo przychodzi, może nawet moja skromność i moja działalność jest tego powodem. Nasza historia była i jest zakłamana. Mam też kontakty z oficerami amerykańskimi, oni wielu informacji historycznych nie znają. Ja im przybliżam te sprawy. Powielam materiały, robię filmy, wręczam im płyty. Mówię o wojnie, o prawdzie historycznej. To robi ogromne wrażenie.


 


Gubernator Quinn lubi Polskę i Polaków, to prawdziwy dżentelmen. Podobnie burmistrz Daley, miałem z nim i mam wiele kontaktów prywatnych i służbowych, to bardzo ciekawa postać i zdolny polityk. Bywał zresztą w Polsce i doskonale zna nasze realia polityczne i gospodarcze.


 


Dopiero teraz przechodzimy do meritum naszej rozmowy. Po 67 latach spotkałeś w Meksyku kolegę, z którym razem walczyłeś w Powstaniu Warszawskim. Jak do tego doszło?


 


– Rewolucja elektroniczna pozwala nam na łatwiejsze komunikowanie się. Jestem w kontakcie, poprzez "Skype" z moimi kolegami z 1939 roku. To mój kolega, wspomniany już Rumianek, powiedział mi o Benedykcie Nizio, który chciał się ze mną spotkać. Oczywiście zadzwonił do mnie i nawiązaliśmy ponownie znajomość. On mieszka w Vancouver, w Kanadzie, prowadzi tam działalność podobną do mojej. W rozmowie zapytał mnie: "Bogdan, czy lubisz rejsy statkiem?" Odpowiadam: "Uwielbiam. Właśnie jadę z żoną na "kruz" do Meksyku". Spotkaliśmy się w Puerto Vallarta.


 


Jakie to było spotkanie?


 


– Bardzo koleżeńskie, trochę nawet z łezką w oku. Wspominaliśmy wojenne czasy i naszą działalność, lata które minęły. Już wiedzieliśmy o sobie dużo, konwersując przedtem na "Skypie". On był w zgrupowaniu Chrobry II, ja też tam należałem. Było zatem wiele wspólnych tematów. Byliśmy razem na wycieczce... w dżungli, a tam restauracja i obiad. Nagle zbliżają się do nas muzycy, pytają co nam zagrać. Ja im nucę piosenkę z czasów wojny: "Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje". Oni w mig zaczęli grać, a ja z Benedyktem zaczęliśmy śpiewać. Wszyscy powstali z miejsc i zaczęli śpiewać z nami. Okazało się, że jest to melodia meksykańska, a my, Polacy, "pożyczyliśmy" ją sobie. Spotkanie z Meksykanami było bardzo sympatyczne. Pytano nas o Polskę, o czasy wojenne, a my z dumą mówiliśmy o naszym kraju nad Wisłą. Jaki mały ten świat!


 


Notabene gdziekolwiek jestem turystycznie, zawsze mówię o naszej historii, o wojnie, rozdaję też kotwiczki "Polska walcząca".


 


Jak się zakończył wasz pobyt w Meksyku?


 


– Doskonale i bardzo radośnie. Nasze żony bardzo się polubiły, miały też wiele wspólnych tematów do dyskusji. Uzgodniliśmy dalsze plany współpracy. Benedykt wyjeżdża w przyszłym roku do Hiszpanii, a potem do Polski. W Krakowie opiekuje się grobami lotników kanadyjskich, którzy zginęli walcząc o Polskę. On działa podobnie jak ja, na wielu frontach. Należy do Koła Armii Krajowej w Kanadzie, jest łącznikiem pomiędzy kanadyjskimi a polskimi weteranami.


 


Powiedz, dlaczego tak ważne jest przypominanie tragizmu II wojny światowej?


 


– Widzisz, ja wyrosłem w garnizonie wojskowym, mam to we krwi. Pamiętam doskonale okres przedwojenny. Mnie nikt nie uczył patriotyzmu, on zawsze był i jest we mnie. Z Polski pojechałem do Lwowa i odwiedziłem Cmentarz Łyczakowski, a tam – Lwowskie Orlęta. Ileż wspomnień i zadumy nad naszym losem! Gdyby te nagrobki mogły mówić... Tam każdy kamień jest polski. Tam powinna jeździć polska młodzież, by się uczyć historii.


 


Wiem, że nigdy nie spoczniesz w swej działalności, noś zatem z dumą naszą biało-czerwoną flagę, a Polska tego nigdy nie zapomni.


 


Rozmawiał:


Janusz Kopeć

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama