Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

W kieszeni powietrza

Harrison Okene od zawsze kochał ocean. Szum fal i błękitna, bezkresna woda działały na niego kojąco. Nic więc dziwnego, że gdy tylko dorósł, wybrał życie na morzu. Zaciągnął się na holownik jako kucharz, a każde kolejne wyjście w rejs traktował jak nową przygodę. Nawet to, że ocean pewnego dnia niemal odebrał mu życie, nie zachwiało tej więzi.
W kieszeni powietrza
Harrison Okene

Autor: arch. Harrison Okene/YouTube

26 maja 2013 roku dwudziestodziewięcioletni Harrison wstał jak zwykle około 6.00 rano. Zaspany szedł do mesy, by przygotować śniadanie dla powoli budzącej się załogi. Tuż przed wejściem do kuchni skręcił jeszcze do łazienki. Siedział na toalecie, gdy potężna fala uderzyła w holownik. Statek wydał z siebie niemal ludzki jęk i przechylił się gwałtownie na burtę. W mesie zadzwoniły naczynia, luźne elementy wyposażenia zaczęły z hukiem obijać się o ściany. Zaskoczona, półprzytomna załoga wypadała z koi. 

Chwilę później kolejna fala uderzyła w jednostkę. Holownik zatrząsł się, odwrócił do góry dnem i zaczął tonąć. Harrison spadł z toalety na sufit, który w jednej chwili stał się podłogą. Gdy próbował otworzyć drzwi, na głowę runęła mu muszla klozetowa. W ułamku sekundy, zanim zgasło światło, zdążył zobaczyć krew spływającą mu po twarzy. Łazienka zaczęła błyskawicznie wypełniać się wodą, gdy statek opadał na dno oceanu. „Nie trwało to długo” – wspominał później. „Minuta, może dwie”. Wkrótce poczuł, jak kadłub uderza o morski grunt. W ciągu kilku minut znalazł się trzydzieści metrów pod powierzchnią oceanu.

 

W ciemności

Woda szybko wypełniała ciasną łazienkę. Harrison w panice szarpał zablokowane drzwi, aż w końcu ustąpiły. Korytarz był tylko częściowo zalany – pod sufitem wciąż utrzymywała się warstwa powietrza. Ruszył w stronę włazu wyjściowego. Po drodze natknął się na kilku kolegów; wszyscy bezskutecznie próbowali otworzyć drzwi. „Nie miałem cierpliwości, żeby czekać” – wspominał później. Wbrew instynktowi odwrócił się od wyjścia i popłynął w głąb wraku. Niespodziewana fala zepchnęła go do innej toalety, przylegającej do kabiny drugiego inżyniera. Drzwi zatrzasnęły się za nim, lecz poziom wody w środku przestał rosnąć. Harrison mógł utrzymać tors nad powierzchnią, trzymając się podstawy umywalki. 

W kompletnej ciemności słyszał krzyki kolegów, które z czasem jeden po drugim cichły. Był przekonany, że udało im się uciec. Zebrał więc siły i ponownie wydostał się na korytarz. Popłynął do wodoszczelnych drzwi prowadzących na zewnątrz. Nie zdołał ich otworzyć, ale znalazł dwie kamizelki ratunkowe z działającymi latarkami i zabrał je ze sobą. Przez kolejne godziny wielokrotnie pływał między swoją kieszenią powietrzną a drzwiami wyjściowymi. Podczas jednej z prób niemal stracił orientację – w labiryncie korytarzy, maszynowni, chłodni i mesy łatwo było się zgubić. Bojąc się, że któregoś razu nie odnajdzie drogi powrotnej, zerwał pasy z kamizelek i związał je w prowizoryczną linę. Teraz miał pewność, że zawsze trafi z powrotem.

Systematycznie przeszukiwał kolejne pomieszczenia, szukając wyjścia, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. W słabnącym świetle latarek widział unoszące się w wodzie ciała członków załogi. Przerażenie mieszało się w nim z determinacją. Na szczęście znalazł puszkę sardynek i colę. Zerwał drewniane panele z sufitu i związał je w prowizoryczną tratwę, na której mógł leżeć. Wciąż nurkował, szukając drogi ucieczki. Wypił przy tym tyle słonej wody, że gardło pulsowało mu bólem, a język piekł i zaczął się łuszczy. Po dziesiątkach bezskutecznych prób był już skrajnie wyczerpany.

 

Ratunek

Harrison powoli tracił nadzieję. Zapasy się skończyły, a on nie miał już siły nurkować w poszukiwaniu kolejnych. Skulony na prowizorycznej tratwie czuł, jak po jego ciele pełzają kraby, wbijając szczypce w nogi, tułów i ręce. Poziom wody podnosił się nieznacznie, ale nieubłaganie.

W którymś momencie ciszę przerwał obcy dźwięk. To byli nurkowie wysłani, by oznaczyć wrak bojką i wydobyć ciała załogi. Harrison krzyczał i uderzał w ściany, lecz pierwszy z nich go nie usłyszał i odpłynął. Dopiero gdy kolejni zeszli w głąb wraku, w mroku pojawiły się słabe punkty światła. Na początku wziął je za halucynacje – dopiero gdy zbliżyły się, zrozumiał, że to ludzie. Podjął ostatnią próbę. Wiedząc, że w jego kieszeni powietrza zostało tlenu najwyżej na kilka godzin, zanurkował jeszcze raz. Tym razem zobaczył sylwetkę nurka przeszukującego wnętrze wraku z latarką w dłoni. 

Kamera na hełmie jednego z nurków zarejestrowała chwilę, w której przed obiektywem pojawiła się blada dłoń Harrisona. Nurek zgłosił przez radio, że znalazł kolejne ciało – i w tej samej sekundzie dłoń chwyciła jego rękę. 

 

Trzy doby pod wodą

Gdy ratownicy powiedzieli mu później, że był pod wodą niemal trzy doby, nie potrafił w to uwierzyć; wydawało mu się, że minęły zaledwie godziny. Zignorował zalecenie hospitalizacji i wrócił do domu. Nocami dręczyły go koszmary – śniło mu się, że ziemia zapada się pod łóżkiem, a on bezskutecznie próbuje uciec z żoną na rękach. Miał depresję i ataki paniki. Żona od niego odeszła. Czuł, że życie rozpada mu się na kawałki.

Rok później wydarzyło się coś, co odmieniło jego los. Jadąc z przyjacielem do pracy miał wypadek. Jego samochód spadł z mostu do rzeki. Nie spanikował. Pomógł koledze wydostać się z samochodu i obaj wypłynęli na powierzchnię. To doświadczenie przełamało jego lęk i zmusiło do działania. Wbrew radom rodziny zapisał się na kurs nurkowania. Dziś pracuje jako nurek przy instalacjach naftowych i gazowych. Jak mówi, przeżycie na dnie oceanu zmieniło wszystko – jego sposób myślenia i postrzegania życia. Mieszka nad jeziorem, ale wciąż marzy o domu nad oceanem.

Maggie Sawicka


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama