Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Czerwony alarm na białej północy

Któregoś zimowego ranka 1850 roku mieszkańcy małych wiosek w Laponii, na dalekiej północy Europy, po przebudzeniu się zobaczyli coś, co przyprawiło ich o dreszcze. Pola, dachy, ścieżki między chatami – wszystko wokół wyglądało na scenę wyrwaną z horroru, jakby ktoś oblał całą okolicę krwią. Śnieg, który od pokoleń pokrywał ich ziemię spokojną bielą, zmienił kolor i tamtego poranka był czerwony.
Czerwony alarm na białej północy

Autor: Adobe Stock

Krwiste płaty rozciągały się na kilometry, aż po sam horyzont. Kobiety lamentowały, mężczyźni stali w milczeniu, wpatrując się w purpurowe zaspy, a płaczące dzieci chowały się w chatach. Jedni mówili o karze bożej, inni o końcu świata, jeszcze inni przywoływali dawne legendy o krwawym śniegu, który miał zwiastować wojny i plagi. W kościołach organizowano modlitwy, ludzie bali się wychodzić z domów i dotykać śniegu w obawie, że mają do czynienia z klątwą.

Odizolowane od świata wioski, pozbawione telegrafu i szybkiego kontaktu z miastami, zostały same ze swoim przerażeniem, patrząc, jak całe ich otoczenie zmienia kolor, a znany od zawsze świat nagle staje się obcy i groźny. Czerwień utrzymywała się przez kilka dni, po czym zaczęła blaknąć, lecz pamięć o tamtych dniach pozostała i przez kolejne pokolenia opowiadano historie o zimie, gdy śnieg stał się krwią.

Nie był to pierwszy raz, gdy ludzkość stanęła oko w oko z czerwonym śniegiem. Już Arystoteles w III wieku p.n.e. opisywał to dziwaczne zjawisko, a Pliniusz Starszy, rzymski naturalista żyjący w latach 23-79 n.e., pisał o śniegu w kolorze „rdzewiejącego żelaza”. Starożytni podróżnicy czasem natrafiali na czerwone płaty w górach; jedni uznawali je za złą wróżbę, inni za kaprys natury.

Zima 1850 roku w Laponii była jednak inna. Zjawisko pojawiło się na masową skalę i przerosło wszystko, co do tej pory zapisano.

Błędne hipotezy

W 1818 roku, ponad trzy dekady przed wydarzeniami w Laponii, kapitan John Ross prowadził arktyczną ekspedycję w poszukiwaniu Przejścia Północno-Zachodniego. W drodze powrotnej przez Zatokę Baffina, między północną Grenlandią a Kanadą, zauważył śnieg wyglądający jak krew. Ross zabrał próbki do Anglii i przekazał je Robertowi Brownowi i Francis Bauerowi – dwóm wybitnym uczonym epoki.

Brown, badając materiał pod mikroskopem, uznał go za jednokomórkową algę. Bauer miał inne zdanie i ogłosił, że to nowy gatunek grzyba, Uredo nivalis. Teoria Browna została odrzucona, natomiast hipoteza Bauera o grzybowym pochodzeniu zjawiska przez lata dominowała w naukowych debatach.

Przez większą część XIX wieku naukowcy szukali odpowiedzi niemal wszędzie, tylko nie tam, gdzie należało. Najpopularniejszym wyjaśnieniem był czerwony pył znad Sahary, który – niesiony wilgotnymi masami powietrza – miał docierać na północ i opadać w postaci brunatnego deszczu lub śniegu. Wskazywano też na pyłki roślin lub drobiny mineralne. Spory trwały przez niemal sto lat: czy to porosty, rośliny, grzyby, a może nawet zwierzęta? Sama myśl, że życie mogłoby rozwijać się w śniegu, wydawała się większości badaczy absurdem.

Dopiero w 1903 roku norweski botanik N. Wille wrócił do pierwotnej hipotezy Browna, przeprowadził dokładne badania i ostatecznie potwierdził, że tajemnicza substancja jest algą, której nadał nazwę Chlamydomonas nivalis. Był to przełom, choć dla mieszkańców Laponii z 1850 roku spóźniony o pół wieku. Owszem, pył znad Sahary rzeczywiście potrafi barwić opady – w styczniu 2014 roku w niektórych miejscowościach w Zamorze w Hiszpanii spadł „krwawy deszcz”, który zabarwił umywalki i ściany domów na czerwono, budząc strach mieszkańców – lecz było to zjawisko zupełnie innej natury. W przypadku Laponii roku 1850, regionu oddalonego od pustyń o tysiące kilometrów i skutej lodem arktycznej zimy, pył nie mógł być odpowiedzią. Ta kryła się w czymś znacznie mniejszym od drobiny piasku; w czymś żywym.

Efekt „bio-albedo”

Chlamydomonas nivalis, znana jako alga śnieżna, to jednokomórkowy organizm żyjący w wysokich górach i regionach polarnych na całym świecie. Choć z biologicznego punktu widzenia jest zielona, w cieplejszych porach roku zaczyna produkować czerwony pigment – astaksantynę. Pełni on funkcję naturalnego filtra przeciwsłonecznego, chroniąc komórkę przed nadmiernym promieniowaniem, a przy okazji nadaje śniegowi krwistą barwę.

Zimą algi pozostają uśpione w lodzie. Gdy nadchodzi wiosna i pojawia się wilgoć, przemieszczają się ku powierzchni i gwałtownie się rozmnażają. Do życia potrzebują wody – w mokrym śniegu dosłownie „pływają”, jak obrazowo tłumaczy biolog Arwyn Edwards. Jeden milimetr śniegu może zawierać nawet pół miliona takich organizmów.

Problem zaczyna się wtedy, gdy masowe zakwity zaciemniają śnieg. Ciemniejsze powierzchnie pochłaniają więcej ciepła niż białe, więc lód topnieje szybciej, tworząc samonapędzający się mechanizm: im więcej topnienia, tym więcej wody, a im więcej wody, tym szybszy rozrost alg. Naukowcy nazywają ten proces efektem „bio-albedo”. W jego trakcie śnieg nie tylko czerwienieje, lecz czasem wydziela też delikatny, słodki zapach przypominający arbuza – stąd potoczna nazwa zjawiska: „arbuzowy śnieg”.

Sygnał ostrzegawczy

Czerwony śnieg jest dziś ostrzeżeniem. Doniesienia z różnych części świata – od Antarktydy po Himalaje – pokazują, że coraz częstsze „krwawe” opady wiążą się ze zmianami klimatu. W lutym 2020 roku wokół ukraińskiej stacji badawczej na wyspie Galindez, u wybrzeży Półwyspu Antarktycznego, czerwone i różowe smugi przecięły lodowce i mroźne równiny. Badacze mówili wprost o rekordowo wysokich temperaturach i niepokojącym tempie topnienia lodu. Podobne zjawiska odnotowano w Alpach Francuskich w 2019 roku oraz na Grenlandii rok później. Lista takich miejsc się wydłuża, a naukowcy ostrzegają, że wraz z ociepleniem klimatu takich epizodów będzie więcej.

Czy więc zimą 1850 roku w Laponii śnieg zabarwiły algi? Najprawdopodobniej tak, choć mogło to być połączenie wyjątkowo intensywnego zakwitu alg i innych czynników, być może także pyłu wulkanicznego z odległych erupcji. XIX wiek należał bowiem do okresów wzmożonej aktywności wulkanicznej.

Być może mieszkańcy Laponii mieli rację, widząc w krwawym śniegu złą wróżbę – nie jako zapowiedź końca świata, lecz jako sygnał ostrzegawczy. Dziś wiemy, że czerwony śnieg nie jest magią ani klątwą, lecz skutkiem procesów biologicznych i fizycznych. Wiedza ta nie uspokaja, przeciwnie – czyni zjawisko jeszcze bardziej niepokojącym, bo pozwala zrozumieć, co oznacza dla przyszłości planety.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama