Historia klusek śląskich to opowieść o kuchni, która powstała z rozsądku, dostępności i potrzeby sytości. Ziemniaki były tanie, mąka ziemniaczana łatwa do zdobycia, a efekt – solidny i uniwersalny dodatek do mięsa, sosów czy kapusty. Z czasem kluski przestały być tylko dodatkiem i same stały się bohaterem stołu, kojarzonym z niedzielą, rodziną i dokładką „bo jeszcze zostało sosu”. To właśnie ta zdolność do wpasowania się w każdą sytuację sprawiła, że przetrwały pokolenia bez większych zmian.
Mam nadzieję, że ten przepis wywoła nie tylko z sentyment, ale też potrzebę gotowania rzeczy prawdziwych i nieprzekombinowanych. W świecie pełnym składników o trudnych nazwach i przepisów na pół strony, kluski śląskie są jak kulinarna pauza – spokojna, przewidywalna i satysfakcjonująca. Wystarczy kilka dobrze ugotowanych ziemniaków, odrobina techniki i moment skupienia przy formowaniu małych kulek z dziurką. A potem zostaje już tylko wrzucić je do wody i czekać, aż wypłyną jak znak, że zaraz będzie dobrze. Bo czasem najlepsze rzeczy w kuchni to te, które od początku wiedziały, czym chcą być. Smacznego!
Składniki:
1 lb ziemniaków (mączystych)
1 jajko
mąka ziemniaczana (ilość zależna od objętości ziemniaków)
sól
Czas: 20 min gotowanie + studzenie
Czas przygotowania: 30 min
Porcje: ok. 40 klusek
Oto tak zwana metoda „na ćwiartkę”, czyli śląska klasyka. Ugotuj ziemniaki w osolonej wodzie i dobrze odparuj. Przeciśnij przez praskę albo dokładnie utłucz – masa ma być gładka. Wyrównaj ziemniaki w misce i podziel wizualnie na 4 części.
Jedną ćwiartkę wyjmij. W puste miejsce wsyp mąkę ziemniaczaną do poziomu ziemniaków.
Dodaj jajko i szczyptę soli. Delikatnie zagnieć – tylko do połączenia. Nie rób tego za długo, bo zrobią się gumowe.
Odkrajaj kawałki wielkości orzecha włoskiego i roluj kulki. Palcem wskazującym zrób charakterystyczną dziurkę (łapie sos i wygląda jak trzeba)
Uformowane kluski wrzuć do wrzątku z solą. Gdy wypłyną – gotuj jeszcze 2-3 minuty.
Wyjmij łyżką cedzakową.
Kasia Marks

Gotowanie nie od razu stało się moją pasją. Byłam za to radosnym konsumentem pierogów babi Anieli. I pewnie byłoby tak do dziś, gdyby nie opakowanie ryżu i pierwsze kotlety ryżowe (okropne). Tak właśnie zaczęły się moje przygody kuchenne. Ziarno (także ryżu) zostało zasiane i od tamtej pory coraz częściej i coraz śmielej poczynałam sobie w kuchni. Przez lata upiekłam wiele ciast i ugotowałam wiele dań. Zakochałam się w kuchni Indii i basenu Morza Śródziemnego. Ale nadal pozostaję bliska polskiej, domowej kuchni, choć chyba moje pierogi nigdy nie dorównają tym babcinym. Na co dzień jestem mamą nastolatka i pracuję jako redaktor w serwisie internetowym.
Fot. arch. Kasi Marks








