Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 3 kwietnia 2026 13:24
Reklama KD Market

Genialny samouk

Choć nigdy nie zdobył formalnego wykształcenia muzycznego, jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów muzyki filmowej w Europie. Jego współpraca z Krzysztofem Kieślowskim przeszła do historii kina. To właśnie Zbigniew Preisner stworzył niezapomniane ścieżki dźwiękowe do takich obrazów tego reżysera jak „Dekalog”, „Podwójne życie Weroniki” czy trylogia „Trzy kolory”. W ubiegłym roku kompozytor skończył 70 lat.
Genialny samouk

Autor: Wikipedia/Adobe Stock

Ale Kieślowski to nie jedyny reżyser, dla którego pisał Preisner. Odkąd na początku lat dziewięćdziesiątych stał się kompozytorem znanym na całym świecie, propozycje współpracy spływały z całego globu. Współpracował m.in. z Johnem Irvinem, Héctorem Babenco, Louisem Malle, Luisem Mandoką czy Agnieszką Holland. Stworzył muzykę m.in. do: „The Secret Garden”, „Damage”, „When a Man Loves a Woman” czy „At Play in the Fields of the God”. Trzykrotnie został uznany za Najwybitniejszego Kompozytora Muzyki Filmowej przez Stowarzyszenie Krytyków Filmowych w Los Angeles. Ma też na koncie dwa Cezary, dwie nominacje do Złotego Globu i Srebrnego Niedźwiedzia. 

 

Samodzielna szkoła kompozycji

Urodził się jako Zbigniew Antoni Kowalski 20 maja 1955 roku w Bielsko-Białej. Gdy miał dziesięć lat, wraz z rodzicami i młodszą siostrą Tamarą przeniósł się do Brzany, niewielkiej wsi niedaleko Nowego Sącza. W domu nie było muzycznych tradycji, a przyszły kompozytor nie uczęszczał do szkoły muzycznej. Od najmłodszych lat rozwijał wrażliwość na dźwięk intuicyjnie – słuchając płyt i chłonąc muzykę klasyczną oraz filmową. Sam nauczył się grać na gitarze i fortepianie, odzwierciadlając zasłyszane nagrania. 

Jako nastolatka szczególnie poruszała go muzyka Jeana Sibeliusa oraz Niccolò Paganiniego. Ich utwory uczyły go melodii, dramaturgii i emocji ukrytych w dźwiękach. Preisner często podkreślał w wywiadach, że to właśnie słuchanie muzyki było jego prawdziwą szkołą kompozycji.

Choć muzyka była jego największą pasją, wybrał studia z zakresu historii i filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Paradoksalnie to właśnie filozofia miała ogromny wpływ na późniejszy styl jego muzyki. W kompozycjach Preisnera słychać bowiem nie tylko melodyjność, ale też głęboką, niemal metafizyczną zadumę.

 

Punkt zwrotny

Droga Zbigniewa Preisnera do kina nie była zaplanowana ani wytyczona przez akademickie dyplomy. Dopiero w czasie studiów zaczął samodzielnie uczyć się kompozycji i aranżacji. Analizował partytury, eksperymentował z instrumentami i pisał pierwsze utwory. Po przeprowadzce do Krakowa związał się z legendarną Piwnicą pod Baranami, a stąd był już tylko krok do świata filmu. 

W 1982 roku reżyser Antoni Krauze zaproponował mu współpracę przy swoim projekcie „Prognoza pogody”, na podstawie opowiadania Marka Nowakowskiego. Właśnie dzięki Krauzemu Preisner poznał Krzysztofa Kieślowskiego. Ten szybko stał się nie tylko jego współpracownikiem, ale przede wszystkim przyjacielem. Wraz z Krzysztofem Piesiewiczem, autorem scenariuszy do filmów Kieślowskiego, stanowili niezwykłe artystyczno-przyjacielskie trio. Ich pierwszym wspólnym filmem był obraz „Bez końca”. Jednak drzwi do kariery na Zachodzie otworzył przed nimi dopiero „Krótki film o zabijaniu” z 1988 roku, będący częścią telewizyjnego cyklu „Dekalog”. 

W filmach Kieślowskiego muzyka Preisnera nie była jedynie tłem – stawała się równorzędnym bohaterem opowieści. Szczególnie wyraźnie widać to w filmie „Podwójne życie Weroniki”, gdzie delikatne, niemal mistyczne kompozycje budują atmosferę tajemnicy i duchowej więzi między bohaterkami.

 

Artystyczna mistyfikacja

Kulminacją współpracy Kieślowski-Piesiewicz-Preisner była słynna trylogia „Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony”, inspirowana hasłami rewolucyjnej Francji: wolnoś, równoś i braterstwo. To właśnie w tym okresie Preisner stworzył wyjątkową artystyczną mistyfikację – fikcyjną postać holenderskiego kompozytora Van den Budenmayera, którego utwory pojawiają się w filmach Kieślowskiego. Ten literacko-muzyczny żart, traktowany przez twórców z pełną powagą, stał się jednym z najbardziej intrygujących elementów ich wspólnej twórczości.

Panowie pracowali już nad swoim kolejnym tryptykiem „Niebo, Czyściec, Piekło”, ale realizację uniemożliwiła śmierć reżysera w 1996 roku. Preisner oddał mu hołd, komponując poruszające oratorium „Requiem for My Friend”. Dzieło to, łączące muzykę symfoniczną, chóralną i filmową emocjonalność, stało się symbolicznym domknięciem ich niezwykłej relacji.

Choć Preisner zasłynął jako kompozytor filmowy, nie ograniczał się jedynie do muzyki ilustracyjnej. W 1999 roku napisał „10 łatwych utworów na fortepian”, które pojawiły się na płycie w wykonaniu Leszka Możdżera. Artysta ma też na koncie współpracę m.in. z Davidem Gilmourem z Pink Floyd czy Lisą Gerrard, współtwórczynią duetu Dead Can Dance.

 

Życie w kraju i na obczyźnie

Preisner bardzo konsekwentnie chroni swoje życie prywatne i rzadko mówi o nim publicznie. Wiadomo, że był żonaty z Ewą Preisner, krakowską malarką, od której przyjął nazwisko. Z dostępnych informacji wynika również, że nie ma dzieci, a całe życie podporządkował pracy twórczej oraz muzyce.

Od lat życie kompozytora toczy się między kilkoma krajami. Choć artystycznie zawsze był związany z Krakowem i Małopolską, przez blisko dwie dekady mieszkał w Szwajcarii. Tam osiadł w latach 90., kiedy jego kariera nabrała międzynarodowego rozgłosu. Jednak, jak wspominał w jednym z wywiadów, życie w alpejskim kraju było spokojne i wygodne, ale paradoksalnie… twórczo mało inspirujące. „Przez 18 lat mieszkałem w Szwajcarii i nie napisałem tam ani jednej nuty” – wyznał. 

Dziś jego drugim domem jest Grecja. Kompozytor kilka lat temu kupił dom na południu wyspy Rodos, w miejscowości Gennadi. Spędza tam znaczną część roku, pracując i odpoczywając. „Przyjechałem tu po raz pierwszy w 1995 roku i od razu poczułem, że jest to mój kraj” – opowiadał dziennikarzom. Preisner często podkreśla, że w Grecji znalazł spokój, który sprzyja pracy. To właśnie tam rodzą się nowe pomysły muzyczne, a rytm życia wyznaczają rozmowy z przyjaciółmi, morze i grecka codzienność. Jego tamtejszy dom znalazł się nawet w centrum dramatycznych wydarzeń podczas wielkich pożarów na wyspie w 2023 roku. Ogień dotarł bardzo blisko posiadłości kompozytora. „Moja wioska płonęła. Mój dom ocalał, ale wszystko wokół spłonęło” – napisał wtedy w emocjonalnym wpisie na Facebooku. 

W Polsce Preisner większość czasu spędza w swoim studiu w niewielkiej miejscowości Jamna w powiecie tarnowskim. Tam powstają nowe projekty, pomysły i kompozycje. Jamna to nie tylko jego miejsce pracy. Kompozytor jest też mocno związany z lokalną społecznością: „Od samego początku robię z rodziną Mikołaja dla wszystkich dzieci na wsi. One piszą listy do Świętego Mikołaja, dostaje je sołtys, a my kupujemy i pakujemy wszystko, co dzieci chcą, plus słodycze i inne zabawki. Potem po wsi jeździ Mikołaj i to rozdaje. Robię to, bo mam nadzieję, że może za 20 lat któreś z tych dzieci zrobi karierę lub się dorobi i przypomni sobie, że kiedyś był Święty Mikołaj, który przynosił mu prezenty. I w ten sposób przejmie pałeczkę” – zdradził dziennikarzowi Onetu. 

 

Wewnętrzny rytm

Historia Zbigniewa Preisnera to opowieść o artyście, który nigdy nie podążał za modą, tylko zawsze za własnym wewnętrznym rytmem. Jego muzyka nie potrzebuje wielkich gestów ani spektakularnych efektów. 

Jest też bezkompromisowym i odważnym człowiekiem. Nie ukrywa swoich, nawet tych najbardziej kontrowersyjnych, poglądów. Jako zwolennik eutanazji mówi wprost: „Trzeba w godności pozwolić odejść, bo często nasze zwierzęta odchodzą godniej niż my. Ludzie z ciężkimi nowotworami, cierpiący straszliwe męki, często bez świadomości, są sztucznie trzymani przy życiu. To jest po prostu chore. Zawsze powtarzam moim wszystkim znajomym, że gdyby się cokolwiek wydarzyło, jakikolwiek wypadek, odłączcie mnie od wszystkiego. Nie chcę tego. Chcę odejść w spokoju”.

Artysta jest świadom upływu czasu i tego, że ma coraz bliżej do życiowej mety. „Pomału schodzę ze sceny, ale dopóki muzyka daje mi przyjemność i nie wszystko jest zmurszałe, to będę pisał. Piszę ją głównie dla siebie. Wiekowo jestem już emerytem, ale jako artysta jeszcze się nim nie czuję. Kiedy poczuję, że rzeczywiście zbliża się ten czas, że trzeba będzie odejść, to odejdę. Wtedy to miejsce w wagonie zwolnię” – wyznał w jednym z ostatnich wywiadów. 

Małgorzata Matuszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama