Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 24 kwietnia 2026 06:51
Reklama KD Market

Kamień w trybach wywiadu

Jesienią 1979 roku w Warszawie rozegrała się jedna z najbardziej niezwykłych historii kontrwywiadu Polski Ludowej. Zaczęła się od drobiazgu – niewielkiego „kamienia” pozostawionego na trawniku przy ulicy Płowieckiej. Ten pozornie banalny gest uruchomił ciąg wydarzeń, których finał zaskoczył nie tylko Amerykanów, lecz także samych funkcjonariuszy polskiego kontrwywiadu.
Kamień w trybach wywiadu

Autor: Adobe Stock

Jesienią 1979 roku w Warszawie rozegrała się jedna z najbardziej niezwykłych historii kontrwywiadu Polski Ludowej. Zaczęła się od drobiazgu – niewielkiego „kamienia” pozostawionego na trawniku przy ulicy Płowieckiej. Ten pozornie banalny gest uruchomił ciąg wydarzeń, których finał zaskoczył nie tylko Amerykanów, lecz także samych funkcjonariuszy polskiego kontrwywiadu.

W nocy z 4 na 5 października 1979 roku ulice prawobrzeżnej Warszawy były niemal puste. Samochód jadący w stronę Wawra nie zwracał niczyjej uwagi. Gdyby ktoś przypadkiem spojrzał w jego stronę, zobaczyłby jedynie mężczyznę i kobietę siedzących w środku. Nie wiedziałby jednak, że mężczyzna jest pracownikiem CIA działającym pod przykryciem dyplomatycznym, a kobieta – choć obecna w samochodzie – nie ma pojęcia, że bierze udział w jednej z najbardziej niezwykłych historii zimnej wojny, jakie rozegrały się w Polsce.

Samochód zatrzymał się na chwilę przy pasie zieleni przy ulicy Płowieckiej. Mężczyzna wysiadł, rozejrzał się uważnie i położył na trawie niewielki przedmiot przypominający kamień. Po chwili wrócił do samochodu i odjechał. Dla przypadkowego przechodnia byłby to gest bez znaczenia. W świecie wywiadu oznaczał jednak początek operacji.

 

Martwa skrzynka

Przedmiot pozostawiony na trawie był w rzeczywistości tzw. martwą skrzynką – specjalnym pojemnikiem służącym do przekazywania tajnych materiałów. Była to wówczas jedna z podstawowych technik stosowanych w działalności wywiadowczej. Zamiast spotykać się bezpośrednio, agent zostawiał w umówionym miejscu pojemnik z dokumentami lub instrukcjami, który druga osoba odbierała dopiero po pewnym czasie – niekiedy nawet po kilku dniach. Taki sposób kontaktu pozwalał uniknąć bezpośredniego spotkania, a tym samym zmniejszał ryzyko obserwacji i identyfikacji uczestników operacji.

Mężczyzną, który tej nocy zostawił „kamień”, był Peter Burke – pracownik CIA działający w Warszawie jako dyplomata. Gdy następnego dnia zameldował przełożonym, że zadanie przebiegło zgodnie z planem, był przekonany, że wszystko zakończyło się pełnym sukcesem. Nie wiedział jednak, że od wielu tygodni pozostaje pod bardzo uważną obserwacją polskiego kontrwywiadu.

 

Ochotnik

Historia zaczęła się ponad rok wcześniej, w sierpniu 1978 roku. Do ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce zgłosił się wówczas młody mężczyzna – 27-letni Andrzej Badowski, żołnierz służący w jednostce rakietowej pod Warszawą. W realiach PRL była to funkcja dająca dostęp do informacji o znaczeniu strategicznym. Badowski zaproponował Amerykanom współpracę i zaoferował przekazywanie danych dotyczących wojska. Jego motywacje były typowe dla podobnych przypadków: rozgoryczenie systemem, frustracja i nadzieja na zmianę własnego losu.

Dla CIA sytuacja była interesująca, ale zarazem potencjalnie niebezpieczna. W krajach bloku wschodniego wielu takich „ochotników” okazywało się prowokacją kontrwywiadu. Dlatego Amerykanie postanowili najpierw sprawdzić wiarygodność Badowskiego. Przygotowano dla niego serię testów i zadań, które miały pokazać, czy rzeczywiście działa samodzielnie i czy można obdarzyć go zaufaniem.

Jednym z elementów takiego testu była właśnie martwa skrzynka. CIA chciała sprawdzić, czy młody wojskowy potrafi zachować zimną krew, odnaleźć pojemnik w terenie i odebrać instrukcje, nie wzbudzając przy tym podejrzeń. Jeśli wykonałby zadanie poprawnie, oznaczałoby to, że nadaje się do dalszej współpracy.

W tym samym czasie polski kontrwywiad prowadził rutynową obserwację dyplomatów z ambasady Stanów Zjednoczonych. W realiach zimnej wojny było to działanie niemal standardowe. Dyplomaci z krajów zachodnich nierzadko byli oficerami wywiadu działającymi pod przykryciem, a ambasady stanowiły ważne centra operacyjne. Wśród osób objętych obserwacją znalazł się także Peter Burke.

Funkcjonariusze kontrwywiadu szybko zwrócili uwagę na jego nietypowe zachowania i kontakty. Z czasem zaczęli podejrzewać, że może brać udział w próbie werbunku polskiego wojskowego. Gdy w tej historii pojawił się Andrzej Badowski, sytuacja nabrała zupełnie nowego wymiaru. Polskie służby zorientowały się, że mają przed sobą rzadką okazję: mogą nie tylko ujawnić próbę pozyskania agenta, lecz także z bliska prześledzić metody działania CIA w Polsce.

Zamiast natychmiast interweniować, postanowiono pozwolić, by cała sprawa rozwijała się dalej. Taka decyzja wymagała cierpliwości i dużej dyscypliny operacyjnej. Od tej chwili każdy ruch Burke’a był pod uważną obserwacją. Zespoły kontrwywiadu śledziły trasy jego przejazdów, analizowały miejsca spacerów, fotografowały spotkania i kontakty. Skrupulatnie odnotowywano każdy szczegół, który mógł pomóc zrozumieć sposób działania Amerykanów.

 

Oczekiwanie na szpiega

W końcu pojawiła się informacja, że CIA zamierza użyć martwej skrzynki. Dla kontrwywiadu oznaczało to moment przełomowy. Znano już miejsce, w którym Burke miał pozostawić pojemnik, lecz nie zamierzano reagować od razu. Najważniejsze było ustalenie, kto pojawi się po jego odbiór i w jaki sposób zostanie przeprowadzony kolejny etap tej operacji.

Dlatego gdy Burke zostawił „kamień” na trawniku przy ulicy Płowieckiej, funkcjonariusze obserwujący to miejsce nie podjęli żadnej interwencji. Pozwolono mu spokojnie odjechać, a pojemnik pozostawiono na miejscu. W ten sposób rozpoczął się jeden z najbardziej niezwykłych etapów całej sprawy – długie, pełne napięcia oczekiwanie.

Przez kolejne dni i tygodnie fragment trawnika przy Płowieckiej stał się jednym z najdokładniej obserwowanych miejsc w Warszawie. Funkcjonariusze kontrwywiadu zmieniali się na posterunkach, uważnie śledząc każdy ruch w okolicy. Fotografowano przechodniów, zapisywano numery samochodów i analizowano zachowania osób pojawiających się w pobliżu. Wszystko po to, by nie przegapić chwili, w której ktoś spróbuje podjąć pozostawiony tam pojemnik.

Mijały dni, potem tygodnie – i wciąż nic się nie działo. Po obu stronach tej cichej rozgrywki narastało napięcie. Amerykanie byli przekonani, że wszystko przebiega zgodnie z planem i cierpliwie czekali, aż nadejdzie właściwy moment odebrania skrzynki. Polskie służby z równą cierpliwością obserwowały teren, starając się nie zdradzić swojej obecności.

Oczekiwanie trwało pięćdziesiąt dni.

Dla kontrwywiadu była to sytuacja niemal absurdalna. Kilkudziesięciu funkcjonariuszy pilnowało fragmentu trawnika i niewielkiego „kamienia”, którego nikt nie próbował podnieść. W typowej operacji ktoś pojawiał się po skrzynkę najwyżej po kilku dniach. Tymczasem mijał kolejny tydzień, a pojemnik wciąż leżał dokładnie tam, gdzie pozostawił go Burke.

Z czasem zaczęło się wyjaśniać, że cały plan CIA rozpadł się przez serię nieporozumień. Najprawdopodobniej Andrzej Badowski nie potrafił odnaleźć właściwego miejsca albo uznał, że teren jest obserwowany i nie zdecydował się zbliżyć do skrzynki. Niewykluczone także, że po pierwszym kontakcie z Amerykanami po prostu się wycofał, uznając, iż ryzyko jest zbyt duże. Niezależnie od przyczyny skutek był ten sam: człowiek, który miał podjąć pojemnik, nigdy się nie pojawił.

 

Gra pomyłek

W rezultacie misja przybrała nieoczekiwany obrót. Amerykanie byli przekonani, że ich plan przebiega zgodnie z założeniami, podczas gdy w rzeczywistości niemal każdy jego etap znajdował się pod kontrolą polskiego kontrwywiadu. Martwa skrzynka, która miała być bezpiecznym kanałem komunikacji, zamieniła się w osobliwy symbol całej operacji. Przez tygodnie obserwowano przedmiot, po który nikt nigdy nie przyszedł.

Przez wiele lat sprawa pozostawała tajemnicą. Dokumenty kontrwywiadu PRL były niedostępne dla badaczy, a uczestnicy wydarzeń zachowywali milczenie. Dopiero po dekadach zaczęto stopniowo odtwarzać przebieg tej historii. Zajął się tym między innymi dziennikarz Tomek Awłasewicz, który przez lata przeglądał archiwa służb specjalnych i rozmawiał z osobami uczestniczącymi w tamtej operacji.

Szczególnie cenne okazały się relacje pułkownika Janusza Nasiadka – oficera kontrwywiadu należącego w 1979 roku do zespołu zabezpieczającego teren przy ulicy Płowieckiej. Dzięki jego wspomnieniom udało się odtworzyć szczegóły tej niezwykłej historii i zrozumieć, jak niepozorny przedmiot pozostawiony na trawie uruchomił jeden z najbardziej osobliwych epizodów zimnej wojny w Polsce.

Sprawa martwej skrzynki z Warszawy daje wgląd w codzienność szpiegowskiej rywalizacji w czasach zimnej wojny. Był to konflikt toczony w cieniu – bez frontów i oficjalnych bitew. Najważniejsze starcia rozgrywały się w parkach, na ulicach, w kawiarniach i ambasadach. Czasem o powodzeniu całej operacji przesądzał jeden telefon, jeden błąd albo drobny, wydawałoby się nieistotny gest.

W tym przypadku był nim kamień pozostawiony na trawniku przy ulicy Płowieckiej – niepozorny przedmiot, który na chwilę odsłonił kulisy wielkiej gry wywiadów prowadzonej po obu stronach żelaznej kurtyny.

Jacek Hilgier


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama