Wiosną 1983 roku redakcja hamburskiego tygodnika „Stern” ogłosiła światu, że w jej rękach znajdują się osobiste dzienniki Adolfa Hitlera. Dziesiątki zeszytów zapisanych drobnym pismem, rzekomo prowadzonych przez dyktatora od lat dwudziestych aż po ostatnie dni w bunkrze w 1945 roku, odnalezionych po niemal czterech dekadach od upadku III Rzeszy. W krótkim czasie jednak coś, co miało być największym odkryciem dokumentalnym XX wieku, przeobraziło się w jeden z najbardziej kompromitujących skandali w historii dziennikarstwa.
Według przekazu w ostatnich dniach wojny samolot Luftwaffe transportujący archiwa nazistowskich dygnitarzy rozbił się w Saksonii. Wśród skrzyń z dokumentami miały znajdować się prywatne zapiski Hitlera. W powojennym chaosie część materiałów rzekomo trafiła w ręce mieszkańców okolicznych wsi, a następnie – przez lata – była przechowywana w tajemnicy na terenie Niemiec Wschodnich. Po dekadach ukrywania dokumenty miały zostać przemycone na Zachód i zaoferowane zachodnioniemieckiej prasie.
Opowieść była doskonała: dramatyczna, pełna niedopowiedzeń i obietnicy historycznego przełomu. Katastrofa samolotu, zagadkowy kolekcjoner, realia zimnej wojny, dokumenty przemycane przez żelazną kurtynę. W redakcji natychmiast wyczuto zapach sensacji. A jednak – paradoksalnie – prawdziwy dramat tej historii dopiero się zaczynał.
Fenomen życia
Centralną postacią całej afery był reporter Gerd Heidemann, człowiek o niemal obsesyjnej fascynacji historią III Rzeszy. Heidemann nie był zwykłym dziennikarzem. Kolekcjonował nazistowskie pamiątki, dokumenty i mundury. Kupił nawet luksusowy jacht należący niegdyś do Hermanna Göringa. W redakcji uchodził za człowieka, który potrafi dotrzeć tam, gdzie inni nie mają wstępu. To właśnie do niego trafiła informacja o tajemniczych zeszytach.
Pośrednikiem był drobny handlarz antykami ze Stuttgartu – Konrad Kujau. Na pierwszy rzut oka nie przypominał mistrza oszustwa. Niewysoki, nieco niepozorny, z manierami prowincjonalnego sprzedawcy staroci. W rzeczywistości od lat utrzymywał się z produkcji fałszywych nazistowskich pamiątek. Sprzedawał kolekcjonerom podrobione listy Hitlera, rysunki rzekomo wykonane jego ręką, a nawet dokumenty partyjne NSDAP. Wielu klientów nigdy nie odkrywało prawdy, bo chcieli wierzyć w autentyczność tego, co kupują.
Kiedy Kujau pokazał Heidemannowi pierwszy zeszyt „dziennika”, reporter był zachwycony. Skórzana okładka, papier wyglądający na stary, drobne pismo przypominające znane próbki charakteru Hitlera. Na pierwszej stronie widniały ozdobne litery „FH”. Uznano, że oznaczają „Führer Hitler”.
Heidemann był przekonany, że trzyma w rękach fenomen życia.
Centrum globalnej sensacji
Redakcja „Sterna” podjęła decyzję, która dziś wydaje się niemal niewiarygodna. Postanowiono kupić dzienniki – zanim jeszcze przeprowadzone zostały pełne badania ich autentyczności. Negocjacje przypominały sceny z filmu gangsterskiego. Pieniądze przekazywano w walizkach. Spotkania odbywały się w hotelach, czasem nocą, czasem w prywatnych mieszkaniach. Każdy kolejny zeszyt kosztował setki tysięcy marek.
Łączna suma przekazana Kujauowi przekroczyła dziewięć milionów marek zachodnioniemieckich – równowartość kilku milionów dolarów. W redakcji mówiono półżartem, półserio, że jest to najdroższy materiał dziennikarski w historii Niemiec.
Tymczasem wieści o odkryciu zaczęły krążyć po świecie. Brytyjski „Sunday Times”, należący do imperium medialnego Ruperta Murdocha, kupił prawa do publikacji fragmentów. Inne gazety ustawiały się w kolejce. Media w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Francji szykowały specjalne wydania, dodatki, programy telewizyjne. Zapowiadano, że zapiski Führera odsłonią kulisy decyzji wojennych, relacje z najbliższymi współpracownikami i być może nawet wątpliwości, których historia dotąd nie znała. Wszystko wskazywało na to, że „Stern” stanie się centrum globalnej sensacji.
Ludzka twarz dyktatora
Treść zapisków była zadziwiająco prozaiczna. Hitler notował drobne wydarzenia dnia codziennego, spotkania z generałami, wizyty dyplomatów, narzekania na zdrowie. W jednym z fragmentów wspominał, że jego partnerka Eva Braun nalega, aby udał się do lekarza. „Nowe tabletki powodują silne wzdęcia i – jak mówi Eva – nieprzyjemny zapach z ust” – miał zapisać Führer.
Dla czytelników była to sensacja innego rodzaju. Zamiast monumentalnego tyrana pojawiał się człowiek zajmujący się drobiazgami życia codziennego. Komentatorzy zaczęli mówić o „ludzkiej twarzy dyktatora”.
Presja była gigantyczna. Redakcje czuły, że kto pierwszy pokaże światu te dokumenty, ten zapisze się w dziejach dziennikarstwa. Historycy zaproszeni do wstępnej analizy zachowywali jednak ostrożność – patrzyli na dzienniki z dużą rezerwą. Hitler nie miał zwyczaju prowadzić regularnych zapisków. Był impulsywny, niecierpliwy, niechętny do długiego pisania. Poza tym styl notatek wydawał się momentami zbyt banalny, a emocjonalny ton nie pasował do znanych wypowiedzi Führera.
Zastanawiające były także inicjały „FH”. Hitler niemal nigdy nie podpisywał się w ten sposób.
Tymczasem tempo narzucone przez media było zabójcze. Sensacja musiała ruszyć natychmiast.
Fałszerstwo kompletne
25 kwietnia 1983 roku w siedzibie wydawnictwa Gruner & Jahr w Hamburgu odbyła się konferencja prasowa, która miała przejść do historii. Na sali zgromadziło się ponad dwustu dziennikarzy i kilkadziesiąt ekip telewizyjnych. Redaktorzy „Sterna” pojawili się z czarnymi zeszytami w dłoniach, niczym kustosze muzeum prezentujący bezcenny relikt.
Trzy dni później magazyn opublikował specjalne wydanie z fragmentami dzienników. Nakład zwiększono o kilkaset tysięcy egzemplarzy. Na całym świecie pojawiły się nagłówki o sensacyjnym odkryciu.
Triumf trwał zaledwie kilka dni.
Niemieckie Federalne Biuro Kryminalne rozpoczęło szczegółowe badania zeszytów. Wyniki okazały się jednoznaczne i bezlitosne. Papier zawierał wybielacze optyczne stosowane dopiero po wojnie. Atrament miał skład chemiczny charakterystyczny dla produkcji z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nici introligatorskie, klej i zszywki również pochodziły z powojennych fabryk. Grafologowie stwierdzili, że pismo tylko powierzchownie przypomina charakter pisma Hitlera.
Fałszerstwo było bezsporne.
Artysta fałszerz
Konrad Kujau tworzył dzienniki w swoim mieszkaniu w Stuttgarcie. Kartki postarzał herbatą i kawą, a czasem przypalał papierosami. Treść czerpał z fragmentów książek historycznych i własnych pomysłów. Celowo robił literówki i plamy, by zeszyty wyglądały na stare i zużyte.
Najbardziej groteskowym szczegółem była historia inicjałów „FH”. Kujau po prostu źle odczytał monogram z jednego autentycznego dokumentu i uznał, że tak właśnie Hitler podpisywał swoje notatki.
Błąd ten przeszedł przez wszystkie redakcyjne kontrole.
Gdy prawda wyszła na jaw, światowe media nie mówiły już o Hitlerze, lecz o kompromitacji dziennikarstwa. „Stern” stał się symbolem redakcyjnej naiwności i obiektem drwin na całym globie. Posypały się dymisje, procesy sądowe i publiczne upokorzenia.
Reporter Gerd Heidemann został skazany na karę więzienia, między innymi za defraudację części pieniędzy przeznaczonych na zakup dzienników. Konrad Kujau również trafił za kratki.
Ale paradoks tej historii polegał na czymś jeszcze.
Kujau – mimo wyroku więzienia – po wyjściu na wolność zrobił karierę jako „artysta-fałszerz”, sprzedając swoje obrazy już jako jawne podróbki. Podpisywał je własnym nazwiskiem. Stał się medialną postacią, udzielał wywiadów, a ludzie płacili za jego prace właśnie dlatego, że był słynnym oszustem od dzienników Hitlera. Uchodził za najsłynniejszego fałszerza w Niemczech.
Z kolei afera dzienników Hitlera szybko trafiła do książek, filmów i seriali. W 1992 roku powstała satyra filmowa „Schtonk!”, nominowana do Oscara.
Historia fałszywych zapisków Hitlera jest dziś analizowana na wydziałach dziennikarstwa jako klasyczny przykład tego, jak pragnienie sensacji potrafi oślepić nawet największe redakcje. Nie chodziło tylko o spryt jednego fałszerza. Chodziło o mechanizm, w którym wizja ekskluzywnego odkrycia staje się ważniejsza niż ostrożność i weryfikacja.
Świat bardzo chciał zajrzeć do prywatnego życia Hitlera. Chciał znaleźć w jego zapiskach sekrety, które zmienią historię. Chciał zobaczyć tyrana jako człowieka z krwi i kości. I właśnie dlatego uwierzył w zeszyty napisane przy kuchennym stole w Stuttgarcie.
Afera z 1983 roku pozostaje jednym z najbardziej spektakularnych dowodów na to, że największe mistyfikacje w historii nie triumfują dlatego, że są doskonałe. Triumfują dlatego, że idealnie trafiają w to, w co ludzie pragną wierzyć.
Monika Pawlak








