Claudette: ciąża bez ciąży
Claudette Zarzycki zawsze wiedziała, że będzie matką.
– Nigdy nie spodziewałam się, że w taki sposób – wyznaje 53 latka, która ma za sobą walkę z rakiem piersi.
Zarzycki wyszła za mąż w wieku 39 lat. Od razu rozpoczęli starania o dziecko. Gdy próby się nie udawały, rozpoczęli długotrwałe leczenie niepłodności. Przez kolejne lata, jak mówi, „próbowali wszystkiego” – od tradycyjnej medycyny po naturalne terapie. Zdecydowali się na proces in vitro, ale Claudette wciąż nie udawało się zajść w ciążę.
Postępy w medycynie nie pozwalały tracić nadziei. Zarzycki miała właśnie rozpocząć nową kurację, kiedy nadeszły druzgocące wieści. Standardowy mammogram wykrył u niej raka piersi drugiego stadium. Marzenia o dziecku zeszły na drugi plan. Leczenie – chemioterapia, naświetlanie i dwie operacje – trwało półtora roku. Na początku 2020 r. lekarze potwierdzili brak nowotworu. Wówczas uderzyła pandemia. W ciszy i społecznej izolacji wróciły marzenia o macierzyństwie.
– Byłam już zdrowa, ale starsza i słabsza. Mieliśmy jeszcze jeden zamrożony zarodek z in vitro. Zastanawialiśmy się, co robić. Dla nas, ludzi wierzących, to było życie. Wtedy ktoś rzucił hasło: czy myślałaś o surogacji? – opowiada Zarzycki.
Rozpoczęło się żmudne poszukiwanie odpowiedniej agencji i matki zastępczej. Gdy zobaczyła na zdjęciu twarz młodej kobiety z Missouri, wiedziała już, że to ona. Po spotkaniu i dopełnieniu licznych formalności, ustalono termin transferu zarodka. Procedura okazała się sukcesem – po dziesięciu dniach surogatka oznajmiła, że jest w ciąży.
Zarzycki śmieje się, że przez następne dziewięć miesięcy byli w ciąży we trójkę, a nawet czwórkę, licząc męża surogatki. Byli w stałym kontakcie, brali udział we wszystkich ważnych momentach. Claudette poleciała na pierwsze USG, mające wykryć bicie serca dziecka. Przed porodem wynajęli dom w Missouri.
Jak czuła się wiedząc, że inna kobieta jest w ciąży z jej biologicznym dzieckiem?
– To było nierealne – wyznaje Zarzycki. – Czasami żałowałam, że to nie ja. Musiałam stoczyć ze sobą wiele emocjonalnych bitew. Ale nauczyłam się brać po jednym dniu na raz i cieszyć się każdym momentem.
7 października 2021 r. byli na sali porodowej. Poród przebiegł bez problemów. Claudette cały czas trzymała surogatkę za rękę. Mąż przeciął pępowinę. Po czynnościach poporodowych podano dziecko Claudette. Mała zacisnęła rączkę na palcu mamy.
– To uczucie, kiedy trzymasz noworodka i myślisz sobie, że jesteś jego matką… to uczucie nigdy mnie nie opuściło – wyznaje wzruszona Claudette.
Po trzech dniach zabrali dziecko do domu.
Claudette promienieje, gdy opowiada o swojej córce Eleanorze, która dziś jest zdrową, tryskającą energią 4-latką. Ma bujną wyobraźnię, jest błyskotliwa, zabawna, bystra – wylicza. Po mamie ma silną osobowość, ale jednocześnie to „córeczka tatusia”. W domu jest gadatliwa, ale przy obcych nieśmiała. Lubi śpiewać, tańczyć, pływać, ćwiczyć i grać w szachy. Potrafi liczyć do dziesięciu w czterech językach, w tym polskim.
Eleanora zna historię swoich narodzin. Claudette czyta jej książkę o surogacji. Tłumaczy, że „mamusia była chora”, więc „pani X” pomogła w jej narodzinach. Pokazuje zdjęcia z sali porodowej – i z macierzyńskiej sesji zdjęciowej z udziałem surogatki.
– Moja rada dla kobiet, które zmagają się z bezpłodnością: nie poddawaj się, bez względu na okoliczności. Wybierz to, co najlepsze dla ciebie i twojej rodziny. Podążaj za głosem serca. Surogacja nie jest dla każdego. W grę wchodzą formalności, agencje, prawnicy, kontrakty, ubezpieczenia. Koszty przewyższają koszty adopcji. Do tego dochodzi ogrom emocji, które trzeba nauczyć się kontrolować – stwierdza Claudette.
– Bezpłodność wciąż okryta jest stygmą. Nie wszyscy mają siłę, żeby powiedzieć: nie robię nic złego. Chcę założyć rodzinę i dawać miłość. Wiem, że moja córka urodziła się z miłości – podsumowuje Claudette.
Martina: ta komórka to dziewczynka
35-letnia Martina Dzianach już jako nastolatka zaczęła leczyć się hormonalnie. Zaczęło się od zaburzeń miesiączki, która pojawiła się w bardzo młodym wieku. Padła diagnoza: hiperprolaktynemia. Lekarz powiedział, żeby spodziewała się problemów z niepłodnością.
Martina mówi, że zawsze miała w sobie silny instynkt macierzyński. Kochała dzieci. Już jako nastolatka myślała o założeniu rodziny. W liceum poznała chłopaka – dziś męża – który myślał tak samo. Po perypetiach emigracyjnych i zdrowotnych, pobrali się i zamieszkali w Stanach. Swoją miłość do dzieci Martina realizowała pracując w przedszkolu. Jednak pragnęła mieć własne dziecko. Gdy tylko zdobyli ubezpieczenie zdrowotne, rozpoczęli starania.
Po negatywnym doświadczeniu z polskim lekarzem Martina trafiła do doktora Nasira Rany i kliniki Reproductive Medicine Institute w Oak Brook. Zdecydowali się na in vitro. Procedura przebiegała sprawnie, ale była obciążona dużym stresem – leki, zastrzyki, hormony, ciągłe badania USG, badania krwi. Martina przyznaje, że jednoczesne kupno i urządzanie domu pomogło zająć głowę czymś innym.
Martina śmieje się, że gdy zobaczyli zdjęcie zapłodnionej komórki, przed transferem do macicy, mąż od razu stwierdził, że „to dziewczynka”. Po implantacji zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie na wyniki testu ciążowego. Gdy wreszcie zobaczyli na nim upragnione dwie kreski, oboje z mężem rozpłakali się. Od rozpoczęcia leczenia minęły tylko dwa miesiące, a in vitro udało się za pierwszym razem.
Martina uważa, że podejście jej lekarza odegrało ogromną rolę.
– Doktor Rana to był prawdziwy anioł – mówi.
Mimo komplikacji w drugiej połowie ciąży, w Dzień Dziecka 2017 r. na świat przyszła Ilia Janina – nazwana tak po babci, która kibicowała Martinie w staraniach o dziecko.
– Nie zapomnę tego pierwszego spojrzenia, tego zapachu. Podali mi ją do piersi. Nie płakała, wydawała tylko śmieszny pisk. Mocno ścisnęła palec męża, a on powiedział: „ona jest duża i silna”.
Martina mówi, że ze względu na trudności z niepłodnością, chciała głęboko przeżyć swoje macierzyństwo. Karmiła piersią prawie trzy lata, Ilia wychowała się bez smoczka, telefonów, telewizji. Kariera zawodowa i marzenia o wojsku zeszły na drugi plan.
Dziś Ilia jest energiczną, samodzielną, dobrze rozwijającą się trzecioklasistką. Mama opowiada, że córka wcześnie zaczęła chodzić i mówić. Ma ścisły umysł – lubi matematykę, ale też ruch i sport, bieganie. „Wygląd tatusia, ale uparta po mamie”. Ilia zna historię swoich narodzin. Wie, że nie została poczęta w naturalny sposób, bo „mamusia była chora”. Zadaje pytania; w znalezieniu odpowiedzi pomagają książki edukacyjne dla dzieci o rozmnażaniu.
Spełniona mama wróciła do szkoły i pracuje nad realizacją innego marzenia – o pracy w służbach mundurowych. Ale przyznaje, że myśli też o drugim dziecku.
– Jeżeli masz problemy hormonalne, moja rada: nie czekać – podpowiada Martina innym przyszłym mamom. – Im młodszy organizm, tym lepiej wszystko zniesie. Wiele osób za młodu wybiera dorobek i rozwój zawodowy, a potem nie ma czasu na macierzyństwo. Ważne też, aby starając się o dziecko, zająć głowę czymś innym. Stres i nerwy związane z procedurą mogą odbić się na Tobie, a nawet na Twoim związku. Najważniejsze to zadbać o siebie i nie poddawać się.
Gosia: papierowa ciąża
Gosia i Łukasz pobrali się młodo, szybko skończyli studia i ustabilizowali kariery. Marzyli o dziecku. Po roku starań lekarze zdiagnozowali u małżeństwa niewyjaśnioną bezpłodność. Leczenie i dalsze próby zajścia w ciążę pod okiem specjalisty trwały kolejny rok. Gosia nie wyobrażała sobie, żeby nie mieć dzieci. Spośród różnych opcji zdecydowali się rozważyć adopcję i skontaktowali się z agencją na północnych przedmieściach.
– Proces adopcji jest mozolny i obejmuje mnóstwo formalności i papierkowej roboty. Wypełnianie dokumentów zajęło kilka miesięcy. To była taka moja „ciąża” – śmieje się 43-letnia Gosia Pociecha, dziś mama 11-letniego Olivera i 7-letniego Henia. – Jak w każdej ciąży po drodze są różne niewygody, zdarzają się też komplikacje.
Warunki adopcji z dziecka z Polski, którą początkowo rozważali, wydały im się zbyt skomplikowane. Młode małżeństwo wybrało „najłatwiejszą” – jak to określa Gosia – drogę lokalnej adopcji noworodka. Usłyszeli, żeby przygotować się na dwuletnie czekanie. Około dziewięć miesięcy później, w 2015 r., zadzwonił telefon z agencji.
– Serce zaczęło bić mocniej – wspomina Gosia. Dobra wiadomość – 19-latka w ciąży z miejscowości położonej parę godzin od Chicago wypatrzyła Gosię i Łukasza na stronie internetowej agencji. Rodziny natychmiast nawiązały ze sobą kontakt.
W dniu narodzin dziecka w szpitalu dostali własny pokój, więc pierwszą noc mogli spędzić sami z noworodkiem.
– Nie mogliśmy spać, tylko całą noc patrzyliśmy na Olivera – wspomina Gosia.
Rozstanie z biologiczną matką w szpitalu następnego dnia było emocjonalne.
– My pojechaliśmy tam z pustymi rękami, a wyjeżdżaliśmy z dzieckiem. Ona musiała wracać do domu sama. Nie byliśmy w stanie wysłowić naszej wdzięczności za to, że wybrała nas, abyśmy wychowali jej syna – opowiada Gosia.
Po dwóch latach Gosia z mężem byli gotowi na brata dla Olivera. Zaczęli cały proces od nowa. Tym razem czekanie było dłuższe. Dopiero po około dwóch latach agencja poinformowała ich, że w szpitalu w Chicago urodził się chłopczyk i że są kandydatami na rodziców adopcyjnych. Po około miesiącu przynieśli do domu Henia.
– Nie myślę o nich inaczej jak po prostu „moje dzieci”. Na co dzień zapomina się nawet o tym, że nie są biologiczne. Wpadliśmy w rytm intensywnego, aktywnego życia rodzinnego. Skupiam się na wychowaniu chłopców i choć nie dzielimy wspólnych genów, przez przebywanie z nami zaczynają zachowywać się jak my – opowiada Gosia.
Chłopaki czasami zachodzą za skórę i rodzicom, i sobie nawzajem – śmieje się mama. – Oliver wygląda na twardziela, ale jest wrażliwy. Od małego lubił być na zewnątrz, ale najchętniej cały czas spędzałby grając w gry wideo. Heniu jest drobniutki, ale tylko wygląda na niewinnego i sam często zaczepia brata. Obaj grają w piłkę nożną, trenują karate i chodzą do polskiej szkoły. Łączą ich gry wideo, karty Pokemon i zamiłowanie do podróży.
Rodzina utrzymuje kontakt z biologicznymi matkami chłopców. Gosia wie, że obie kochają swoich synów i że rozstanie z nimi było bolesne.
– Zarówno matka biologiczna, jak i adopcyjna chcą jak najlepiej dla swojego dziecka. To nas łączy. Jako adopcyjna mama muszę zawsze zostawić w sercu trochę więcej miejsca – dla tej matki biologicznej – wyznaje Gosia.
Zdaniem Gosi, pary, które nie mogą zajść w ciążę, nie powinny obawiać się innych opcji. Adopcja nie musi przypominać dramatycznych filmowych opowieści pełnych tajemnic – twierdzi. Koszt adopcji w jej przypadku wyniósł 25-32 tys. dol. Decyzję należy podjąć w pełni świadomie – różne rodzaje adopcji są odpowiednie dla różnych par. Gosia zwraca uwagę, że wiele starszych, pokrzywdzonych dzieci w tzw. systemie stanowym poszukuje domów.
– Adopcja nie jest dla wszystkich. Trzeba być zorganizowanym, otwartym i umieć się dzielić. W rodzinach adopcyjnych trochę więcej się dzieje. Trzeba rozmawiać z dziećmi i monitorować, czy mają pytania. Ukrywanie adopcji czy pozostawianie pytań bez odpowiedzi może doprowadzić do problemów w przyszłości – podsumowuje.
Jedna na osiem
Według danych CDC, niepłodność dotyka około jedną na osiem par (12-13 proc.) w Stanach Zjednoczonych. Za niepłodne uznaje się kobiety, które nie mogą zajść w ciążę po roku współżycia bez zabezpieczenia. Około jedna na siedem kobiet (14,1 proc.) w wieku rozrodczym (15-49) lat ma trudności z zajściem w ciążę lub donoszeniem ciąży. Choć statystyki często skupiają się na kobietach, warto pamiętać, że niepłodność to problem par.
Joanna Marszałek
[email protected]
Zdjęcia: arch. rodz. bohaterek









