Cyrena była dumnym dzieckiem Grecji, założonym w VII wieku p.n.e. przez kolonistów z wyspy Thera. Z czasem wyrosła na jeden z najświetniejszych ośrodków nauki i kultury świata śródziemnomorskiego. To tutaj urodził się Arystyp – uczeń Sokratesa, twórca szkoły hedonistów. Tu rozkwitała filozofia i medycyna, tu śpiewano hymny ku czci Apollina, a w blasku marmurów rodziła się myśl, która miała przetrwać wieki. Miasto spowijały zielone wzgórza, a jego bogactwo płynęło z jednego źródła – z sylfionu, cudownej rośliny o właściwościach leczniczych, której sok był cenniejszy niż złoto. Roślina ta, niezidentyfikowana do dziś, wyginęła w czasach rzymskich – jakby sama natura odmówiła dalszego służenia ludzkiej chciwości. Złoto Cyreny, jej błogosławieństwo i jej przekleństwo.
Z biegiem stuleci rosło bogactwo miasta, ale i pycha jego mieszkańców. Z marmurowych świątyń unosiły się wonie ofiar, na targach handlowano niewolnikami i przyprawami, a w cieniu portyków szeptano o cudach i klątwach. Cyrena zaczęła przypominać mit – miasto, które zbyt mocno zaufało własnemu szczęściu.
Śmierć miasta
Któregoś dnia roku 262 naszej ery nad wybrzeżem Libii niebo przybrało barwę ołowiu. Najpierw powiał wiatr – suchy, niosący kurz i niepokój – a potem nastała cisza tak głęboka, że ludzie przystawali na ulicach, wstrzymując oddech. Nagle ziemia westchnęła. Zadrżała. Najpierw lekko, ostrzegawczo. A potem przyszło drugie uderzenie – potężniejsze, głębsze, jakby sam rdzeń świata pękł w swojej skorupie.
Świątynia Apollina rozpadła się jak dom z piasku, a monumentalne kolumny runęły na plac, miażdżąc wszystko, co żywe. Woda zniknęła z cystern, by po chwili wystrzelić w górę jak z gejzerów. Ulice falowały, mury pękały jak skorupki jaj, a powietrze wypełnił pył, który na długo zasłonił słońce.
Kronikarze pisali później, że z wnętrza ziemi dochodził dźwięk jak tysiąc burz, że powietrze pachniało siarką i śmiercią. Na wybrzeżu morze cofnęło się na setki metrów – ryby leżały na odsłoniętym dnie, wijąc się w agonii – po czym fala wróciła z furią, zmiatając port i dolne miasto. Po świątyniach i pałacach zostały jedynie kłęby kurzu i cisza, w której słychać było płacz rannych i zawodzenie kapłanów.
Cyrena nigdy się po tym nie podniosła. Katastrofa nie tylko zburzyła mury – zniszczyła także wiarę. Ci, którzy ocaleli, uciekli ku pustyni lub w stronę morza, przekonani, że bogowie odwrócili od nich wzrok. Ci, którzy zostali, umierali powoli – z głodu, chorób i rozpaczy. Woda w źródłach stała się mętna, zwierzęta zniknęły, a świątynie przestały być miejscem modlitwy. Stały się pustymi skorupami, w których nocami hulał wiatr, zawodząc niczym duchy dawnych kapłanów.
Z czasem miasto pochłonęły piaski. Kamienne drogi przykrył kurz, a marmurowe kolumny wystawały z ziemi niczym kości umarłego olbrzyma. W ciągu kilku dziesięcioleci Cyrena zniknęła z map, pozostając jedynie w opowieściach wędrowców – jako legenda o mieście, które połknęła ziemia.
Dla starożytnych nic nie było przypadkiem. Trzęsienie ziemi odczytano jako znak gniewu bogów – karę za pychę i zbytek. Kapłani mówili, że Cyrena zapomniała, komu zawdzięcza swoje bogactwo. I gdy w miejscu, gdzie niegdyś wznosiły się modlitwy, rozbrzmiewał już tylko gwar handlu, a świątynie Apollina zamieniły się w targowiska, musiała przyjść kara. Bo bogowie nienawidzą próżności.
Echo w kamieniu
Dziś z Cyreny zostały jedynie ruiny, rozrzucone po stokach Dżabal al-Achdar – „Zielonej Góry”. Kolumny, które jeszcze stoją, wyglądają jak zamarznięte w ruchu. W ciszy pustkowia wciąż czuć echo dawnego miasta – szept kamieni, które pamiętają tamten dzień. Archeolodzy odnaleźli tu warstwę popiołu i gruzu, pod którą wciąż tkwią szkielety ludzi i zwierząt. Niektórzy trzymają się za ręce – jakby w ostatniej chwili szukali bliskości.
Na starych monetach zachował się wizerunek lwa i węża – symbol Cyreny. Znak odwagi i mądrości, który nie uchronił jej przed własnym losem.
Niektórzy wierzyli, że los Cyreny został zapowiedziany w świętych księgach. W Starym Testamencie pojawia się echo jej imienia – wśród ludów Libii wymienianych przez proroków, wśród krain, które miały ulec zagładzie „jak Sodoma i Gomora”. Dla chrześcijan późniejszych wieków ruiny Cyreny stały się przypowieścią o pysze świata. W Ewangelii wspomniany jest Szymon z Cyreny – ten, który pomógł nieść krzyż Chrystusowi. Wielu wierzyło, że to właśnie on, prosty człowiek z miasta filozofów, stał się symbolem przemiany – od dawnej chwały ku pokorze. Cyrena, niegdyś duma Hellady, przeszła w pamięć jako miasto, którego dotknęła ręka Boga.
Gdy patrzy się dziś na jej popękane kolumny, łatwo uwierzyć, że historia Cyreny to nie tylko dzieje trzęsienia ziemi, lecz także przypowieść o duchowym wstrząsie – o świecie, który zadrżał, bo zapomniał, że nawet marmur ma serce z prochu.
Ostatnia lekcja
Trzęsienie ziemi w Cyrenie było geologicznym kataklizmem, ale też symbolem – końcem epoki, w której człowiek wierzył, że może panować nad światem bez pokory wobec jego sił. Ziemia w Afryce Północnej drży do dziś, jakby pamiętała tamten dzień. W ruinach Cyreny, o zmierzchu, powietrze gęstnieje od wspomnień – i zdaje się, że spod ziemi wciąż dobiega cichy pomruk. Jakby miasto, które zapadło się w mrok, próbowało jeszcze raz zaczerpnąć powietrza.
Cyrena zginęła nie od miecza, lecz od drżenia ziemi – od oddechu planety, której człowiek nie potrafił już słuchać. Dziś jej ruiny są świadectwem kruchości cywilizacji. W miejscu, gdzie niegdyś rozbrzmiewała muzyka i śmiech, teraz hula wiatr, niosąc pył z grobów. To jej ostatnia lekcja: że nawet najpiękniejsze miasta są tylko chwilą w sejsmicznej pamięci świata.
Jacek Hilgier

