Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 11 czerwca 2026 18:37
Reklama KD Market

Europa i Ameryka: sondaże jak zimny prysznic, czyli o utracie komfortu zależności

Europa i Ameryka: sondaże jak zimny prysznic, czyli o utracie komfortu zależności

Autor: Adobe Stock

Przez dziesięciolecia Europa mogła narzekać na Amerykę, ale rzadko naprawdę wątpiła w jej podstawową rolę. Waszyngton bywał arogancki, jednostronny, niecierpliwy wobec europejskich procedur i słabości. Jednak w tle pozostawało przekonanie, że to Stany Zjednoczone są ostatecznym gwarantem bezpieczeństwa Zachodu: mocarstwem, które może się mylić, ale którego intencje mieszczą się w tym samym świecie wartości. Dziś właśnie to przekonanie pęka.

Nie chodzi już tylko o Donalda Trumpa, choć jego druga prezydentura przyspieszyła proces, który wcześniej powoli narastał. Chodzi o głębsze pytanie: czy Ameryka jest jeszcze stabilnym filarem porządku międzynarodowego, czy stała się państwem, którego politykę trzeba kalkulować jak ryzyko pogodowe, kurs waluty albo cenę ropy? Dla Europejczyków to pytanie jest szczególnie bolesne, bo przez ponad siedem dekad bezpieczeństwo, dobrobyt i wyobrażenie o Zachodzie były dla nich związane z amerykańską potęgą.

Najnowsze badania pokazują skalę zmiany. Według sondażu European Council on Foreign Relations z maja 2026 roku tylko 11 procent Europejczyków w piętnastu badanych krajach uważa dziś Stany Zjednoczone za sojusznika. Jeszcze w listopadzie 2024 roku było to 22 procent, a pół roku temu 16 procent. To nie jest zwykłe wahnięcie nastrojów po kolejnej kłótni przy stole NATO. To spadek, który wygląda jak załamanie politycznej wiary.

Równolegle badanie Bertelsmann Stiftung/eupinions pokazuje, że 58 procent Europejczyków nie uważa już USA za wiarygodnego partnera. Co prawda Stany Zjednoczone wciąż pozostają dla wielu najważniejszym sojusznikiem Unii Europejskiej, ale tylko w sensie relatywnym: wskazuje je 31 procent respondentów, o 20 punktów procentowych mniej niż w 2024  roku. 

To brzmi jak paradoks, ale dobrze oddaje europejską sytuację. Europa nadal potrzebuje Ameryki, lecz coraz mniej jej ufa. Najbardziej znaczące jest jednak nie samo rozczarowanie, lecz kierunek odpowiedzi. Coraz więcej Europejczyków chce większej samodzielności Unii w polityce zagranicznej, bezpieczeństwie, technologii i obronności. To nie jest już tylko język brukselskich strategii o „autonomii strategicznej”. To staje się intuicją zwykłych obywateli: skoro nie wiadomo, czy Ameryka przyjdzie z pomocą, trzeba mieć własny parasol.

W relacjach międzynarodowych istnieje ogromna różnica między sojusznikiem a wymuszonym partnerem. Sojusznik to ktoś, komu ufa się w chwili próby. Wymuszony partner to ktoś, z kim trzeba rozmawiać, bo jest zbyt ważny, aby go ignorować. Europa właśnie przesuwa Amerykę z pierwszej kategorii do drugiej.

Powodów jest wiele. Europejczycy patrzą na amerykańskie groźby celne, spory o wydatki obronne, presję wobec NATO, jednostronne działania wojskowe i coraz ostrzejszy język wobec własnych sojuszników i widzą, że amerykańska polityka zagraniczna stała się zakładnikiem wewnętrznej wojny kulturowej. Dla Europy oznacza to niepewność: czy gwarancje bezpieczeństwa zależą od traktatów i instytucji, czy od nastroju prezydenta, wyniku wyborów w kilku stanach i cykli informacyjnych w mediach społecznościowych i telewizji. 

Europa zależy od USA nie tylko militarnie. Zależy od amerykańskiego sprzętu wojskowego, rozpoznania satelitarnego, systemów dowodzenia, chmur obliczeniowych, platform cyfrowych, sztucznej inteligencji, oprogramowania i usług finansowych. Przez lata nie budziło to większego lęku, bo wspólnota interesów wydawała się oczywista. Dziś pojawia się pytanie, czy te zależności mogą zostać użyte jako środek nacisku.

Pierwsza konsekwencja utraty zaufania będzie natury finansowej. Europa będzie musiała płacić więcej za własne bezpieczeństwo. Nie w formie symbolicznych deklaracji, lecz realnych wydatków, zamówień, amunicji, obrony powietrznej, rozpoznania, cyberbezpieczeństwa i mobilności wojskowej. To oznacza spór o pieniądze, którego nie da się przykryć patetycznymi przemówieniami. Każde euro czy złotówka wydane na obronę trzeba będzie albo pożyczyć, albo zabrać z innych obszarów polityki publicznej.

Druga konsekwencja dotyczy przemysłu. Jeśli Europejczycy przestają ufać amerykańskim gwarancjom, będą chcieli kupować więcej w Europie. To dobra wiadomość dla europejskiego przemysłu obronnego, ale zła dla wygody polityków, którzy przez lata woleli zamawiać gotowe rozwiązania za Atlantykiem. Budowa europejskiej bazy przemysłowej wymaga koordynacji, standaryzacji i rezygnacji z narodowych egoizmów. A to w Unii Europejskiej bywa trudniejsze niż samo zwiększenie wydatków.

Trzecia konsekwencja jest natury strategicznej. Europa będzie musiała nauczyć się mówić językiem siły, nie rezygnując jednocześnie z języka prawa. Dotąd uważała się  za kontynent norm, standardów, procedur i kompromisów. Taki model działał, gdy za plecami stała amerykańska potęga wojskowa. Jeśli ta potęga staje się mniej przewidywalna, europejskie regulacje muszą zostać uzupełnione zdolnością do obrony własnych interesów.

Polska znajduje się w tym sporze w szczególnej sytuacji. Z jednej strony pamięć historyczna i geografia każą traktować obecność USA jako bezcenny element odstraszania Rosji. Z drugiej strony również Polska nie może ignorować faktu, że amerykańska polityka stała się mniej przewidywalna. Można nadal kupować amerykańską broń, zabiegać o amerykańskie wojska i wzmacniać więź z Waszyngtonem, ale nie wolno udawać, że nic się nie zmieniło.

Odpowiedzią na to zjawisko nie powinna być ucieczka w antyamerykanizm. To byłaby dziecinna reakcja na poważny problem. Europa nie zastąpi Stanów Zjednoczonych z dnia na dzień, a Zachód bez Ameryki byłby słabszy. Ale równie dziecinne jest powtarzanie, że wszystko wróci do normy po kolejnych wyborach. Zaufanie jest kapitałem, który buduje się latami, a traci w ciągu jednego kryzysu.

Największa zmiana polega na tym, że Europa traci komfort zależności. Przez dekady mogła jednocześnie krytykować Amerykę i jednocześnie cieszyć się z jej parasola ochronnego. Mogła wygłaszać kazania o multilateralizmie, jednocześnie korzystając z amerykańskiej projekcji siły. Mogła opóźniać modernizację swoich armii, bo istniała gwarancja zza oceanu. Dziś ta epoka się kończy. Nie dlatego, że Ameryka znika równania. Przeciwnie, pozostaje potężna, innowacyjna i niezbędna. Ale przestaje być oczywista. A w polityce międzynarodowej nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż sojusz, który formalnie trwa, lecz psychologicznie zaczyna się rozpadać.

Utrata zaufania do Ameryki nie oznacza końca Zachodu. Może jednak oznaczać koniec Zachodu w jego starej, wygodnej wersji: z Ameryką jako starszym bratem i Europą jako moralizującym, ale niesamodzielnym krewnym. Jeśli Europejczycy wyciągną właściwe wnioski, kryzys zaufania może stać się początkiem dojrzewania. Jeśli nie, pozostanie tylko narzekanie na Amerykę, od której nadal będzie zależeć bardziej, niż chciałaby się przyznać.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama