Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Reklama KD Market

Polacy – współudziałowcy Ameryki

Polacy – współudziałowcy Ameryki

Autor: Adobe Stock

Zanim Ameryka stała się republiką z własną konstytucją, a potem supermocarstwem, była przede wszystkim ryzykownym przedsięwzięciem gospodarczym. Ktoś musiał przepłynąć ocean, przeżyć głód, choroby, konflikty z rdzenną ludnością, a potem jeszcze wytworzyć coś, co dało się sprzedać.
Zanim więc pojawili się wielcy mówcy rodzimej rewolucji, zanim Thomas Jefferson ubrał bunt kolonii w słowa, a Jerzy Waszyngton stanął na piedestale, potrzebni byli ludzie od smoły, szkła, popiołu i dziegciu. Wśród nich byli Polacy.
Nie jest to cytat z jakiejś patriotycznej laurki, lecz część kolonialnej historii Wirginii. W 1608 roku do Jamestown przybyli rzemieślnicy z ziem polskich, sprowadzeni nie dla ozdoby ani jako egzotyczny dodatek do angielskiej osady. Posiadali konkretne umiejętności. Potrafili produkować towary, których młoda kolonia potrzebowała, aby nie pozostać wyłącznie kosztownym eksperymentem inwestorów z Londynu.
Ta historia to dobry punkt wyjścia do rozmowy o 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych. Jeśli bowiem Ameryka była eksperymentem, to nie przeprowadzali go wyłącznie autorzy politycznych traktatów. Uczestniczyli w nim także ci, którzy pracowali rękami.
W 2026 roku Stany Zjednoczone obchodzą 250-lecie przyjęcia Deklaracji Niepodległości. Można oczywiście przypomnieć, że Kongres Kontynentalny zatwierdził dokument 4 lipca 1776 roku, choć podpisywanie pergaminowego egzemplarza, który można dziś obejrzeć w Waszyngtonie, rozpoczęło się później. Można też wracać do sporu, czy prawdziwą datą niepodległości nie powinien być 2 lipca, kiedy przegłosowano samą decyzję o zerwaniu z Wielką Brytanią. Ale narodowe mity założycielskie to nie seminarium archiwistów. Potrzebują dat, które da się zapamiętać, wywiesić na fladze, zamienić w rytuał, tytuł filmu, czy przekazać dzieciom.
Czwarty lipca stał się więc amerykańskim skrótem myślowym: nie tylko datą narodzin państwa, lecz także opowieścią o tym, że narodowa wspólnota nie musi wywodzić się z pradawnego mitu plemiennego. Europa długo definiowała narodowości poprzez takie kategorie jak pochodzenie etniczne, język, wyznanie religijne i pamięć wspólnych krzywd. Ameryka zaproponowała inną konstrukcję: naród zbudowany wokół podstawowych zasad i wspólnych wartości. Nie zawsze ich przestrzegała, często je zdradzała, ale mimo wszystko wpisała je na swój sztandar.
W tej różnicy kryje się źródło zarówno amerykańskich sukcesów, jak i amerykańskich nerwic. Skoro państwo deklaruje, że opiera się na wolności i równości, każde wykluczenie staje się bardziej widoczne. Skoro obiecuje, że człowiek nie musi być zakładnikiem swojego pochodzenia, każde zamknięcie drzwi wygląda na złamanie danej obietnicy. Deklaracja Niepodległości nie była aktem wykonawczym sprawnego państwa. Była raczej wekslem wystawionym przyszłym pokoleniom. Od 250 lat kolejne grupy przychodzą z tym dokumentem do amerykańskiej kasy i mówią: proszę o należność.
Polacy robili to na różne sposoby. Pierwsi rzemieślnicy z Jamestown nie pisali traktatów o demokracji. Gdy jednak odmówiono im pełnych praw, umieli wstrzymać pracę. W tej historii jest coś bardzo polskiego i bardzo amerykańskiego zarazem: przekonanie, że skoro człowiek jest potrzebny, nie powinien być traktowany jak narzędzie pozbawione prawa głosu. Zanim w Ameryce narodziła się wielka republika praw, kilku ludzi z Europy Środkowej przypomniało oczywistą zasadę: bez pracy nie ma kolonii, a bez praw nie ma lojalności.
Gdy przyszła wojna o niepodległość, pojawiły się dwie postacie, które zbyt łatwo zamieniamy w pomniki. Kazimierz Pułaski nie był tylko „ojcem amerykańskiej kawalerii”, wygodnym patronem parad i szkolnych akademii. Był człowiekiem po przegranej sprawie konfederacji barskiej, do tego podejrzewanym o próbę królobójstwa, emigrantem politycznym i żołnierzem szukającym kolejnej walki o wolność. W Ameryce znalazł nie gotową ojczyznę, lecz sprawę pasującą do jego życiorysu. Zapłacił za nią najwyższą cenę pod Savannah, oddając życie za ciągle niepewny eksperyment społeczny.
Tadeusz Kościuszko bywa z kolei przedstawiany jako szlachetny inżynier od fortyfikacji. To prawda, ale niepełna. Jego talent polegał na rozumieniu przestrzeni: rzek, wzgórz, przepraw, opóźnień, przeszkód — wszystkiego, co zamienia mapę w narzędzie zwycięstwa. Pod Saratogą i w West Point nie dopisał tylko polskiego nazwiska do amerykańskiej legendy. Pomógł stworzyć warunki, w których armia kolonistów mogła przetrwać i wygrać. Co więcej, Kościuszko potraktował hasła wolności z niebezpieczną dosłownością, graniczącą z naiwnością. W kraju, który godził patos rewolucji z niewolnictwem, chciał przeznaczyć swój majątek na wykupienie i edukację zniewolonych ludzi. Nie wszyscy amerykańscy patrioci byli gotowi iść tak daleko.
Polski udział w budowaniu Stanów Zjednoczonych nie skończył się jednak na bohaterach z podręczników. Prawdziwa masa krytyczna tej historii została osiągnięta później, wraz z emigracją zarobkową. Byli to ludzie z Galicji, zaboru rosyjskiego i pruskiego, z biednych wsi i małych miasteczek. Nie przywozili wielkich manifestów. Przywozili ręce do pracy, upór, katolickie modlitewniki, nieufność wobec urzędów i nadzieję, że ich dzieci będą miały lżej. Trafiali do kopalń Pensylwanii, hut Pittsburgha, rzeźni Chicago, fabryk Detroit, warsztatów Cleveland i Buffalo. Budowali parafie, szkoły, domy związkowe, sklepy, gazety i kluby. Z czasem budowali także klasę średnią.
Ich wkład rzadko pojawia się na pomnikach. Właściwie prawie nigdy. Trudno wyrzeźbić zmęczenie po dwunastu czy czternastu godzinach pracy, strach przed wypadkiem w kopalni, zapach stockyards, oszczędzanie na pierwszy dom albo dumę rodziców, których dziecko jako pierwsze w rodzinie skończyło studia. A jednak to również jest historia powstania Ameryki. Państwo nie rośnie wyłącznie dzięki wielkim rocznicom. Rośnie przez miliony powtarzalnych czynności, których nikt nie wpisuje do programu narodowych obchodów.
Dlatego przy 250. rocznicy powstania USA warto przestrzec przed dwiema pokusami. Pierwsza to triumfalizm – jakże powszechny w Ameryce – według którego wszystko od początku było piękne, proste i skazane na sukces. Druga to równie modne rozczarowanie, każące widzieć w Stanach Zjednoczonych wyłącznie katalog win, hipokryzji i przemocy. Historia jest ciekawsza od obu tych wizji. Ameryka była i pozostaje projektem pełnym sprzeczności: wielkodusznym i brutalnym, otwartym i podejrzliwym, praktycznym i sentymentalnym, zdolnym do samokorekty, ale zwykle dopiero po długim oporze.
Właśnie dlatego polski wątek nie jest rocznicową dekoracją. Nie służy temu, aby przy okazji amerykańskiego święta poprawić sobie narodowe samopoczucie. Pokazuje raczej, że eksperyment zwany Ameryką od początku potrzebował ludzi z zewnątrz: ich umiejętności, odwagi, pracy, sporów, lojalności i ambicji. Polacy nie byli najważniejszymi autorami amerykańskiej opowieści, ale byli jej rzeczywistymi współuczestnikami. Od Jamestown po West Point, od Savannah po Chicago i Detroit, dokładali coś do państwa, które samo o sobie lubi mówić, że powstało z idei.
Po 250 latach warto przypomnieć: Polacy mieli udział w eksperymencie pod nazwą Ameryka i mieli udział w powstaniu oraz budowaniu tworzonego od podstaw państwa. Tego wkładu nie należy przeceniać ponad miarę, ale nie wolno go również lekceważyć. Bo historia Ameryki nie należy wyłącznie do tych, którzy podpisywali deklaracje. Należy także do tych, którzy sprawili, że za deklaracjami mogło stanąć prawdziwe życie.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama