W samym sercu Brighton, pośród statecznych kamienic, wyrastają cebulaste kopuły, wieżyczki podobne do minaretów i kamienne koronki przywodzące na myśl Indie Wielkich Mogołów. Za tą fasadą kryją się wyśnione przez Europejczyków Chiny – pełne smoków, lotosów, złota, porcelany i teatralnych iluzji. Royal Pavilion nie powstał dla uczczenia zwycięstwa ani jako siedziba sprawnie działającego dworu. Był pomnikiem zachcianek jednego z najbardziej rozrzutnych i barwnych monarchów w dziejach Wielkiej Brytanii.
Nadmorska ucieczka
Kiedy Jerzy przyjechał do Brighton po raz pierwszy w 1783 roku, miejscowość nie przypominała jeszcze modnego kurortu. Przez stulecia pozostawała niewielką osadą rybacką, smaganą przez sztormy i niszczoną przez morze. Daniel Defoe zanotował z przekąsem, że całe miasteczko warte było mniej niż fortyfikacje, które należałoby zbudować, aby je chronić.
Los osady odmienił lekarz Richard Russell. Przekonywał zamożnych pacjentów, że morska woda leczy niemal wszystko – od chorób skóry po melancholię. Zalecał nie tylko kąpiele, lecz także jej picie, czasem z dodatkiem mleka. Kuracjusze wchodzili do lodowatych fal przy pomocy zawodowych „kąpielowych”, które dowoziły ich do wody w specjalnych wozach. Terapia nie należała do przyjemnych, ale stała się modna, a za pacjentami przyjechali właściciele pensjonatów, restauratorzy i organizatorzy rozrywek.
Dwudziestojednoletni książę Walii zjawił się tam oficjalnie dla zdrowia. Mimo młodego wieku cierpiał już na dolegliwości, które później przerodziły się w bolesną dnę moczanową. Brighton oferowało mu jednak coś cenniejszego od morskich kuracji – oddalenie od ojca.
Jerzy III, oszczędny, pracowity i przywiązany do rodzinnych cnót, z przerażeniem obserwował poczynania następcy tronu. Syn pił, grał w karty, obstawiał wyścigi, kupował kosztowne stroje, urządzał wystawne przyjęcia i zaciągał długi w tempie, któremu nie mogły sprostać nawet książęce dochody. Przyjaźnił się ponadto z opozycyjnymi wigami. Wszystko, co dla ojca oznaczało obowiązek i dyscyplinę, dla młodego Jerzego było nieznośnym ograniczeniem.
W Brighton książę mógł żyć po swojemu. Wkrótce zgromadził wokół siebie artystów, polityków, hazardzistów, arystokratów i piękne kobiety. Przyjaciele nazywali go „Prinny”, co można przełożyć jako „Księciunio”. Początkowo pieszczotliwy przydomek z czasem nabrał ironicznego wydźwięku. Jerzy pozostał bowiem rozpieszczonym księciem nawet wtedy, gdy miał już siwe włosy i z trudem się poruszał.
Zakazana żona
Najważniejszym powodem jego ucieczek od dworu była Maria Fitzherbert. Starsza o sześć lat, dwukrotnie owdowiała, uchodziła za kobietę piękną, dyskretną i obdarzoną spokojem, którego Jerzemu całkowicie brakowało. Była także katoliczką, co czyniło ją niedopuszczalną kandydatką na żonę przyszłego króla.
Książę zakochał się gwałtownie. Kiedy Maria odrzuciła jego zaloty, zagroził samobójstwem. Zaalarmowana przyjechała do niego i zastała go z zakrwawioną koszulą. Nie wiadomo, czy rzeczywiście próbował odebrać sobie życie, czy urządził starannie wyreżyserowane przedstawienie. Maria uciekła za granicę, lecz Jerzy nie ustępował. Pisał, błagał i wysyłał posłańców, aż zgodziła się wrócić.
15 grudnia 1785 roku w jej londyńskim domu odbył się sekretny ślub. Małżeństwo było nieważne w świetle prawa. Royal Marriages Act zabraniał potomkom Jerzego II zawierania związków bez zgody monarchy, a katolickie wyznanie Marii mogło dodatkowo pozbawić księcia praw do tronu. Oficjalnie pozostawała panią Fitzherbert, prywatnie Jerzy uważał ją za żonę.
Rok później wynajął dom w Brighton, który miał być ich nadmorskim schronieniem. Szybko jednak uznał go za zbyt skromny. Architekt Henry Holland przekształcił budynek w neoklasycystyczną willę nazwaną Marine Pavilion. Powstały: rotunda, biblioteka, jadalnia i pokój śniadaniowy. Była to już rezydencja godna następcy tronu, ale jeszcze nie pałac, który miał zadziwić Europę.
W 1787 roku parlament zgodził się spłacić część książęcych długów i podnieść jego dochody. Jerzy nie wyciągnął z tego żadnej lekcji. Dodatkowe pieniądze jedynie rozbudziły jego apetyt na kolejne luksusy.
Fatalne małżeństwo
W 1795 roku długi osiągnęły takie rozmiary, że książę musiał zgodzić się na legalny, dynastyczny ślub. Wybrano dla niego Karolinę Brunszwicką, której wcześniej nie widział. Pierwsze spotkanie nie zapowiadało szczęścia. Gdy Karolina weszła do pokoju, Jerzy spojrzał na nią, cofnął się i poprosił służącego o kieliszek brandy. Ona również była rozczarowana. Stwierdziła, że książę jest znacznie grubszy i mniej przystojny niż na portrecie.
Podczas ślubu Jerzy miał płakać i ledwie trzymać się na nogach. Małżeństwo rozpadło się niemal natychmiast, chociaż para doczekała się córki, księżniczki Charlotty. Dzień po jej narodzinach książę sporządził testament. Niemal wszystko zapisał Marii Fitzherbert, nazywając ją swoją prawdziwą żoną. Karolinie pozostawił jednego szylinga.
Jerzy wrócił do dawnego życia, a Brighton zmieniało się wraz z nim. Wokół jego rezydencji wyrastały reprezentacyjne tarasy, hotele, teatry, kluby i domy gry. Arystokracja przyjeżdżała nad morze, aby zobaczyć księcia i dać się zobaczyć księciu. W ciągu kilku dziesięcioleci liczba mieszkańców wzrosła niemal dziesięciokrotnie. Jeden rozrzutny człowiek przeobraził podupadającą osadę w letnią stolicę brytyjskiej socjety.
Indie w Brighton
Orient fascynował Jerzego, choć nigdy nie odwiedził ani Indii, ani Chin. Znał je z rycin, importowanych przedmiotów, teatralnych dekoracji i relacji podróżników. Był to Wschód wyobrażony przez Europejczyka – upiększony, przerysowany i dopasowany do jego marzeń.
Pierwszym sygnałem nadchodzącej przemiany były stajnie zaprojektowane przez Williama Pordena. Mogły pomieścić sześćdziesiąt koni, a nad ujeżdżalnią wznosiła się ogromna kopuła. Kompleks prezentował się tak okazale, że zaczął przyćmiewać rezydencję. Jerzy nie zamierzał tolerować sytuacji, w której jego konie mieszkały bardziej widowiskowo niż on sam.
W 1815 roku, gdy sprawował już władzę jako regent w zastępstwie chorego ojca, przebudowę powierzył Johnowi Nashowi. Architekt obudował wcześniejszy gmach żeliwnym szkieletem i ukrył go pod fantastyczną powłoką. Nad dachami wyrosły cebulaste kopuły, sterczyny i wieżyczki przypominające minarety. Skromny niegdyś dom zmienił się w indyjską fantazję nad brzegiem Kanału La Manche.
Jeszcze większe zdumienie budziły wnętrza. Frederick Crace i Robert Jones stworzyli wizję Chin, w której umiar uznano za wadę. W sali bankietowej zawisł ważący około tony żyrandol w kształcie lotosu, spływający z pazurów gigantycznego srebrnego smoka. Światło odbijało się w złoceniach, lustrach i jedwabiach, po ścianach pełzały kolejne smoki, a żeliwne schody pomalowano tak, aby wyglądały jak bambus.
Sklepienie sali muzycznej przypominało wnętrze ogromnego namiotu. Pokrywały je złocone muszle, osiem smoków podtrzymywało lotosowe lampy, a czerwono-złote malowidła przedstawiały chińskie pejzaże. Całość dopełniało sześć monumentalnych porcelanowych pagód. Goście mieli odnieść wrażenie, że opuścili Anglię i wkroczyli do baśniowej krainy.
Rozkosze stołu
Największym żywiołem Jerzego nie była jednak architektura, lecz jedzenie. Potrafił zmienić kolację w kilkugodzinne widowisko. Stoły uginały się pod ciężarem zup, ryb, dziczyzny, pieczeni, pasztetów, warzyw, słodyczy i owoców. Potrawy ustawiano na wielu półmiskach jednocześnie, a goście wybierali dania znajdujące się najbliżej.
Nad ucztami czuwał przez pewien czas Marie-Antoine Carême, jeden z najsłynniejszych kucharzy epoki, nazywany królem kucharzy i kucharzem królów. Tworzył skomplikowane dania oraz cukiernicze konstrukcje przypominające świątynie i pałace. Kolacja wydana w 1817 roku dla wielkiego księcia Mikołaja, przyszłego cara Rosji, liczyła ponad sto potraw.
Kuchnie Royal Pavilion należały do najnowocześniejszych w Europie. Miały bieżącą wodę, urządzenia parowe, rozbudowaną wentylację i żeliwne kolumny zwieńczone miedzianymi liśćmi palmowymi. Jerzy był z nich tak dumny, że oprowadzał po nich gości, choć kuchnię uważano wówczas za zaplecze, do którego arystokracja nie zaglądała.
Rozkosze stołu miały swoją cenę. Jerzy, niegdyś podziwiany za urodę i stroje, stał się skrajnie otyły. Cierpiał na dnę, obrzęki i duszności. Krępował ciało gorsetami, a na łysiejącą głowę nakładał kunsztowne peruki. Pod koniec życia niemal nie pokazywał się publicznie. Człowiek, który stworzył pałac przeznaczony do olśniewania tłumów, coraz częściej ukrywał się przed ich spojrzeniami.
Szpital pod smokami
Po śmierci Jerzego IV w 1830 roku pałac odziedziczył jego brat Wilhelm IV. Królowa Wiktoria nie znosiła jednak orientalnych ekscesów wuja ani niewygodnego układu budynku. Kiedy kolej połączyła Brighton z Londynem, do miasta zaczęły napływać tłumy, a rezydencja przestała zapewniać królewskiej rodzinie prywatność.
W 1850 roku władze Brighton wykupiły Royal Pavilion za 53 tysiące funtów, prawdopodobnie ratując go przed rozbiórką. Rok później otwarto wnętrza dla publiczności. Odbywały się tam bale, koncerty, wystawy i bankiety.
W grudniu 1914 roku sale wypełniły się rzędami szpitalnych łóżek. Pod złotymi smokami leżeli Sikhowie, muzułmanie i Hindusi ranni na froncie zachodnim, a wielka kuchnia została zamieniona w salę operacyjną. Dla pacjentów utworzono oddzielne kuchnie i miejsca modlitwy, zmarłych zaś grzebano lub poddawano kremacji zgodnie z ich wyznaniem.
W latach 1914-1916 w budynkach kompleksu leczono ponad 4300 indyjskich żołnierzy. Później pałac stał się ośrodkiem dla brytyjskich weteranów, którzy utracili kończyny. Przechodzili tam rehabilitację i uczyli się nowych zawodów. W miejscu dawnych uczt organizowano zajęcia stolarskie i mechaniczne, zawody sportowe, a nawet konkursy fryzjerskie.
Royal Pavilion ocalał, choć był niepraktyczny, kosztowny i związany z monarchą, którego słabości znali wszyscy. Jerzy IV pozostawił po sobie długi, skandale i fatalną reputację. Pozostawił jednak również budowlę, przed którą po dwóch stuleciach ludzie nadal zatrzymują się ze zdumieniem – złoty sen o Oriencie osiadły pośród angielskiej mgły.
Monika Pawlak

