Davoll’s stoi na skrzyżowaniu dróg w South Dartmouth w stanie Massachusetts. Sprzedaje wszystko – od motyk ogrodowych po lokalny miód – a na zapleczu mieści kawiarnię. W ciągu ponad dwóch stuleci sklep miał zaledwie 13 właścicieli. Obecnymi są bracia Shattuckowie: 42-letni Ben i 44-letni Will.
Ben, pisarz, przez większą część roku mieszka w Brooklynie z żoną – aktorką, komiczką i pisarką – Jenny Slate oraz ich pięcioletnią córką. Dorastał jednak w South Dartmouth, nadmorskiej społeczności rolniczej, z którą jego rodzinę łączą więzi sięgające pięciu pokoleń. Latem Shattuck i Slate wracają w rodzinne strony i mieszkają w przebudowanej sali tanecznej zaprojektowanej przez jego pradziadka.
Cukierki za pensa
Prowadzenie sklepu wielobranżowego wymaga innych umiejętności niż pisanie. Nie można dać się ponieść natchnieniu ani zajmować promocją własnej książki, gdy pod koniec lata kucharz odchodzi i trzeba natychmiast znaleźć zastępstwo. Wspomnienia Bena związane z Davoll’s sięgają czasów, gdy do środka przyciągały go pojemniki z cukierkami sprzedawanymi za grosze. „Glennonowie byli właścicielami tego sklepu, kiedy dorastałem” – wspomina, mając na myśli miejscowego okulistę i jego żonę.
Jego matka, Dedee Shattuck, pamięta jeszcze Davoll’s z lodówką wypełnioną wiszącymi płatami wołowiny. „Moja mama zamawiała steki grubości siedmiu centymetrów, które tata grillował na naszej farmie, niedaleko” – opowiada. Rodzinne kombi czekało przed sklepem z włączonym silnikiem, a do bagażnika trafiały 23-kilogramowe worki ziarna dla kurczaków.
Przez lata Davoll’s zaopatrywał okolicznych rolników. Starsi mężczyźni siedzieli na ganku, żuli tytoń i grali w warcaby. Na piętrze pracował krawiec, a w budynku mieściła się również poczta. Lokalna legenda pełna jest opowieści o Wilfridzie i Virginii Morrisonach, prowadzących sklep od lat 50. do połowy lat 70. Podobno Wilfrid zażądał kiedyś dziesięciu centów za telefon od mężczyzny, któremu zepsuł się samochód. Za czasów Glennonów przez cały rok sprzedawano ceramiczne wioski bożonarodzeniowe oraz kanapki z tuszonką na chlebie Wonder Bread.
Powrót do sąsiadów
W ostatnich latach niewielkie sklepy wielobranżowe, od dawna będące ratunkiem dla wiejskiej Ameryki, przeżywają renesans. Ich nowoczesne wersje, pełne produktów ekologicznych i rzemieślniczych, zdobywają popularność w Górach Catskill, na wybrzeżu Maine czy w Nashville. W zeszłym roku Mindy Gray, żona Jonathana Graya, miliardera i prezesa firmy inwestycyjnej Blackstone, przejęła Sagaponack General Store w Hamptons. Oferuje tam kawałki pieczonego kurczaka z wolnego wybiegu, bluzy za 159 dolarów i zestawy do koktajli kosztujące 300 dolarów.
Takie miejsca karmią nostalgię za minioną epoką, a przy okazji stanowią atrakcyjne tło dla mediów społecznościowych. Shattuck nie interesuje się jednak modą na styl retro. Tęskni raczej za czasami, gdy mieszkańcy wydawali pieniądze we własnym mieście, zamiast kupować w Internecie lub sklepach sieciowych.
Podczas pandemii COVID-19 zatrzymał się w wiejskim domu swojej rodziny. Pewnego dnia w rozmowie z Jimem Chouinardem i Kim Arrudą, ówczesnymi właścicielami Davoll’s, ubolewał nad brakiem miejsc, w których ludzie mogliby się spotykać. Małżeństwo niespodziewanie zasugerowało, aby złożył ofertę kupna sklepu.
Chouinard i Arruda zdążyli już wprowadzić Davoll’s w XXI wiek, między innymi otwierając kawiarnię. Shattuck zachował restaurację, uzyskał koncesję na alkohol, a skromny wybór książek o lokalnej historii rozbudował w małą księgarnię. Do przedsięwzięcia wciągnął brata Willa, mieszkającego w Oregonie i pracującego w branży kawowej. Kierowanie sklepem powierzył natomiast Mary Ann Buckley, która urodziła się i wychowała w okolicy, a wcześniej zarządzała sklepem z ekologiczną żywnością i kawiarnią.
Stare miejsce, nowe czasy
Dzisiejszy Davoll’s odzwierciedla zarówno swoją historię, jak i zmiany zachodzące w South Dartmouth. Nie próbuje udawać muzeum, choć przeszłość przypomina o sobie niemal na każdym kroku. Dawny sklep dla farmerów stał się miejscem odpowiadającym potrzebom współczesnej okolicy, nie tracąc przy tym swojego charakteru. Sprzedaje wodę w szklanych butelkach zamiast plastikowych, a wołowinę z krów karmionych trawą sprowadza z sąsiedniej Jordan Farm. Nie ma tu wysoko przetworzonych przekąsek ani słodkich napojów znanych z parkingów dla ciężarówek. Można za to kupić bukiet ciętych kwiatów za 10 dolarów i posiłek za 20.
Okoliczne gospodarstwa niemal zniknęły, a region stał się artystyczną enklawą o rolniczych korzeniach. W piątkowe wieczory zbiera się tu publiczność, by słuchać prelekcji o nasionach tradycyjnych odmian. Klientela jest różnorodna: miejscowi, weekendowi mieszkańcy znad Buzzards Bay oraz turyści.
Z czasem rola Shattucka zmalała, ponieważ Buckley przejęła więcej obowiązków. Davoll’s pozostaje otwarty sześć dni w tygodniu, nawet podczas zimowej pustki. Organizuje comiesięczny klub książki i spotkania ze znanymi autorami, wśród których znalazł się Nathaniel Philbrick. Działa tu także kółko dziewiarskie, odbywają się wieczory z muzyką irlandzką oraz Noc Burnsa, doroczne święto szkockiego poety Roberta Burnsa.
„Chciałem, żeby to miejsce sprawiało wrażenie lokalu, w którym można się włóczyć, przystanąć i z kimś pogadać” – mówi Ben. To wyraźny kontrast z dawnym Davoll’s, prowadzonym przez oszczędnych, małomównych Jankesów.
Na półkach nadal leżą praktyczne przedmioty – od kuchennego sznurka po łapki na muchy. Nie zniknęły też pojemniki ze słodyczami, chociaż jeden smakołyk kosztuje dziś od 10 do 30 centów, a nie pensa. Davoll’s znów jest centrum lokalnej społeczności. Stali bywalcy narzekają czasem, że latem ruch staje się nieznośny. Być może to najlepszy dowód sukcesu sklepu. Drugim jest długa kolejka po kawę i kanapki śniadaniowe w sobotni poranek.
Krzysztof M. Kucharski

