Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
sobota, 19 września 2026 04:16
Legalnie, ale coraz trudniej

Krótka historia dokręcania śruby programowi H-1B

W debacie o polityce imigracyjnej najwięcej uwagi przyciągają deportacje, azyl i południowa granica. Tymczasem druga administracja prezydenta Donalda Trumpa coraz mocniej ogranicza także legalne możliwości przyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Klinicznym przykładem jest H-1B – jedna z najważniejszych wiz pracowniczych dla wysoko wykwalifikowanych specjalistów.
Krótka historia dokręcania śruby programowi H-1B

Autor: Adobe Stock

W ciągu kilkunastu miesięcy program obłożono nowymi kosztami, zmieniono zasady wyboru kandydatów, zaproponowano podwyższenie wymaganych wynagrodzeń, a teraz administracja chce nawet zlikwidować 60-dniowy okres ochronny po utracie pracy. Kierunek jest wyraźny: uzyskanie i utrzymanie statusu w ramach wiz H-1B ma być droższe, trudniejsze i bardziej ryzykowne dla pracownika. Zwolennicy zmian mówią o ochronie Amerykanów przed tańszą konkurencją. Krytycy odpowiadają, że Waszyngton ogranicza właśnie ten rodzaj imigracji, który od dziesięcioleci zasila firmy technologiczne, laboratoria badawcze, uczelnie i sektor medyczny.

Czasowa, ale z perspektywą stałego pobytu

H-1B jest wizą nieimigracyjną przeznaczoną dla osób wykonujących zawody specjalistyczne, które zazwyczaj wymagają co najmniej wyższego wykształcenia albo równoważnych kwalifikacji zawodowych. Roczny limit wynosi zasadniczo 65 tys. nowych wiz, do czego dochodzi dodatkowych 20 tys. miejsc dla osób, które uzyskały tytuł magistra lub wyższy na amerykańskiej uczelni. Popyt na te wizy jest tak duży, że od lat przyznaje się je drogą losowania. Nie należy jednak ich mylić z loterią wizową DV, która jest zupełnie innym programem.

Formalnie H-1B jest wizą czasową, ale amerykańskie przepisy pozwalają jej posiadaczowi równocześnie starać się o prawo stałego pobytu. Samo posiadanie H-1B nie daje zielonej karty, lecz dla wielu cudzoziemców jest etapem prowadzącym do
sponsorowanej przez pracodawcę stałej rezydencji. W praktyce droga wygląda często podobnie: studia lub pierwsza praca w USA, następnie H-1B, a później procedura uzyskania zielonej karty.

Losowanie ze wspomaganiem

Jedna z fundamentalnych zmian polega na tym, że od naboru dotyczącego roku fiskalnego 2027, który rozpocznie się już 1 października system wyboru kandydatów w ramach rocznego limitu ma premiować stanowiska lepiej opłacane. Zgłoszenia
dotyczące najwyższego poziomu wynagrodzeń będą miały czterokrotnie większą wagę niż te należące do najniższej kategorii płacowej. Pośrednie poziomy otrzymają odpowiednio trzy- i dwukrotnie większe szanse.

W praktyce słabszą pozycję mają więc młodzi specjaliści, absolwenci amerykańskich uczelni i mniejsze firmy, które nie są w stanie konkurować wynagrodzeniami z największymi korporacjami. Departament Pracy zaproponował ponadto zmianę zasad ustalania minimalnych wynagrodzeń wymaganych przy zatrudnianiu cudzoziemców. Nowe stawki mają, według administracji, lepiej odpowiadać wynagrodzeniom otrzymywanym przez Amerykanów wykonujących porównywalną pracę. Dla części przedsiębiorstw oznaczałoby to jednak wyraźny wzrost kosztów zatrudniania pracowników na podstawie H-1B.

Sto tysięcy dolarów i porażka w sądzie

Najbardziej spektakularnym posunięciem administracji była decyzja z września 2025 r., która wprowadzała opłatę w wysokości 100 tys. dolarów przy określonych nowych wnioskach H-1B dotyczących osób znajdujących się poza Stanami Zjednoczonymi. Warunek wprowadzono w drodze prezydenckiego rozporządzenia. W czerwcu 2026 r. federalny sąd w Massachusetts uchylił działania administracji wdrażające tę opłatę, uznając, że przekroczyły one ustawowe kompetencje władzy wykonawczej i naruszały zasady postępowania administracyjnego. Rząd złożył apelację, ale 24 lipca federalny sąd apelacyjny dla Pierwszego Okręgu odmówił zawieszenia wyroku na czas jej rozpatrywania. Sam spór prawny nie został jeszcze ostatecznie zakończony. Administracja nie zrezygnowała jednak z celu. Zmieniła metodę.

Drugie podejście: 103 265 dolarów

25 sierpnia Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) zaproponował nową opłatę: 103 265 dolarów za każdy nowy wniosek o H-1B. Miałaby być pobierana niezależnie od pozostałych należności i – w przeciwieństwie do rozwiązania z 2025 r. – zostać wprowadzona w zwykłej procedurze stanowienia przepisów. DHS szacuje, że przy 85 tys. wniosków rocznie rozwiązanie mogłoby przynosić około 8,8 mld dolarów. Nowa propozycja ma przy tym znacznie szerszy zakres niż wcześniejsze rozwiązanie. Opłata miałaby dotyczyć petycji H-1B objętych rocznym limitem, czyli zasadniczo nowych przypadków przyznania statusu w ramach puli 65 tys. miejsc oraz dodatkowych 20 tys. dla absolwentów amerykańskich uczelni z tytułem magistra lub wyższym. Oznacza to, że mogłaby objąć również osoby już przebywające w Stanach
Zjednoczonych, na przykład zagranicznych absolwentów przechodzących ze statusu studenckiego na H-1B. Nie dotyczyłaby natomiast automatycznie każdego przedłużenia H-1B ani każdej zmiany pracodawcy. To dobry przykład strategii administracji: gdy jedno rozwiązanie zostaje zakwestionowane przez sąd, pojawia się kolejne, oparte na innej podstawie prawnej i wprowadzane inną procedurą.

Bez oddechu po utracie pracy

Najnowsze propozycje idą jeszcze dalej. 11 września DHS opublikował projekt likwidacji 60-dniowego okresu ochronnego dla osób, które tracą pracę będącą podstawą ich legalnego pobytu. Zmiana dotyczy nie tylko H-1B, ale również m.in. wiz L-1, O-1, E-1, E-2, E-3 i TN. Od 2017 r. pracownik posiadający H-1B, który został zwolniony, ma do 60 dni – albo do końca ważności swojego statusu, jeżeli następuje on wcześniej – aby znaleźć nowego pracodawcę gotowego przejąć sponsorowanie, zmienić podstawę pobytu albo przygotować się do wyjazdu. Po zniesieniu tej ochrony utrata pracy oznaczałaby co do zasady utratę podstawy legalnego statusu od następnego dnia. Nie oznaczałoby to automatycznej deportacji w ciągu 24 godzin, ale osoba, która nie uzyskałaby szybko innej podstawy pobytu, mogłaby znaleźć się w sytuacji prowadzącej do wszczęcia postępowania deportacyjnego.
Zmiana byłaby szczególnie dotkliwa w sektorze technologicznym, gdzie zwolnienia grupowe stały się w ostatnich latach częste. Uderzałaby też w całe rodziny, ponieważ status małżonka i dzieci jest często związany ze statusem głównego posiadacza wizy. 

Nie tylko Hindusi i Chińczycy

H-1B bywa przedstawiana jako program niemal wyłącznie dla specjalistów z Indii i Chin. Rzeczywiście to oni zdecydowanie dominują. Według USCIS w roku fiskalnym 2024 osoby urodzone w Indiach stanowiły około 71 proc. osób objętych zatwierdzonymi wnioskami H-1B, a osoby urodzone w Chinach około 12 proc. Pozostaje jednak kilkanaście procent pracowników pochodzących z innych części świata: Europy, Kanady, Korei Południowej, Filipin i wielu innych państw. Z programu korzystają również Polacy.
Nie ma prostej oficjalnej statystyki pokazującej, ilu obywateli Polski po okresie pracy na H-1B uzyskało później zieloną kartę. Wiadomo jednak, że taka droga jest przewidziana przez prawo i od lat powszechnie wykorzystywana przez wysoko wykwalifikowanych  cudzoziemców. Także dla części polskich informatyków, inżynierów, naukowców czy lekarzy H-1B była etapem prowadzącym do stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Oficjalne statystyki nie pokazują, ilu Polakom udało się otrzymać zieloną kartę po pobycie w USA na podstawie wiz H-1B na, ale skala imigracji pracowniczej jest znacząca: w latach fiskalnych 2022–2024 Polakom przyznano ponad 2,5 tys. zielonych kart w kategoriach pracowniczych. Znaczna część takich przypadków przypada na EB-2 i EB-3 – kategorie, z których często korzystają pracownicy wcześniej zatrudnieni w USA na H-1B.

Talent kosztuje, ale jego brak również

Spór o H-1B nie jest czarno-biały. Krytycy programu od lat zwracają uwagę na przypadki zaniżania wynagrodzeń, wykorzystywania pracowników zależnych od sponsora czy zastępowania Amerykanów cudzoziemcami. Szczególne kontrowersje budziły firmy pośredniczące w zatrudnianiu dużej liczby specjalistów informatycznych dla innych przedsiębiorstw.
Badania nie dają całkowicie jednolitego obrazu skutków programu. Istnieją jednak mocne dowody wskazujące na korzyści gospodarcze płynące z napływu wysoko wykwalifikowanych pracowników. Badanie wykorzystujące dane Census Bureau wykazało, że firmy, które dzięki losowaniu uzyskały możliwość zatrudnienia pracownika H-1B, rozwijały się szybciej, osiągały większe przychody i częściej utrzymywały się na rynku, nie powodując przy tym ogólnego wypierania z pracy Amerykanów z wyższym wykształceniem. Inne analizy wiążą większą obecność specjalistów H-1B ze wzrostem zatrudnienia w nauce i 
technice, wydajności pracy oraz liczby zgłaszanych patentów. Znaczenie programu wykracza więc daleko poza interes samych cudzoziemców. Amerykańskie przedsiębiorstwa technologiczne od lat korzystają z globalnego rynku specjalistów, a część najważniejszych firm powstała lub rozwinęła się dzięki imigrantom i ich dzieciom.

Gdzie powstaną kolejne laboratoria

Administracja może osiągnąć swój bezpośredni cel: zmniejszyć liczbę zagranicznych specjalistów przyjeżdżających do USA. Nie oznacza to jednak automatycznie, że każde zwolnione miejsce zajmie Amerykanin. W gospodarce opartej na wiedzy firma może podjąć inną decyzję. Zamiast sprowadzić inżyniera do Kalifornii czy Teksasu, może zatrudnić go w Kanadzie, Polsce, Indiach albo Wielkiej Brytanii. Może też przenieść za granicę część zespołu badawczego albo rozwoju oprogramowania. Dlatego spór o H-1B dotyczy czegoś więcej niż liczby wiz. Dotyczy odpowiedzi na pytanie, gdzie w przyszłości będą powstawały nowe technologie, laboratoria i wysoko płatne miejsca pracy. Biały Dom chce ograniczyć konkurencję zagranicznych pracowników na amerykańskim rynku. Problem w tym, że w gospodarce XXI wieku razem z pracownikiem może wyjechać również jego miejsce pracy, kapitał i pomysł, który mógłby rozwinąć się w Stanach Zjednoczonych.

Jolanta Telega
[email protected]

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama