Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 29 października 2026 06:00

Cztery stulecia pamięci. Od Halloween do Zaduszek

Pod koniec października sama przyroda podsuwa nam temat. Jeszcze kilka tygodni temu drzewa były zielone, potem przyszła eksplozja jesiennych kolorów, a teraz liście leżą pod nogami, dzień gwałtownie się skraca i nawet pogodny wieczór niesie już zapowiedź zimy. W naszej części świata właśnie wtedy przypadają Halloween, Wszystkich Świętych i Zaduszki.
Cztery stulecia pamięci. Od Halloween do Zaduszek

Autor: Ewa Malcher/Adobe Stock

To nie przypadkowe sąsiedztwo dat. Celebrowane obyczaje pasują do pory roku, podczas której natura tak wyraźnie przypomina o przemijaniu.

Halloween odpowiada na ten niepokój maską, kostiumem i żartem. Wszystkich Świętych i Zaduszki – światłem znicza, wizytą na cmentarzu, wspomnieniem, a dla wierzących także modlitwą. Meksykański Día de Muertos wybiera kolor, muzykę i symboliczną obecność przodków. Dawne słowiańskie dziady próbowały na chwilę przywrócić więź między żywymi a umarłymi poprzez ogień, jedzenie i wspólne obrzędy. Różne tradycje, ale pytanie w gruncie rzeczy to samo: co zrobić ze świadomością, że jesteśmy tutaj tylko przez chwilę?

Współczesne Halloween wyrosło z kilku nakładających się na siebie tradycji – między innymi z celtyckiego Samhain, związanego z końcem zbiorów i początkiem ciemniejszej części roku, oraz z chrześcijańskiej wigilii Wszystkich Świętych. W Ameryce swoje dołożyli irlandzcy i szkoccy imigranci, a później kultura masowa ukształtowała święto, które znamy dzisiaj.

Chrześcijańska tradycja poszła inną drogą. Wspólne wspomnienie świętych pojawiło się już w pierwszych wiekach Kościoła, a 1 listopada jako data uroczystości upowszechnił się na Zachodzie we wczesnym średniowieczu. Z kolei wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, obchodzone 2 listopada, zaczęło rozpowszechniać się pod koniec X wieku.

Nie są to więc święta tożsame. Wszystkich Świętych w sensie religijnym jest uroczystością radosną – przypomina o tych, którzy osiągnęli zbawienie. Zaduszki kierują myśli ku zmarłym i modlitwie za nich. Halloween ze śmiercią igra, czasem ją parodiuje. A jednak na głębszym poziomie wszystkie te obyczaje pomagają człowiekowi zmierzyć się z tym samym doświadczeniem: przemijaniem i nieuchronnością śmierci.

Jedni zapalają znicz. Inni przebierają się za szkielet. Jeszcze inni stawiają na grobie kwiaty albo wyciągają z szuflady stare fotografie. Gesty są różne, ale potrzeba pozostaje podobna: zaznaczyć, że ktoś, kto odszedł, nadal zajmuje miejsce w naszej pamięci.

Przeciętne ludzkie życie mieści się dziś, w zależności od kraju, płci, genów, stylu życia i wielu innych okoliczności, mniej więcej w przedziale 75–85 lat. Statystyka wyznacza pewną skalę. Nie mówi jednak wszystkiego.

Bo człowiek funkcjonuje także w innym wymiarze – pamięci. I wystarczy spojrzeć na własną rodzinę, aby przekonać się, jak bardzo potrafi ona wydłużyć naszą perspektywę.

Mój dziadek, którego miałem okazję poznać, urodził się jeszcze pod koniec XIX wieku. Przyszedł na świat jako poddany rosyjskiego cara, w rzeczywistości politycznej tak odległej, że dzisiaj wydaje się niemal podręcznikową historią. A dla mnie nie był postacią z książki. Był po prostu dziadkiem.

Po drugiej stronie tej rodzinnej osi czasu są moje wnuki, urodzone w trzeciej dekadzie XXI wieku. Jeśli dopisze im zdrowie i szczęście, mogą zobaczyć początek XXII stulecia.

I nagle okazuje się, że perspektywa jednego człowieka może sięgać znacznie dalej niż jego własna metryka. Przez osobiste wspomnienie dotykam człowieka urodzonego w XIX wieku. Przez wnuki mogę wybiec myślą ku XXII. W tym zbiorze mieszczą się cztery stulecia: XIX, XX, XXI i XXII.

Wielu czytelników, w tym niżej podpisany, przeżyło też zmianę tysiąclecia – moment, który sam w sobie skłaniał do patrzenia na czas w szerszej skali. Pamiętam świat sprzed internetu i telefonów komórkowych, a moje wnuki być może będą żyły w rzeczywistości, której dzisiaj nie potrafimy sobie wyobrazić.

Biologicznie dostajemy kilkadziesiąt lat. Pamięć pozwala rozciągnąć tę perspektywę na stulecia.

Może właśnie dlatego pamięć o zmarłych jest tak ważna także dla tych, którzy nie wierzą w życie po śmierci. Religia daje odpowiedź transcendentną: śmierć nie jest końcem, lecz przejściem. Chrześcijańskie Zaduszki mają sens dlatego, że więź między żywymi i zmarłymi nie zostaje uznana za ostatecznie zerwaną.

Obok tego istnieje jednak także bardziej ziemski rodzaj trwania. Zostają dzieci i wnuki. Geny. Zdjęcia. Listy. Przedmioty, których nie potrafimy wyrzucić, choć same w sobie nie przedstawiają większej wartości. Powiedzenia odziedziczone po rodzicach. Przepisy po babci. Rodzinne historie powtarzane tak długo, że kolejne pokolenie nie zawsze już pamięta, kto opowiedział je pierwszy.

Zostaje również to, czego nie da się zamknąć w pudełku ani albumie: sposób patrzenia na świat, gesty, przyzwyczajenia, poczucie humoru, hierarchia wartości. Czasem łapiemy się na tym, że powtarzamy zdanie ojca albo wykonujemy jakiś gest jak matka. I nagle ktoś, kogo od dawna nie ma, na kilka sekund wraca do naszego codziennego życia.

Może dlatego człowiek od tysięcy lat tak uparcie buduje groby, zapisuje imiona i opowiada historie swoich przodków. Chce pozostawić ślad, ale równie mocno potrzebuje śladów tych, którzy byli przed nim.

Jest w polskim listopadzie obraz, który trudno zastąpić filozoficznym wywodem: wieczorny cmentarz rozświetlony tysiącami zniczy. Każde z tych świateł mówi o konkretnej osobie, choć często nie znamy już jej twarzy ani historii.

Dla emigranta ten obraz nabiera jeszcze innego znaczenia. W jednym z wcześniejszych komentarzy na Zaduszki pisałem o doświadczeniu człowieka, który przychodzi na amerykański cmentarz, choć nie ma tam grobów własnej rodziny. To szczególny rodzaj wykorzenienia: bliscy pozostają po drugiej stronie oceanu, a razem z nimi miejsce, do którego można przyjść 1 listopada.

Ale przecież pamięć nie potrzebuje konkretnego adresu. Można zapalić świecę tysiące kilometrów od rodzinnego grobu. Można wspomnieć człowieka, którego nie ma od dziesięcioleci. Można opowiedzieć wnukowi historię pradziadka i w ten sposób, choćby na chwilę, połączyć ludzi, których dzieli półtora wieku.

Halloween ze swoimi duchami, Zaduszki ze zniczami, meksykańskie kolorowe czaszki i dawne słowiańskie ogniska różnią się niemal wszystkim. Łączy je jednak bardzo ludzki sprzeciw wobec myśli, że śmierć oznacza po prostu zniknięcie.

Dlatego te dni tak dobrze wpisują się w czas opadających liści. Przyroda przypomina nam wtedy, bez szczególnej subtelności, że wszystko przemija. My odpowiadamy po swojemu – światłem, wspomnieniem, modlitwą, czasem nawet żartem.

Nie zatrzymamy czasu. Nie zatrzymamy tych, którzy odchodzą. Sami również kiedyś znajdziemy się po drugiej stronie rodzinnej pamięci – w fotografiach, opowieściach, gestach i zdaniach powtarzanych przez tych, którzy przyjdą po nas.

I może właśnie na tym polega sens tych kilku jesiennych dni. Przypominają, że przez całe życie znajdujemy się pomiędzy: między tymi, którzy byli przed nami, a tymi, którzy dopiero nadejdą; między pamięcią a zapomnieniem; między tym, czego można dotknąć i co można zachować, a tym, czego nie da się już sprawdzić ani zmierzyć.

Dla wierzących po jednej stronie tego „pomiędzy” jest życie doczesne, po drugiej – wieczność. Dla innych granica przebiega między życiem a pamięcią pozostawioną w ludziach.

Ale wspólne jest właśnie to „pomiędzy”. Bo kiedy zapalamy listopadowy znicz, stoimy przez chwilę dokładnie tam: pomiędzy przeszłością a przyszłością, obecnością a nieobecnością, pamięcią o tych, którzy odeszli, i świadomością, że kiedyś to inni będą pamiętać o nas.

I chyba właśnie dlatego światło na grobie nie służy temu, by zatrzymać przemijanie. Ma jedynie sprawić, żeby między odejściem a zapomnieniem zostało jeszcze miejsce dla pamięci.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama