Dale wiedział jak zapewnić bezpieczeństwo Wirginii i nie przebierał w środkach. Po odpłynięciu Smitha zorganizował spisek, w wyniku którego uwięził Pocahontas. Przetrzymywał ją w forcie, jako zakładniczkę. Ojciec dziewczyny, wódz Powhatan wiedział, że najmniejszy przejaw agresji tubylców wobec białych może skończyć się śmiercią jego najukochańszej córki. Kilka tygodni później pastor Whitaker rozpoczął jej nawracanie. Ani się obejrzała, a już została ochrzczona... Nadano jej imię Rebeka.
Minęło kilka kolejnych tygodni, gdy młodą księżniczką zainteresował się sir John Rolfe, sekretarz rady kolonii. Wkrótce pastor Whitaker pobłogosławił młodą parę. Na ślubie i weselu, które wyprawił nowożeńcom gubernator Dale obecni byli Powhatan i jego świta, ale uroczystość bardziej przypomniała pogrzeb, niż wesele. Taka też była mina panny młodej, która wychowana w duchu posłuszeństwa dla mężczyzn, w skrytości serca wciąż tęskniła za Johnem Smithem, któremu onegdaj uratowała życie...
Dale postanowił, że młodzi popłyną do Anglii, gdzie indiańska księżniczka, już jako chrześcijanka i żona angielskiego arystokraty zostanie przedstawiona królowi Jakubowi I, a następnie wrócą do Wirginii... Tymczasem, w oczekiwaniu na okręt zamieszkali w forcie, w specjalnym domu, przygotowanym rzez Sadowskiego i jego pomocników, których dobrał sobie spośród nowych Polaków i cieśli szkockich.
Bogdan z torbą i fuzją na ramieniu przedzierał się przez gęsty las. Szedł na spotkanie z Amonuje. Co pewien czas spotykali się. Bogdan nosił jej paciorki, ozdoby i naczynia. Prezenty przyjmowała z nieśmiałością. Początkowo nic nie chciała od niego wziąć, ale potem przyjmowała drobnostki, jako amulety. Jakby chciała dzięki nim zatrzymać przy sobie cząstkę jego obecności. Spotkania nie trwały zbyt długo. Dziewczyna nie chciała, by w obozie ktoś zauważył jej przedłużającą się nieobecność. Jan zaś często wędrował kilka godzin, by choć na pół godziny zobaczyć ukochaną... Mieli swoje ulubione miejsca. Często siadywali pod starym dębem. W chłodniejsze dni rozpalali mały ogień. Nie mówili wiele, choć Amonuje całkiem sprawnie używała angielskiego, a Jan poznał sporo słów z narzecza indiańskiego. Wszystko co najważniejsze już sobie powiedzieli. I oboje mieli poczucie, że wciąż dzieli ich zbyt wiele, by mogli być razem. Choć ona pozbyła się obawy przed białymi, a on miał już większy dystans do indiańskich czarów i uroków, zdawali sobie sprawę, że Korach nie zgodzi się, by wyszła za białego, a on nie będzie mógł odejść z kolonii, by zacząć żyć wśród tubylców. Nie był pewny, czy potrafiłby. Nie mógłby się obejść bez wielu przedmiotów codziennego użytku. Nie wiedział też, jakby przyjęli go miejscowi, czy podołałby trudom życia w ich obozie, nie znając zwyczajów, sposobów polowania, zdobywania pożywienia, wojowania... Ale nawet gdyby się zdecydował na takie rozwiązanie, nie mogło to być od razu. Miał zobowiązania wobec rady kolonii i gdyby się z nich nie wywiązał, odpowiedzialność zbiorowa mogłaby dosięgnąć jego przyjaciół. Nie chciał, by przez niego mieli kłopoty...
Gdy siedzieli pod swoim dębem, grzejąc się przy małym ogniu Jan wyjął z torby podarki. Sznur paciorków z kolorowego szkła, miskę i kubek a także kamizelę z falbaną. Amonuje uśmiechnęły się oczy na jej widok, ale po chwili odsunęła ją od siebie.
- Nie mogę... Paspahegh... znów będzie mnie prześladował...
- Wrócił?
- Tak, kilka dni temu... Przyniósł wiele gliny na święte fajki i tym wkupił się na powrót w łaski starszyzny...
- Znów jest wodzem?
- Taka decyzja jeszcze nie zapadła, ale jest możliwa... Jeśli staniemy w obliczu wojny, on może przejąć pióro wodza wojny... Więc jeśli wezmę tę kamizelę... zaraz zacznie podejrzewać, że się z tobą spotykam. I zacznie mnie śledzić...
Obejrzała ubranie raz jeszcze.
- Jest piękna, ale nie mogę jej wziąć...
- Zostaniesz ze mną?
Dziewczyna spojrzała na niego gorejącymi oczami, ale zaraz odwróciła oczy...
- Jak sobie to wyobrażasz?
- Na razie zamieszkamy przy hucie, będziemy mieli swoją izbę... A za trzy lata dostaniemy ziemię... Zbudujemy osobny dom... Będziemy uprawiać kukurydzę i zboże... Wyjdziesz za mnie, urodzą nam się dzieci...
- Ty wciąż wszystko po swojemu... Tyle razy ci mówiłam, że to nie takie proste... Moi nie chcą, bym poślubiła białego... A Paspahegh wciąż czeka na moje przyzwolenie... Wiem, że i... mój... ojciec... Korach jest przychylny temu związkowi...
Nie zwrócił uwagi na jej zawahanie w głosie. Amonuje nie wspomniała Janowi o swoim pochodzeniu. Zresztą sama nie wiedziała o nim nic pewnego. Bogdan popatrzył jej w oczy.
- Ale chyba najważniejsze jest to, czego ty chcesz...
- Chcę być z człowiekiem, którego kocham...
Bogdan westchnął, ona położyła mu rękę na ramieniu.
- Jeśli wybiorę ciebie, wyrzeknie się mnie moja społeczność, moi przyjaciele, przestanę dla nich istnieć, bo potraktują to jak zdradę... A Paspahegh nie spocznie, dopóki ciebie nie zabije, a mnie nie ukarze...
- Musisz coś postanowić, wybrać któregoś z nas...
- Moje serce już wybrało... Wiesz o tym, Janie... Teraz tylko czekam na odpowiednią chwilę...
- Po co czekać? Dobry moment może być dzisiaj, jutro...
- Ty znów swoje... Nie chcę uciekać, opuszczać domu, jako córa przeklęta... Chciałabym, aby zrozumieli moją decyzję, mój wybór...
- Zatem... Rób tak, abyś nie miała sobie nic do zarzucenia...
Wiedział, że niewiele może wskórać w tej sprawie, ale czuł, że musi coś zrobić i to szybko, bo inaczej straci Amonuje, jej miłość wymknie mu się z rąk...
Nie zauważył, że w chwili gdy tulił ją przy pożegnaniu, między drzewami zobaczyły ich czyjeś ciekawskie oczy...
*
Wieczorem, gdy wrócił do huty, zapukał do izby Stefańskich. Bertie właśnie szyła kolejną kamizelę, a Zbyszko malował szklane naczynia w ozdobne wzory... Nie kluczył długo, między przyjaciółmi nie było to potrzebne. Powiedział, że znów widział się z Amonuje i że chciałby wobec niej postąpić rzetelnie, w zgodzie ze swoim sercem, a zatem... ni mniej ni więcej, tylko się z nią ożenić...
- Ale jak? - zagadnął rzeczowo Stefański.
- Normalnie, niech pastor pobłogosławi...
- Ale przecież ona nie jest chrześcijanką... To dla niej nie będzie ważne...
Bogdan zasępił się...
- A Rolfe i Pocahontas?
- Nie czujesz różnicy?
- Niby jakiej?
- Na tym małżeństwie zależało Dale'owi... Bo było gwarancją dla dalszego bytu Wirginii i kompanii londyńskiej... I jeszcze jeden szczegół... Bez urazy, Janie... Ale ich związek był uzasadniony nie tylko względami politycznymi, ale i... towarzyskimi... Oboje są przecież krwi szlacheckiej, a u ciebie...
- Amonuje jest córką najwyższego kapłana, ale i ja mam przecież herb...
- Którego tutaj nikt jednak nie uznaje... Nie jesteś nawet równy między kolonistami... Tylko, jak my tu wszyscy, robotnikiem najemnym, który może tylko pracować, pracować... Byle nie upominał się o swoje prawa...
Bogdan zerwał się z ławy i wyglądało nawet na to, że będzie chciał się rzucić Zbyszkowi do gardła, ale wnet się pohamował. Przysiadł z powrotem na ławie i bąknął tylko głucho:
- Masz rację...
- Nie unoś się Janie, boć wiesz przecież, że nikt tak życzliwie szczęścia ci nie życzy, jako my tu wszyscy... Ale i prawdzie trzeba spojrzeć w oczy...
- To nie masz dla mnie ratunku?
- Tego nie powiedziałem... Ale powinieneś zastanowić się, jaki los chcesz jej zgotować? Gdzie zamieszkacie? Jak będą ją traktować inni osadnicy? Pomyślałeś o tym?
- Moglibyśmy zamieszać tu, w hucie, jak i wy...
- Moglibyście, pewnie... Ale Bertie jest biała... Zastanawiałeś się, jak Anglicy traktowaliby na co dzień Indiankę? Poza tym, Amonuje musi mieć zezwolenie ojca lub kogoś znacznego ze swojego plemienia. Inaczej... mielibyśmy tu najazd tubylców i ciągłe swary...
Jan pokiwał tylko głową... Był zrezygnowany. Podniósł się i wyszedł bez słowa. Bertie popatrzyła za nim smutnym wzrokiem. Współczuła mu. Sama była zakochana i chciała, by tego szczęścia mógł dostąpić każdy, a już szczególnie ten wesoły zazwyczaj, przystojny i dobry mężczyzna, przyjaciel jej męża. Tak beznadziejnie zakochany...
*
Korach siedział przy ognisku z Paspaheghiem. Przyglądał się fajce, którą ten mu podarował. Miała cybuch w kształcie głowy orła, ustnik był bogato ornamentowany. Korach zważył w dłoni fajkę. Miała swoją wartość, nie tylko dlatego, że była piękna. Wykonano ją ze świętej gliny, która znajdowała się o dwa miesiące drogi od ich siedzib. Człowiek, który szedł po glinę wyruszał w pielgrzymkę bez broni, jedynie z nożem, który miał służyć do zdobywania pożywienia i urządzania noclegu. Pielgrzymka po glinę była modlitwą, a człowiek który się udawał w podróż nie podlegał zwyczajnym prawom. Bez względu na to, czy wędrował przez tereny łowieckie przyjaciół czy wrogów, od wszystkich mógł żądać niezbędnej pomocy. Z reguły ją otrzymywał, gdyż nikt nie śmiałby jej odmówić, bojąc się, że sprowadzi na siebie i swoich bliskich zemstę duchów. Na czas wędrówki pielgrzym stawał się świętym człowiekiem, chronionym przez duchy opiekuńcze. Obowiązywały go posty i codzienne modlitwy. Dawne zatargi, czy przewiny musiały być mu na ten czas zapomniane. Można ich było dochodzić ponownie dopiero, gdy dostarczył świętą glinę do swojego plemienia. Wtedy znów stawał się wojownikiem, mógł dotykać broni... Mógł stanąć do walki.
Indianin, który odbył wędrówkę po świętą glinę zyskiwał na znaczeniu. Dla Paspahegha, po nieudanym porwaniu Smitha był to jedyny sposób odzyskania dawnego znaczenia, a może nawet sławy. W tej sprawie właśnie zaszedł do Koracha, który o tym w ich plemieniu wyrokował... Korach, jako naczelny heyoka był wyrocznią w rozstrzyganiu sporów, sprawował więc rolę strażnika prawa i jego interpretatora. Od niego zależało, czy delikwent uzyska wstawiennictwo u duchów, czy przewiny mogą być mu wybaczone i kiedy...
- Czy Korachowi podoba się święta fajka? - zagadnął Paspahegh.
Korach nie odpowiedział od razu. Wiedział jaką intencję zawiera pytanie. Nie, nie mógł zbyt szybko odpuścić występku wojownikowi, który tak bardzo naraził ich plemię na hańbę. Poza tym... Paspahegh w przyszłości mógł być jednym z najważniejszych kandydatów do objęcia przewodnictwa nad ich narodem. To mogła być więc znakomita okazja, by nauczyć młodego wojownika pokory, tak niezbędnej do rządzenia wielkim ludem. To doświadczenie mogło mu się jeszcze kiedyś przydać, być może w ważnej chwili, gdy będą decydować się losy ich plemienia...
- Fajka jest godna palenia świętego dymu przy najważniejszych okazjach - odparł Korach.
Paspahegh uśmiechnął się dumnie. Ale gdy spojrzał w twarz heyoki ten uśmiech zastygł mu na twarzy. W oczach szamana nie dostrzegł dobrotliwej akceptacji.
Milczenie przedłużało się. Paspahegh ponownie spojrzał na Koracha. Zobaczył, że ma przymknięte powieki. To był znak, że uważał ich rozmowę za zakończoną. Paspahegh dźwignął się Może nazbyt głośno, ale Korach nie otworzył oczu. Paspahegh odszedł. Wtedy dopiero heyoka otworzył oczy i uśmiechnął się. Zobaczył małego chłopca, który stał w pobliżu i nabożnie mu się przyglądał.
- Zbliż się... - rzekł z uśmiechem.
Malec postąpił dwa kroki, ale nic nie mówił... Jakby bał się odezwać. Może porażała go postać Koracha i moc, o której opowiadali ludzie z obozu i okolicznych wiosek.
- Chciałeś o coś zapytać?
Chłopiec pokręcił głową.
- Może chcesz mi coś powiedzieć?
Malec wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, wreszcie powiedział cicho...
- Amonuje... Widziałem ją w lesie...
- I cóż z tego?
- Była z białym człowiekiem...
Z twarzy Koracha zniknął dobrotliwy uśmiech.
- Z białym?
- Tak, z tym, który zastrzelił innego białego...
- Wiem...
Mały odwrócił się na pięcie i zniknął między hoganami.
CDN
Andrzej Dudziński
Jamestown - Nowa Polska XIX
- 07/18/2008 04:14 PM
Reklama








