Tymczasem sir Thomas Dale został wezwany do Londynu, a nowym gubernatorem został sir Samuel Argall. Wciąż pałał nienawiścią do Polaków, nie mogąc im zapomnieć, że popierali kapitana Smitha. To Argall próbował dwa razy skazać go na śmierć i choć dwa razy ułaskawił go admirał Newport, Polaków postrzegał jako popleczników Smitha i jego wiernych przyjaciół... Argall nie ukrywał, że ma to im za złe... Jego zastępcą, mianowanym w Londynie, już na stałe, został... kapitan Ratcliffe...
Wkrótce po przybyciu do Jamestown Argall ogłosił specjalny dekret, na mocy którego uwłaszczeni zostali wszyscy, którzy nie byli najemnymi robotnikami. Większość Polaków została wprawdzie zwolniona z obowiązku prac rolnych, ale żadnemu nie przyznano nawet jednej stopy kwadratowej ziemi... Sir Ratcliffe zacierał z uciechy ręce... Kilku Polaków, już tych z późniejszego naboru, postanowiło uciekać...
Bartłomiej z Mateuszem czekali na Bogdana, gdy ten wracał z wyrębiska. Zauważył ich już z daleka, dwie charakterystyczne barczyste sylwetki. Od początku trzymali się razem. Pochodzili z tej samej osady pod Oliwą. Nie zdziwił się więc, gdy obaj podeszli.
- A wy co?
- Pogadać chcielim...
- To mówcie...
Bartłomiej, jako bardziej śmiały postąpił do przodu i zdjął kapelusz...
- Bo to... wiecie... Anglicy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań, więc i my możem czuć się zwolnieni...
- Co zamierzacie?
Bartłomiej zmagał się ze słowami, które jakoś nie mogły przejść przez gardło. Wreszcie wydukał:
- Odchodzimy... Nie będziem już dłużej czekać... Bo gołym okiem widać, że Angielczyki nie mają zamiaru dotrzymać obietnic. Wyznaczą nowy termin, za rok, dwa, pięć... a po upływie tego czasu znów coś wymyślą...
- Gdzie chcecie uciekać?
- My z Mateuszem... - Zza pleców Bartłomieja wyszedł wysoki barczysty mężczyzna z czarnym zarostem. On także zdjął czapkę, ale nic nie powiedział. - Pójdziem razem... Na południe... Tam, gdzie Zbyszko chciał zakładać Nową Polskę... Bo widzi mi się, że znów to musi być odłożone... Nadal nie mamy ziemi, nie jesteśmy „równymi”... Więc nikt by tego nie uznał...
Bogdan chcąc nie chcąc musiał przyznać im rację.
- Do tego to się sprowadza... Ja też nad tym boleję... Ale chyba nie przyszedłeś po pozwoleństwo na odejście... Ja go i tak wydać nie mogę... Nie musisz mnie o nic prosić...
Bartłomiej pokiwał głową.
- Wiem, ale... potrzebujemy was, Janie...
- Do czego?
- Aby opóźnić pogoń...
- Co mam zrobić?
- Zapowiedz, że wysyłasz nas na północ, na przykład dla znalezienia nowych lasów pod wyręb... Tu została już tylko sosna, my zaś potrzebujem buków, brzozy i dębów...
- Może to i pomysł...
Bartłomiej przyciszył głos...
- My pójdziem na południe, tak jak mówiliśmy... Znajdziemy jakieś miejsce, zdatne do osadnictwa. Zadomowimy się, spróbujemy urządzić... Po prostu przygotujemy dla was grunt...
Bogdan zasępił się...
- Nie chcę, abyście odchodzili, bo to nas osłabi tu, na miejscu... Ale nie mam prawa zabraniać...
Wreszcie odezwał się Mateusz...
- Weźmiemy łódź... Odpłyniemy na południe, nie mniej niż dziesięć dni żeglugi... Ta odległość powinna dać nam bezpieczeństwo...
- No to... Z Bogiem...
Wszyscy trzej przeżegnali się pobożnie.
*
Stefański odłożył pióro i westchnął... Pociągnął łyk wina...
- Nie dała... Sprowadzono ich pod strażą dwa tygodnie później... I rozstrzelano... Było nas o dwóch mniej... Dwóch szczerych Polaków, tęgich dzielnych chłopów, którzy nie bali się postawić życia w hazard, dla poprawy losu... Ich przykład wzmocnił nas... Mimo tego odstraszającego przykładu, jesienią 1617 roku zaczęły się mnożyć tajemnicze ucieczki. Zniknął Henry Garncarz. Zabrał krowę z pastwiska i ruszył do indiańskich osad. Po nim uciekli z bronią w ręku i zapasem amunicji dwaj następni... Też do Indian. Zbiegów było więcej, także wśród innych nacji, bowiem później słyszano o ludziach, którzy żyli w indiańskich wsiach i poznali język czerwonoskórych. Byli skazywani zaocznie na kary śmierci. W razie odnalezienia lub powrotu do Jamestown, groził im stryczek... Gubernator Argall nie szukał uciechy w zadawaniu innym katuszy. Po prostu ich wieszał w głównej bramie fortu. Rolę mistrza ceremonii, czyli kata z upodobaniem sprawował sir Ratcliffe.
*
Bogdan regularnie spotykał się z Amonuje. Czas mijał, dziewczyna wyrosła na piękną, dorodną kobietę, ale w jej obozie nikt nie zmuszał jej do zamążpójścia. Była uczennicą kobiet heyoka i było jasne, że w przyszłości ma szansę stać się duchową przywódczynią kobiet całego plemienia. Takie kobiety nie miały obowiązku zakładania rodzin, rodzenia dzieci... Uważano nawet, że posiadanie własnej rodziny sprawiałoby pewien kłopot, przeszkadzałoby w prawidłowym pełnieniu funkcji. Kobieta heyoka miała jednak prawo wyboru niewolników spośród jeńców wojennych... W rzeczywistości mężczyźni ci pełnili rolę mężów tych kobiet, choć w świetle prawa i tradycji nimi nie byli. Heyoka wybierały sobie jednak wybitnych mężów, którzy pełnili ważne funkcje w swoich szczepach, często byli szamanami, uczniami szamanów, albo niższymi wodzami...
Jej ojciec Korach wiedział, że jest niechętna Paspaheghowi, który po konfrontacji z jeleniem nie odzyskał już pełnej sprawności i to sprawiło, że często bywał przygnębiony. O ile nadal był świetnym wojownikiem i znakomitym łucznikiem, o tyle niedoleczona noga sprawiła, że nie mógł, jak dawniej, bez zmęczenia pokonywać dłuższych odległości, co miało ogromne znaczenie w wyprawach wojennych. Nie odzyskał już miana wodza wojny, choć zyskał miejsce przy ognisku rady plemiennej, ale to nie dawało mu satysfakcji. Uważał, że to pomniejsza jego znaczenie w oczach Amonuje. Jak dawniej, popatrywał tęsknie w jej kierunku i nie chciał wiązać z żadną inną kobietą, choć niejedna byłaby rada mieć go za męża. On jednak kochał tylko Amonuje. Chciał ją mieć dla siebie. Ona jednak traktowała go zimno i dawała mu odczuć ten chłód przy każdej okazji. Na razie był spokojny, ale wiedział, że będzie musiał stanąć do potyczki z Bogdanem, bo mimo choroby, Korach nie zdjął niego tego obowiązku. Każdego dnia przeżywał ten pojedynek w myślach, przygotowywał się do niego nie tylko duchowo. Wciąż doskonalił techniki walki, ćwicząc zapasy i walkę wręcz z innymi wojownikami. Na razie był spokojny. Na razie, póki nikt nie wyciągnął ręki po Amonuje...
Dziewczyna nauczyła się w niezauważony sposób wymykać się spod kontroli ojca i swoich nauczycielek. Paspahegh, nawet gdyby chciał, nie był w stanie jej kontrolować. Spotkania z Bogdanem nie były częste, ale dla obojga te dni przemieniały się w święta. Nie widzieli poza sobą świata i żadne nie chciało żyć bez drugiego. Wreszcie Bogdan zdecydował się.
- Spotkam się z Korachem i poproszę go o twoją rękę...
- Nie zgodzi się...
- Nie wiadomo...
- Obawiam się, że nie...
Jan był zdesperowany.
- Co ma być, to będzie...
Dwie niedziele później Jan Bogdan wybrał się na spotkanie z ojcem Amonuje. Przygotował podarki oraz swój odświętny strój, który dodatkowo ozdobiła Bertie ze szczerym błogosławieństwem. Spotkanie trwało krótko i Korach nawet nie chciał usiąść z Bogdanem do ogniska... Wprost odmówił jej ręki. Popatrzył na Bogdana z pogardą, okręcił się pięcie i odszedł...
Jan bardzo to przeżył. Liczył jednak, że heyoka pobłogosławi ich związek. Niestety...
Mijały dni. Nie mógł spotykać się z Amonuje, bo była teraz szczególnie pilnowana przez ojca, nauczycieli i domowników.
Jan marniał w oczach, i do roboty się nie przykładał, jak uprzednio... Aż pewnego dnia zjawiła się w hucie... ona, z tobołkiem... Stanęła w progu i patrzyła na niego, jak z nagim torsem pracował przy piecu... Zapadła cisza. Wszyscy zamilkli i znieruchomieli, tylko Jan pracował przy ogniu, nieświadom niczego. Gdy przystanął, by otrzeć pot z czoła położyła mu dłoń na nagim ramieniu...
Stefański na wspomnienie tamtej chwili aż się uśmiechnął...
- Spojrzenie Jana miało w sobie taki ogień... Że mógłby nimi podpalić... wszystkie gwiazdy na niebie... Albo przynajmniej wszystkie lemierze do wypalania potażu, jakie zapłonęły od początku, jak Wirginia Wirginią...
Amonuje już została...
Dopiero kilka dni później wyjaśniła Janowi, w jaki sposób odbyła się jej pożegnalna rozmowa z Korachem. Anuana, jej matka nie mogła już dłużej patrzeć, jak Amonuje cierpi. Wstawiła się do Koracha, by zezwolił na jej odejście z wioski. Heyoka nie chciał się zgodzić, ale w końcu podjął taką decyzję pod naciskiem Anuany, która powołując się na pochodzenie Amonuje, przypomniała swoją historię. Ona też zakochała się w białym, Richardzie z Roanoke, z którym była szczęśliwa. A Amonuje była córką białego.
- To stąd te twoje... niebieskie oczy... - szepnął Bogdan.
Niedługo potem pastor Whitaker ochrzcił ją i miesiąc później odbył się ślub z Janem... Jurko napędził gorzałki, zabawa trwała od soboty do poniedziałkowego ranka... Wszyscy przyszli, nawet panowie angielscy... John Lyndon przyniósł cały worek prezentów i drewnianą kołyskę. Całą noc tańczył z Anną, która jakoś jednak nie uśmiechała się zbyt często...
Nowożeńcy zamieszkali w hucie, podobnie jak Zbyszko z Bertie. Bogdan wyszykował komnatę na długo przed weseliskiem, ale pastor Whitaker nie śpieszył się ze ślubem, zanim nie ochrzci panny młodej. A ochrzcić nie chciał, zanim dziewczyna nie pozna nauki Chrystusa... Opłatę przyjął w gorzałce... Jak zazwyczaj... Dzieci długo nie mieli... Ale potem, zaraz jak urodziła się Johanna Zbyszków, i Amonuje powiła córkę... Jan chciał, by miała na imię Rebeka, ale Amonuje uważała, że to imię przyniosło nieszczęście Pocahontas, która wyjechała do Anglii i tam zmarła... I maleńka została nazwana Marysią...
Dziewczynki rosły zdrowo, bawiły się razem. Z czasem dołączyły do nich dzieci innych polskich osadników, które przyjechały z Europy. Po śmierci żony Gramzy, przyjechali jego synowie, Sieciech i Maćko, niewiele starsi od Joanny i Marysi. Podczas podróży czuwała nad nimi Gertruda, żona Stojki. Synów Gramzy wyposażył na drogę ich stryj, który po śmierci Gramowej przejął ich grunt. Za podróż Stojkowej zapłacił Franz Łowicki, który wraz z Michałem sposobili nowych robotników do Wirginii. W większości byli to jednak Niemcy. Franz przejął skrawek gruntu Stojki, który i tak nie był w stanie jej wyżywić. Było to zbyt mało, by opłacić podróż, ale elbląski Łowicki słynął z dobrego serca.
Wszyscy zamieszkali w hucie, która rozrosła się do rozmiarów sporego gospodarstwa. Od czasu, gdy pojawiły się dzieci, trzymali tu także krowę i kozę, które dawały mleko. W Wirginii panował spokój, stosunki z Indianami miały charakter handlowy i nie notowano żadnych awantur. Dzieci miały używanie całymi dniami w pobliskich haszczach. A już szczególnie przypadi sobie do gustu Joasia i Maćko Gramza, którzy poza sobą świata nie widzieli. Starsi mówili o nich, że niechybnie, gdy dojdą do lat, narzeczonymi zostaną i pobiorą się... Dzieci mówiły sprawnie po polsku i swobodnie posługiwały się angielszczyzną. Marysia mówiła też w indiańskim narzeczu, a inne dzieci starały się jej w tym dorównać...
W sprawach przydziału ziemi nic się nie zmieniło. Polacy nadal pracowali na kompanijnym gruncie, ale coraz częściej dawali wyraz swemu zniecierpliwieniu. Wbrew zakazom i grożącym im karom, odchodzili z Wirginii, chroniąc się u Indian.
Ze względu na krnąbrną postawę Polaków, gubernator Argall postanowił zamknąć hutę. Na reakcję nie musiał czekać zbyt długo...
Andrzej Dudziński
Jamestown - Nowa Polska XXI - Opowieść o polskich osadnikach
- 08/09/2008 02:48 AM
Reklama








