Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
niedziela, 10 maja 2026 02:41
Reklama KD Market

Jamestown - Nowa Polska XXIV

Dwa dni później doszli do porozumienia. Argall przyrzekł uroczyście, że w ciągu roku zostaną uregulowane wszystkie zobowiązania Kompanii Wirgińskiej wobec polskich robotników najemnych... Pozwolił im też pozostać w hucie, a nawet prowadzić produkcję szkła dla własnych potrzeb. Wrócili do pracy i po tygodniu faktycznie Bogdan poprosił Argalla, który nie miał pojęcia o obróbce drzewa, by wyznaczył nowy teren do wycinki drzewa. Przy czym zasugerował, że eksploatacja lasu za strumieniem, czyli właśnie na bagnach, ze względu na bliską odległość od fortu powinna przyspieszyć produkcję potażu...

Gubernator nie zastanawiał się długo nad decyzją. Chodziło mu tylko o to nadgonić stracony czas. Cztery tygodnie strajku oznaczało stratę kilku łasztów cennego produktu. Cennego dla Londynu... I przed Radą Kompanii Argall był właśnie odpowiedzialny za to, by te straty odrobić. Zależało mu na tym, by Londyn nie odczuł spadku poziomu produkcji. Od tego także zależała jego przyszłość. Potrzebował jeszcze trzech lat na stanowisku gubernatora, by zapewnić sobie i swojemu rodowi bezpieczną i dostatnią przyszłość. Walczył więc o czas dla siebie.

Mimo nadziei Argalla, wyrób potażu gwałtownie spadł, ale proces produkcji sprawił, że gubernator dowiedział się o tym dopiero kilka miesięcy później... W tym czasie wykonał kilka ruchów, po których Polacy łatwo domyślili się, że jego intencje wobec nich nie były czyste... Wydał nowe prawa... Mieszkańcy Wirginii znaleźli obwieszczenie na drzwiach kościoła... Jako, że nie wszyscy potrafili czytać, chwilę po mszy odczytał je sekretarz kolonii sir John Rolfe...
– Oto nowe reguły... Do pracy i do kościoła na mszę... chodzić z bronią... Strzelać tylko w obronie własnej, z uwagi na brak amunicji... Nie wpuszczać Indian do fortu ani do innych siedlisk... I trzymać ich z dala... Nie handlować z nimi, nie zaprzyjaźniać się, aby nie poznali naszych słabości, nie uczyć ich posługiwania się bronią palną... Za wykroczenie winni, nauczyciel i uczeń, będą karani śmiercią... Nikomu, bez zezwolenia gubernatora, nie wolno opuszczać ani lądowej ani morskiej granicy Wirginii...

Zakazów było więcej i wiele z nich dotyczyło drobiazgów. Ale wynikało z nich jedno - prawa obywatelskie mieszkańców Wirginii zostały znacznie ograniczone. Najmniej powodów do narzekań mieli angielscy szlachcice, ale ich w kolonii obecnie mieszkała zaledwie garstka...

Za pretekst zamknięcia granicy morskiej posłużył zabawny, choć w istocie makabryczny proceder uprawiany na Kecoughtan - cypelku wciskającym się w zatokę Chesapeake. Statki przybywające z Europy, nim wpłynęły na James River, rzucały tam kotwicę i właśnie przy brzegu Kecoughtan, u podnóża fortów Karola i Henryka brały słodką wodę, i po tygodniach atlantyckiej żeglugi po raz pierwszy spotykały białych ludzi. Tam też inaugurowały handel. Marynarze sprzedawali rzeczy po pasażerach zmarłych w czasie rejsu, osadnicy dobytek po zmarłych towarzyszach. I oczywiście tytoń.

Transakcje opijano kukurydzianką, którą obok Maty i Bohuna pędziło ponad tuzin osadników, po czym kapitanowie podnosili kotwice, stawiali żagle i płynęli witać przystań w Jamestown... Straty, jakie wynikały z tego procederu Argall oszacował jako znaczne. I w ten sposób tłumaczył zakaz opuszczania morskiej i lądowej granicy Wirginii. Twierdził, że każdy kto wejdzie na statek przycumowany do wybrzeży, granicę tę przekracza...

Nikt oprócz Polaków w Wirginii nie znał drzewnego rzemiosła. Gdyby chodziło o innych mieszkańców kolonii, gubernator rozstrzelałby ich bez sądu. Wiedział jednak, że jeśli to uczyni z Polakami, Anglia zostanie bez drzewa do budowy statków, bez potażu, smoły, dziegciu... Poczuł się zaszachowany. Spadek produkcji sprawił, że zaczął go naciskać szef Kompanii w Londynie, sir Thomas Smith... Zadaniem Argalla było dostarczyć jak największej ilości przetworów drzewnych... Został zmuszony, by sporządzić specjalny raport, w którym przedstawił sytuację w jakiej go postawili Polacy i poprosił o rozwiązanie problemu przez centralę...

Było to z jego strony zwykłe cwaniactwo. Rzekomo nie chciał podejmować decyzji samodzielnie, ale w gruncie rzeczy chodziło, by odciągnąć ją w czasie... Wiedział, że zanim statki przewiozą listy w obie strony, zanim Londyn wyda postanowienie, minie kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy... A ta zwłoka działa na jego prywatną korzyść... Handlował przecież tytoniem na własną rękę... A istotą konfliktu z Polakami było nie tylko prawo do ziemi, ale właściwie prawo do zysków z handlu tytoniem. Rozwiązanie sprawy ziemi dla Polaków mogło oznaczać wprowadzenie nowego prawa tytoniowego. Wirgińczycy wciąż sprzedawali tytoń nie tylko do Anglii, ale także do Portugalii, Hiszpanii i do Italii, bo był on lepszy niż ten z Brazylii i Wenezueli. Zarząd Kompanii Wirgińskiej w Londynie nie miał wpływu na ten proceder... A chciałby mieć. Bo tracił zyski, które trafiały bezpośrednio do kieszeni kolonistów. Argall grał więc na zwłokę, by sprzedać poza kontrolą jeszcze kilka statków swojego tytoniu...

Polacy pracowali, ale wyniki tej pracy były nad wyraz znikome. Produkcja potażu, klepki, drzewa masztowego spadła o ponad połowę. Anglia straciła sporo złota, by uzupełnić ich zapasy z Polski i Rosji. Argall stracił stanowisko, odwołano go do Anglii. Ale nie rozpaczał zbytnio. To, co mógł zarobić na handlu tytoniem, właśnie zarobił... Pokątny handel właśnie się skończył.

Do Jamestown przysłano Abrahama Pierce'a, pełnomocnika Kompanii Wirgińskiej w Londynie, który otworzył magazyn powołany do oficjalnego handlu tytoniem z Londynem. Otrzymywał z Londynu towary, którymi handlował z osadnikami. Jako walutę ustalono tytoń, po trzy szylingi za funt... A ceny były iście paskarskie... Kociołek do gotowania, który w Londynie kosztował dwa szylingi, w Jamestown osiągał cenę dziesięciu. Podobnie było z narzędziami, ubraniami i innymi towarami, niezbędnymi do życia w zamorskiej kolonii...

Jak należało się spodziewać, po upływie roku nie padło ani jedno słowo o uwłaszczeniu... Ale za to odmówiono Polakom, jako nie-Anglikom, prawa głosowania do Izby Obywatelskiej Wirginii...

*

Na wyrębisku pojawił się herold z werblistą i odczytał obwieszczenie.
- Słuchajcie... W piątek 9 sierpnia 1619 roku w kościele w Jamestown, ukonstytuowała się Izba Obywatelska, tutejszy parlament! Został wybrany nowy gubernator... George Yeardley, który zaprzysiągł sześciu radnych i dwudziestu przedstawicieli plantacji oraz czterech zrzeszeń samorządowych, tzw. „inkorporacji”. Spikerem Izby Obywatelskiej został John Pory...
Bogdan odłożył topór i podszedł wolno do herolda. Wyjął mu z ręki papier i powiódł oczami po tekście.

- A my? - zapytał. - Dlaczego my dowiadujemy się o wszystkim po fakcie?
Mata zerwał się, jak zwykle szybki do bitki.
- To szykany! - krzyknął i popatrzył po twarzach rodaków szukając w nich poparcia. Stefański uciszył go jednak gestem.
- Spokojnie, Jurko... - rzekł spokojnie. - Obok nas w Wirginii pracują także Holendrzy, Francuzi, Irlandczycy, Szkoci, Włosi i Grecy... I wcale się nie buntują, że żaden z nich nie zasiadł w „House of Burghesses”...
Staszko Sadowski był jednak innego zdania.
- Oni przyjechali później i nie mieli obiecanej ziemi...
Bogdan pokręcił głową z dezaprobatą.

- Anglicy odmówili nam prawa głosu, bo obawiają się, że jeśli zasiądziemy w Izbie Obywatelskiej, upomnimy się o swoją ziemię...
- To bardzo być może... - przytaknął Stefański.

Nigdzie lepiej nie można było obserwować finału monarchiczno-arystokratycznych rządów w Wirginii jak właśnie wtedy tam, w Jamestown... Lecz nie do nich, kupionych, wynajęty
ch i zakontraktowanych, przemawiał George Yeardley w kilka dni po tym, jak został gubernatorem... Znali go dobrze, bo w Wirginii przebywał od dłuższego czasu. Jako członek Rady Kolonii dał się poznać jako mąż prawy, choć nie grzeszący zbyt wielką fantazją i polotem. Jego rodzina miała jednak znakomite koneksje na dworze brytyjskiego monarchy, a to nie było bez znaczenia.

Zabrali się pod kościołem po mszy celebrowanej przez wielebnego Whitakera. Na schodach świątyni stanął nowy przewodniczący, przybrany w odświętny strój, z szarfą i orderami na piersi. Powiódł zadowolonym wzrokiem po zebranych, a gdy nastąpiła cisza, którą wymusiło kilku konstabli, zaczął mówić.
- Wszyscy ci, którzy mieszkali tutaj przed odejściem gubernatora, sir Thomasa Dale'a, mają być teraz wolni i wyswobodzeni ze służby publicznej oraz z pracy, którą dawniej cierpieć musieli...

Okrutne prawa, którym tak długo podlegaliśmy, zostają obecnie zniesione i odtąd będziemy rządzili się tymi samymi wolnymi prawami, pod jakimi żyją poddani Jego Królewskiej Mości w Anglii... Po to, abyśmy mieli władzę w swoich rękach, postanawia się, że każdego roku zbierać się będzie zgromadzenie ogólne, Izba Obywatelska, „House of Burghesses”, w której obecni będą gubernator i rada oraz po dwóch przedstawicieli z każdej plantacji, wybranych w sposób niezawisły przez mieszkańców...

Polacy popatrzyli po sobie... Doskonale wiedzieli, co to oznacza. Ci, którzy przybyli przed odwołaniem Dale'a, a spędzili w Wirginii trzy lata, otrzymywali po sto akrów ziemi. Nazwano ich starymi plantatorami, a nadaną im „działkę” stu akrów, pierwszym podziałem ziemi, stwarzając wrażenie, że wkrótce nastąpi podział drugi, po nim trzeci i następne... Ludzi przybyłych po Dale'u potraktowano odmiennie... Jeśli przypłynęli na koszt własny, otrzymywali tylko pięćdziesiąt akrów, natomiast jeżeli za ich transport zapłaciła kompania, musieli odsłużyć siedem lat jako dzierżawcy na kompanijnych plantacjach. Wobec Polaków, choć nie wymienionych z nacji, ani z imienia, wydano osobne postanowienie...

Gubernator Yardley chrząknął...
- Wszyscy potrzebni rzemieślnicy i ci, którzy w przyszłości okażą się potrzebni... Ci, którzy przybyli do czasu ustąpienia sir Thomasa Dale'a, a także i ci, którzy przyjadą w przyszłości... mają uprawiać swój zawód dla dobra innych mieszkańców Wirginii, zaś każdy z nich ma być opłacany zgodnie z jakością jego rzemiosła i wykonanej pracy... W wypadku, gdyby rzemieślnik był niezadowolony z zapłaty, zostanie to oszacowane przez gubernatora oraz urzędników w miejscu, w którym pracuje...

Na placu przed kościołem wybuchł tumult... Było jasne, że znów nie dostaną ziemi, znów zostali oszukani!

Zgromadzenie ogólne nie chciało regulować starych rachunków wobec nie-angielskich mieszkańców kolonii. Polacy, jako ludzie przetransportowani na koszt kompanii, mogliby więc dalsze siedem lat służyć jako dzierżawcy, jeżeli oczywiście zapadłby wyrok zwalniający ich z kontraktowych powinności, czyli z produkcji drzewnej... Ale taki wyrok nie zapadł. Wciąż zajmowały ich prace leśne i korabnicze dla dobra ogółu... Drzewo miało już do końca być sensem i pokarmem ich życia. Podczas gdy inni swobodnie uprawiali tytoń, czerpiąc zeń ogromne zyski i bogacąc się, oni sami, chcąc czerpać uciechę z palenia, musieli nabywać go w składach kolonijnych... A dzięki swojej pracy zapewniali trzecią część zaopatrzenia Brytanii w drzewo do budowy statków, potaż, smołę i dziegieć...

CDN
Andrzej Dudziński
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama