Był to czas, w którym ludzkość nauczyła się sięgać gwiazd, ale wciąż myślała kategoriami oblężonej twierdzy. Zimna wojna nie toczyła się wyłącznie w gabinetach dyplomatów ani na polach bitew zastępczych konfliktów. Rozgrywała się w laboratoriach, tajnych ośrodkach badawczych i wyobraźni ludzi, którzy wierzyli, że od jednego śmiałego – lub desperackiego – pomysłu może zależeć los świata. W atmosferze permanentnego napięcia rodziły się projekty, które dziś wydają się niewiarygodne, a jednak były jak najbardziej realne.
Latem 1959 roku w Pentagonie atmosfera była ciężka – kilka miesięcy wcześniej Związek Radziecki wysłał w kosmos Sputnika i Ameryka po raz pierwszy od II wojny światowej poczuła, że może przegrać technologiczny wyścig. W pewnym momencie padła propozycja: Stany Zjednoczone mogły zdetonować bombę atomową na powierzchni Księżyca. Jej błysk byłby widoczny z Ziemi, a cały świat zobaczyłby potęgę Ameryki.
Projekt otrzymał kryptonim A119. Naukowcy obliczali trajektorię lotu rakiety i przewidywaną wielkość krateru. Analizowano nawet, jak na wybuch zareaguje opinia publiczna. Nad ekspertyzą pracował młody astronom, który wiele lat później stał się jednym z najbardziej znanych popularyzatorów nauki – Carl Sagan. Plan ostatecznie zarzucono – nie dlatego, że był niemożliwy do realizacji, lecz dlatego, że uznano, iż świat zamiast podziwu mógłby poczuć przerażenie. Był to jednak dopiero początek epoki, w której granica między nauką, paranoją a fantastyką naukową niemal przestała istnieć.
Szpiegowski absurd
Na początku lat sześćdziesiątych CIA zmagała się z problemem radzieckiej ambasady w Waszyngtonie. Budynek był pilnowany tak skutecznie, że umieszczenie tradycyjnych podsłuchów okazywało się niemożliwe. Agenci zaczęli więc szukać sposobu, by podsłuchiwać pracowników ambasady bez wzbudzania podejrzeń. Zdecydowano się na… kota.
W ramach operacji Acoustic Kitty chirurdzy wszczepili zwierzęciu mikrofon w ucho, nadajnik radiowy pod skórę, a antenę poprowadzili wzdłuż ogona. Zwierzę miało podejść pod ławkę w parku, gdzie często przesiadywali radzieccy dyplomaci.
Pierwsza kocia misja trwała zaledwie kilka minut. Kot wybiegł na ulicę i został potrącony przez taksówkę. Uznano, że szkolenie kolejnego zwierzęcia nie ma sensu, i program zakończono. Kosztował równowartość kilku milionów dolarów.
Kilkaset kilometrów dalej, na Kubie, Fidel Castro pozostawał dla Waszyngtonu obsesją. Rewolucja na wyspie oznaczała powstanie komunistycznego państwa tuż przy wybrzeżu Florydy, a po fiasku inwazji w Zatoce Świń administracja Kennedy’ego zdecydowała się na działania prowadzone w ukryciu. CIA uruchomiła program nazwany Operation Mongoose. Jego celem była destabilizacja państwa poprzez sabotaż gospodarki, wspieranie opozycji i wywoływanie politycznego chaosu. Jednym z elementów planu było również usunięcie samego Castro.
Pomysły przypominały scenariusze filmów szpiegowskich. Rozważano użycie kapsułek z silnie trującą toksyną, zatrutych cygar, a nawet skażenie bakteriami jego skafandra do nurkowania. Najdziwniejszy projekt zakładał wypełnienie efektownej, przyciągającej wzrok muszli materiałem wybuchowym i pozostawienie jej w miejscu, gdzie polityk najczęściej nurkował – z nadzieją, że podniesie ją z dna.
CIA nigdy nie zdołała zabić Castro, który utrzymał się u władzy jeszcze przez dziesięciolecia.
Jeszcze wcześniej, w czasie II wojny światowej, amerykańscy naukowcy próbowali rozwiązać problem celności bomb. Elektronika była niedoskonała, a technologia radarowa dopiero raczkowała. Psycholog B.F. Skinner zaproponował rozwiązanie, które wydawało się niepoważne – system naprowadzania oparty na… gołębiu.
Ptaka umieszczano w nosie pocisku. Na niewielkim ekranie widział obraz celu. W laboratorium uczono go, że gdy dziobnął w pokazywany obiekt, natychmiast otrzymywał ziarenko. Po setkach powtórzeń odruch ten się utrwalał. W trakcie lotu każde uderzenie dzioba było odczytywane przez czujniki i zamieniane na ruch sterów, korygujący tor pocisku.
Testy wykazały, że metoda działała zaskakująco skutecznie. Ptaki potrafiły rozpoznawać obiekt nawet przy silnych wstrząsach i słabym oświetleniu – nierzadko lepiej niż ówczesna elektronika.
Wojna umysłów
W latach siedemdziesiątych amerykański wywiad otrzymał informacje, że Związek Radziecki prowadzi badania nad wykorzystaniem zdolności paranormalnych w działaniach wojennych i wywiadowczych. W Waszyngtonie uznano, że nie można pozwolić przeciwnikowi na zdobycie takiej przewagi. Rozpoczęto więc program badawczy, który później otrzymał nazwę Project Stargate.
Do współpracy zaproszono znanych jasnowidzów. Podczas eksperymentów zamykano ich w pustym pomieszczeniu i proszono o narysowanie radzieckiej bazy wojskowej, magazynu broni czy instalacji badawczej, której nigdy wcześniej nie widzieli. Metodę nazwano „remote viewing” – postrzeganiem na odległość.
Zdarzało się, że opisy w pewnym stopniu pokrywały się z rzeczywistością: wskazywano obecność wody, dużych instalacji przemysłowych czy charakterystycznych konstrukcji. Problem polegał jednak na ogólności i niejednoznaczności wizji. Brakowało szczegółów pozwalających na podjęcie konkretnych działań operacyjnych. W 1995 roku uznano, że informacje są zbyt nieprecyzyjne, by miały praktyczną wartość wywiadowczą, i projekt zakończono.
Fiaskiem zakończył się również inny ambitny pomysł – stworzenie pod lodami Grenlandii sieci tuneli wykutych w lodowcu, z pomieszczeniami mieszkalnymi, biblioteką, kaplicą, a nawet niewielką elektrownią atomową. Oficjalnie była to arktyczna stacja badawcza. W rzeczywistości stanowiła część znacznie szerszego planu: sprawdzano, czy można tam ukryć system baz i wyrzutni rakiet nuklearnych skierowanych w stronę Związku Radzieckiego.
Szybko okazało się jednak, że natura nie zamierzała współpracować. Lodowiec przemieszczał się powoli, lecz nieustannie, deformując ściany i stropy korytarzy. Tunele zaczęły się zapadać i projekt porzucono. Po latach pojawiła się nowa obawa – wraz z topnieniem arktycznego lodu mogą ujawnić się pozostawione tam odpady i materiały radioaktywne, o których przez dekady niemal zapomniano.
Dziś te historie brzmią jak scenariusze filmów science fiction albo czarne komedie o paranoi wielkich mocarstw. W tamtych latach nie było w nich jednak nic zabawnego. Były to realne projekty, finansowane z państwowych budżetów, analizowane przez naukowców, zatwierdzane przez polityków i traktowane z pełną powagą. Strach przed pozostaniem w tyle potrafił uruchomić najbardziej fantastyczne przedsięwzięcia. Gdy stawką była globalna przewaga, granica między genialnym planem a pomysłem rodem z komiksu stawała się niebezpiecznie cienka.
Maggie Sawicka








