Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Dzień, w którym płakali klauni

Ranek 6 lipca 1944 roku był upalny i parny. Bezchmurne niebo zapowiadało skwarny dzień, jeszcze gorętszy od poprzedniego. Nie przeszkadzało to jednak tłumom kobiet i dzieci, które gromadziły się na ulicach Hartford, by roześmianą gromadą ruszyć razem w stronę miejskich błoni, by na chwilę zapomnieć o wojennej zawierusze.
Dzień, w którym płakali klauni
Płonący namiot Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus

Autor: Wikipedia

Tego dnia do miasta przyjechał Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus – największy i najsłynniejszy cyrk w Stanach Zjednoczonych, którego występy od lat przyciągały tysiące widzów. Trupa przybyła z opóźnieniem. Wojna odcisnęła swoje piętno także na niej, zabierając do wojska niemal trzystu młodych ludzi z liczącej blisko tysiąc osób grupy cyrkowców. Brakowało rąk do pracy – do opieki nad zwierzętami, rozstawiania ogromnego namiotu i przygotowania areny. Artyści spieszyli się, by zdążyć na czas z pierwszym, tak wyczekiwanym przez mieszkańców przedstawieniem.

Na łąkach pod miastem panował pośpiech i napięcie. Wszyscy uwijali się przy swoich zadaniach, skupieni na tym, by całość była gotowa przed godziną drugą. W tym zamieszaniu pominięto jednak formalności, które w innych okolicznościach mogłyby wydawać się oczywiste. Nikt nie złożył oficjalnego zawiadomienia do władz miasta ani nie wystąpił o obecność straży pożarnej.

 

Dramatyczna w skutkach rutyna

Władze miejskie, choć nieoficjalnie wiedziały o przyjeździe cyrku, nie podjęły żadnych dodatkowych działań. Jego obecność traktowano jako coś rutynowego – trupa odwiedzała Hartford regularnie od lat i dotąd nie sprawiała problemów. Inspektor z wydziału budownictwa wydał pozwolenie jeszcze przed ukończeniem trybun, nie pozostawiając przy tym śladu, że przeanalizowano kluczowe kwestie bezpieczeństwa, takie jak szerokość wyjść czy zabezpieczenie namiotu przed ogniem. Lokalne biuro zapobiegania pożarom nie zostało formalnie poinformowane ani o wydaniu zgody, ani o rozpoczęciu działalności, dlatego nikt nie skierował na miejsce wozów strażackich, które mogłyby zabezpieczyć imprezę. Nie budziło to jednak większego niepokoju. Cyrk, który od tygodni podróżował po całej Nowej Anglii, uchodził za instytucję starszą niż wiele obowiązujących wówczas przepisów, a lokalne władze ufały organizatorom, że dopilnują bezpieczeństwa widzów.

Co istotne, zarówno Hartford, jak i stan Connecticut uchodziły za miejsca o stosunkowo rygorystycznych – jak na amerykańskie standardy – przepisach przeciwpożarowych. Dotyczyły one przede wszystkim stałych obiektów widowiskowych, jednak część wymogów dostosowywano także do przedstawień objazdowych, co sprawiało wrażenie, że wszystko odbywa się zgodnie z zasadami bezpieczeństwa. Zaledwie kilka tygodni wcześniej miasto wyróżniono za wysoki poziom ochrony przeciwpożarowej w przestrzeni publicznej.

 

Na błoniach

Już od 1.00 po południu na błonia napływał kolorowy tłum, składający się przede wszystkim z kobiet, dzieci i osób starszych. Z zaciekawieniem przyglądali się uwijającej się w ukropie letniego słońca ekipie, a kiedy w końcu otwarto wejścia, z ulgą zajęli swoje miejsca w cieniu ogromnych płócien.

Namiot był ogromny – ważył ponad 19 ton i mógł pomieścić 9 tysięcy widzów: 6 tysięcy na trybunach i 3 tysiące w przejściach. Na pierwsze tego dnia przedstawienie przyszło niemal 8 tysięcy ludzi, prawie całkowicie wypełniając jego wnętrze. Młodzież siedziała w przejściach na składanych krzesłach, podczas gdy matki z dziećmi zasiadły na trybunach, sięgających wysoko ponad arenę.

Radosny gwar wypełniał namiot, ale kiedy rozpoczęła się tradycyjna parada połączona z prezentacją artystów, wszyscy zamilkli. Z wypiekami na twarzach oglądali akrobacje na koniach, by po chwili śmiać się głośno z żartów klaunów. W tym samym czasie obsługa przygotowywała arenę do kolejnego numeru, ustawiając metalowe klatki połączone w tunel, którym na środek mieli wejść treserzy wraz z lwami i tygrysami. Następnie zapowiedziano występ słynnych Flying Wallendas, którzy mieli pojawić się wysoko nad areną z akrobacjami na linach. Przy wejściu czekał już Emmett Kelly – jeden z najbardziej rozpoznawalnych klaunów XX wieku, występujący jako „Weary Willie”.

 

Zaniedbanie groźne w skutkach

Około godziny 3.00 orkiestra nieoczekiwanie przerwała swój występ i zaczęła grać „The Stars and Stripes Forever”. Wszyscy pracownicy, jak na komendę, przerwali swoje zajęcia i zaczęli rozglądać się wokół. Melodia ta była sygnałem alarmowym oznaczającym poważne zagrożenie.

Płomienie jako pierwszy dostrzegł kapelmistrz. Nie były wysokie – sięgały zaledwie około półtora metra i był jeszcze czas, by je ugasić. Problem polegał jednak na tym, że nie było czym. W pośpiechu przed występem nikt nawet nie wyjął gaśnic ze skrzyń. Na miejscu nie było inspektora pożarnictwa, który by tego dopilnował.

Tymczasem ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie. Namiot, zaimpregnowany mieszanką parafiny i benzyny, działał jak ogromny knot. W ciągu kilku minut pożoga objęła większość poszycia namiotu, a płonące fragmenty płótna zaczęły spadać na ludzi, podpalając im włosy i ubrania. Widzowie rzucili się w panice do wyjść. Było ich dziewięć i teoretycznie powinny umożliwić sprawną ewakuację, jednak część z nich wciąż była zastawiona klatkami dla zwierząt, których obsługa nie zdążyła usunąć. W chaotycznej próbie ucieczki widzowie przewracali się, tratowali siebie nawzajem lub dusili się pod ciężarem innych. Niektórzy ginęli, skacząc z wysokości około 12 stóp z trybun, próbując uniknąć płomieni. Inni zostali uwięzieni, gdy uciekający przewracali składane krzesła, tworząc za sobą splątane, niemal nie do pokonania bariery.

Obsługa próbowała walczyć z ogniem, ale jej możliwości były znikome. Zbiorniki z wodą, które zwykle ustawiano w pobliżu namiotu, tego dnia wykorzystano do pojenia zwierząt i zraszania suchego terenu, przez co znajdowały się ponad ćwierć mili dalej. Nawet gdyby były bliżej, większość węży nie pasowała do miejskich hydrantów. Jedynym dostępnym środkiem pozostawały wiadra z wodą, które okazały się całkowicie nieskuteczne wobec szybko rozprzestrzeniającego się ognia.

W mniej niż 10 minut liny podtrzymujące konstrukcję zostały strawione przez płomienie, a grube, drewniane słupy zaczęły się przewracać, miażdżąc ludzi i ściągając płonącą konstrukcję na tych, którzy wciąż znajdowali się w środku. Gdy straż pożarna dotarła na miejsce, namiot już się zawalił. Pozostało gasić płomienie, wydobywać ciała i szukać ocalałych. 

W przeciwieństwie do wielu pożarów, w których główną przyczyną śmierci jest zatrucie dymem, w przypadku Hartford Circus Fire większość ofiar zginęła wskutek rozległych oparzeń. Ciała były często zwęglone do tego stopnia, że identyfikacji dokonywano jedynie na podstawie fragmentów odzieży, biżuterii lub dokumentacji dentystycznej. Blisko siedemdziesiąt ofiar miało mniej niż 15 lat, a tożsamości części z nich nigdy nie udało się ustalić.

 

Mała Miss

Jedną z najbardziej poruszających historii związanych z pożarem cyrku Hartford jest los dziewczynki znanej jako „Little Miss 1565”, nazwanej tak od numeru przypisanego jej ciału w prowizorycznej kostnicy. Miała około 6-8 lat, była blondynką i jako jedna z nielicznych zachowała rozpoznawalne rysy twarzy, dlatego jej zdjęcie publikowano w gazetach w całym kraju w nadziei, że ktoś ją rozpozna. Mimo szeroko zakrojonych poszukiwań nikt się po nią nie zgłosił, a jej tożsamość przez dziesięciolecia pozostawała zagadką. Dopiero w 1991 roku pojawiła się hipoteza, że mogła to być Eleanor Cook, jednak identyfikacja ta do dziś bywa kwestionowana. Nie była zresztą jedyną anonimową ofiarą – co najmniej sześć osób, w tym dzieci i dorośli, nigdy nie zostało jednoznacznie zidentyfikowanych.

 

Koniec ery

Oficjalnej przyczyny pożaru nigdy nie ustalono. Najczęściej przywoływana teoria mówi o niedopałku papierosa rzuconym obok namiotu. Robert Dale Segee, wówczas 14-letni pracownik cyrku, który w późniejszych latach został skazany za inne podpalenia, przyznał się w 1950 roku do wzniecenia ognia, by później odwołać swoje zeznania.

Niepewność co do bezpośredniej przyczyny nie oznaczała jednak braku odpowiedzialności. Po tragedii sześciu przedstawicieli cyrkowej trupy zostało oskarżonych o nieumyślne spowodowanie śmierci; pięciu z nich odbyło karę więzienia. 16 lipca 1956 roku, dokładnie 12 lat i 10 dni po katastrofie, Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus wystawił swój ostatni spektakl pod namiotem w Pittsburghu. Rosnące koszty i konflikty związkowe zakończyły erę objazdów, a cyrk przeniósł się do hal widowiskowych. W 2017 roku, po 146 latach działalności, zakończył swoją historię – symbolicznie wracając jeszcze do Hartford, gdzie 30 kwietnia odbył się jego ostatni występ.

Maggie Sawicka


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama