Uzależnienie nie jest oznaką słabego charakteru
Przede wszystkim warto podkreślić, że uzależnienie od miłości i seksu nie jest kwestią słabego charakteru, moralności czy „braku silnej woli”. Tak jak w przypadku innych uzależnień, mamy do czynienia z próbą poradzenia sobie z głębokim bólem emocjonalnym, samotnością, lękiem lub traumą.
Osoby uzależnione od miłości często nie są zakochane w konkretnej osobie, lecz w samym uczuciu zakochania. Intensywność emocji staje się sposobem na zagłuszenie pustki, smutku czy poczucia niewystarczalności. Kiedy relacja się kończy, pojawia się niemal fizyczny głód drugiego człowieka. Samotność staje się nie do zniesienia.
Podobnie jest z uzależnieniem od seksu. Dla wielu osób zachowania seksualne nie są przede wszystkim wyrazem przyjemności, lecz sposobem regulowania emocji. Seks staje się lekarstwem na stres, lęk, wstyd czy poczucie odrzucenia. Na chwilę przynosi ulgę, jednak po niej często pojawiają się poczucie winy, pustka i potrzeba powtórzenia zachowania.
Psychologowie coraz częściej zwracają uwagę, że źródła tych problemów sięgają bardzo wczesnych doświadczeń życiowych. U podstaw często znajdują się zaburzone więzi z opiekunami, emocjonalne zaniedbanie, doświadczenia odrzucenia, chaos rodzinny lub trauma. Dziecko, które nie otrzymało stabilnego poczucia bezpieczeństwa, może w dorosłym życiu nieustannie poszukiwać go w relacjach romantycznych.
I jeszcze kwestia współuzależnienia
Z uzależnieniem od miłości często występuje współuzależnienie. Osoba zaczyna organizować całe swoje życie wokół partnera, rezygnuje z własnych potrzeb, zainteresowań i granic. Wierzy, że jej wartość zależy od tego, czy jest potrzebna, kochana lub akceptowana przez drugą osobę. Z czasem relacja przestaje być spotkaniem dwóch niezależnych ludzi, a staje się próbą wypełnienia własnych emocjonalnych braków.
Przypomina mi się historia kobiety, która po kolejnym bolesnym rozstaniu powiedziała podczas terapii: „Nie tęsknię za nim. Tęsknię za tym, kim się czułam, kiedy ktoś mnie wybierał”. To zdanie pokazuje istotę problemu. Czasami nie szukamy drugiego człowieka. Szukamy ulgi od własnego cierpienia.
Elizabeth Gilbert pisała, że wiele najważniejszych podróży prowadzi nie przez świat, ale przez własne wnętrze. Człowiek może przemierzyć tysiące kilometrów, a jednocześnie przez całe życie uciekać przed spotkaniem z samym sobą. Uzależnienie od miłości często jest właśnie taką ucieczką – nieustannym biegiem ku kolejnym relacjom, aby nie zostać sam na sam z własnym lękiem, smutkiem czy poczuciem pustki.
Jak sobie pomóc?
Dobra wiadomość jest taka, że zdrowienie jest możliwe. Pierwszym krokiem jest zrozumienie, że problem nie polega na tym, że ktoś „kocha za bardzo”, lecz na tym, że próbuje poprzez relację uleczyć stare rany. Psychoterapia pomaga odkryć źródła tych schematów, budować zdrowe granice oraz rozwijać poczucie własnej wartości niezależne od związku.
Wielu osobom pomagają również grupy wsparcia, takie jak Sex and Love Addicts Anonymous (SLAA) czy Codependents Anonymous (CoDA). Spotkanie ludzi z podobnymi doświadczeniami często przynosi ogromną ulgę i poczucie, że nie jest się samemu. To właśnie poczucie wspólnoty i przynależności w drodze do zdrowienia jest najistotniejszym elementem, który pozwala na pozytywną zmianę.
Najważniejsze jednak jest odzyskanie relacji z samym sobą. Zdrowa miłość nie polega na utracie własnej tożsamości. Nie wymaga rezygnowania z siebie ani nieustannego ratowania innych. Prawdziwa bliskość zaczyna się wtedy, gdy potrafimy być obecni zarówno dla drugiej osoby, jak i dla siebie.
Bo celem nie jest znalezienie kogoś, kto wypełni naszą pustkę. Celem jest odkrycie, że jesteśmy pełni również wtedy, gdy stoimy nad własną rzeką życia – spokojni, świadomi i wystarczający dokładnie tacy, jacy jesteśmy.

.jpg)



